Kup pan fonta! Opowieść o tym, jak można pomagać bezdomnym

Akcja jest prosta. Oni dają ci jedną z tych najbardziej unikalnych rzeczy jakie mają, swój charakter pisma, ty dajesz im kilka groszy. Razem możecie zyskać znacznie więcej.

Z czym najczęściej kojarzą się bezdomni? Z ludźmi, których z daleka rozpoznasz po specyficznej mieszance zapachów, z ludźmi, którzy mają na sobie więcej warstw ubrań niż łupinek ma cebula, z ludźmi, z którymi raczej nie chcesz mieć zbyt wiele wspólnego. Z tymi, którzy moszczą sobie legowiska w szczelinach miasta. I z tymi, którzy siedzą na skraju, obrzeżu, na marginesie chodnika z charakterystycznymi, obszarpanymi kawałkami tektury, na których własnoręcznie piszą - czasem krócej, że potrzebują, a czasem dłużej, jaki los ich spotkał. Rzadko masz potrzebę zainteresować się ich opowieściami. Jeśli już, to znacznie chętniej z dystansu, przez monitor, podpatrzeć jak inni z nimi rozmawiają, przez "szklany ekran” (choć dziś to znacznie częściej ekran LCD) uronić łezkę nad "Edim, dotrwać do końca "Antygony w Nowym Jorku”.

Pomóc? Może, ale jak? "Dasz im palec, wezmą całą rękę, jeszcze nakrzyczą, obrażą się”. Nie dla nich dodatkowe nakrycie przy wigilijnym stole. Pomaganie bezdomnym jest niełatwym zadaniem, często też wywołuje mieszane uczucia. Kontrowersje wzbudził na przykład projekt, który w ubiegłym roku przyniósł Hugonowi Kowalskiemu nagrodę w prestiżowym konkursie Archiprix International / Hunter Douglas Awards 2013. Kowalski stworzył nowoczesny slums na wysypisku śmieci - budynek, w którym najbiedniejsi mieszkańcy Bombaju znajdą schronienie, dostęp do sanitariatów, jak też możliwość pracy zarobkowej. Parter budynku jest otwarty i niezabudowany, służy głownie do dostarczania śmieci do części "recyclingowej" i eksportu dóbr wyprodukowanych przez mieszkańców. Kondygnacja minus jeden, jest kondygnacją techniczną. Znajdują się tam technologie odzyskiwania biogazu z odpadów i fekaliów, co może stać się kolejnym źródłem dochodów dla tej społeczności.

Żulerka i miejscy przewodnicy

Znacznie łatwiej o szyderę. O nią posądzono sprytnych twórców odzieżowej marki "Żulerka" z Łodzi, którzy zaprosili, jak to ujęła lokalna prasa, kloszardów, do reklamowania swoich hipsterskich czapek. Kontrowersyjna reklama odniosła zamierzony skutek, zainteresowanie marką wzrosło, sporo osób było zbulwersowanych.

Żulerka z ŁodziŻulerka z Łodzi

Sam pomysł był etycznie podejrzany, ale - i tu muszę oddać sprawiedliwość twórcom marki i autorowi sesji - bohaterowie dostali za swoją prace wynagrodzenie, każdy dostał też zimową czapkę dobrej jakości. "Wspieramy drobnymi darami (leki, odzież, koce) łódzki dom św. Alberta, do czego zachęcamy wszystkich, którzy są przejęci losem osób potrzebujących i bezdomnych" - wspomnieli twórcy "Żulerki” w wypowiedzi dla jednego z łódzkich serwisów. Jakiś czas temu przeczytałam w "Polityce” reportaż o innej łódzkiej grupie bezdomnych "przewodników po życiu". Pomysł Bezdomnego Miejskiego Survivalu był intrygujący - oto ludziom z "wyższych klas”, tym, którzy kursują między biurową przegródką a wynajętym lub okredytowanym M-ileśtam używając do tego nierzadko służbowego samochodu, po zdeponowaniu portfela, telefonu i kluczy do domu, miało być zaprezentowane nieco inne życie. Oczywiście, pod okiem przewodników. Skrajnie zaradny jest przewodnik Zbych. Biorąc pod uwagę badania naukowe mówiące, że bycie bezdomnym dłużej niż dwa lata to uzależnienie takie jak alkoholizm, Zbych z 20-letnim stażem to już profesor w pedagogice kreatywnej. Wzory dziedziczył pokoleniowo. Jak to się mówi, gdy ojciec wracał do domu, matka nie pokazywała na zegarek, ale na kalendarz. Zbych uczył się więc jak się ubrać z klasą bez pieniędzy, jak bez funduszy zdobyć papierosy, gdzie dają kawę, a gdzie ciepły posiłek, jak kupić sobie prawo do przespania się w dworcowej poczekalni za 1 złoty,  w których śmietnikach warto nurkować, a w jakich dzielnicach nie ma sensu nawet zbliżać się do pojemników. Organizatorzy opowiadali reporterce, że takie warsztaty mogą przydać się w życiu. Nawet podczas wakacji - że jak okradną turystę ze wszystkiego, to zawsze zostanie mu ten spryt nabyty podczas lekcji życia na ulicy. Uczestnicy survivalu płacą za warsztaty co łaska. Dotychczasowi wytrzymali tylko jeden dzień i noc. Mieli dość. Wyrażali zdziwienie, że bezdomny nie jest zogniskowany na przetrwanie. Byli na rockowym koncercie i w nieodkrytych podczas swoich niedzielnych wycieczek betonowym szlakiem rowerowym dzikich zakamarkach przyrody. Pomysł, by bezdomni zarabiali jako miejscy przewodnicy, nie tyle po życiu, ale po zabytkach i nietypowych miejscach, nie jest nowy. Realizowany jest na przykład w Kopenhadze i w Porto.

Coś z niczego

W Barcelonie, gdzie jest ponad 3000 osób bezdomnych, od 1987 roku działa fundacja Arrels. Podobnie jak w wielu innych miastach, zrzesza streetworkerów i szuka różnych sposobów nie tylko na to, by doraźnie pomagać bezdomnym, ale by "wyleczyć ich”, bo, jak już zostało wspomniane, długotrwała bezdomność jest niczym uzależnienie. Arrels stwarza więc sposobność, by cudzymi rękami nieść realną pomoc - może nie masz ochoty spotkać się bezpośrednio z bezdomnym, ale jeśli wygospodarujesz kilka groszy, znajdą się ludzie, którzy pomogą takim ludziom w "ogarnięciu się”. Zdyscyplinują ich, pomogą znaleźć pracę i nauczą na nowo czuć się wartościowym człowiekiem. Pomysł, na który przedstawiciele fundacji Arrels wpadli niedawno jest bardzo ciekawą formą takiej pomocy.

Homeless FontsHomeless Fonts

Co zrobili? Stworzyli fonty. To pakiety z cyfrowym zestawem unikalnych liter i wszystkich znaków wykorzystywanych w komunikacji pisanej. Można je kupić na stronach Homeless Fonts. Taniej - na własny użytek, by nadać swoim elektronicznym listom i prywatnym stronom unikalny charakter. Drożej - jeśli prowadzisz firmę i chcesz użyć fontów, by przygotować wyjątkowe etykiety swoich produktów. Takie odręczne pismo inaczej działa na emocje. Opisane w ten sposób rzeczy kojarzą się z czymś wyjątkowym, osobistym, z czymś, o co ktoś się zatroszczył. Wracając do naszych "bezdomnych czcionek” - kupujesz produkt i coś więcej. Poczucie spełnienia dobrego uczynku? Pewnie tak. Niezależnie od tego, ile zapłacisz, autorzy, czyli grupa bezdomnych, zyskują znacznie więcej. Przede wszystkim odzyskują poczucie własnej wartości. Dzięki takim projektom jak "Homeless Fonts” mogą poczuć, że nawet nie mając nic, mogą stworzyć coś wartościowego. "Zaczęło się od warsztatów z grupą chętnych do współpracy bezdomnych. Uczestnicy z rzadka korzystający z umiejętności pisania, ćwiczyli swój charakter pisma, udoskonalali go, zyskali wsparcie projektantów" - mówią przedstawiciele Arrels. Jednym z haseł przyświecających całej akcji jest zdanie "To samo, co pomagało im żebrać na ulicach, teraz pomaga im od tego uciec”. Kupując fonty można też poznać przeszłość tych, którzy zdecydowali się "sprzedać” swoje litery. Na przykład Loraine. Jej historia mogłaby być kanwą do powieści Kafki, gdyby nie pozytywny finał na ulicy. Brzmi to przedziwnie, ale Loraine przyjechała do Barcelony jako turystka, średnio zamożna - ot, wakacje klasy robotniczej rodem ze zdjęć Martina Parra. Pewnego dnia została okradziona ze wszytkiego. Z pieniędzy, dokumentów, tożsamości. Nie mogła wrócić do kraju i nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności nie mogła też liczyć na wsparcie brytyjskiej ambasady w Hiszpanii. Z dnia na dzień stała się bezdomną. Musiała nauczyć się wszystkiego, łącznie z językiem hiszpańskim.

Loraine, Homeless FotnsLoraine, Homeless Fotns

Dzisiaj jest podopieczną fundacji Arrels, a zaprojektowane przez nią fonty zostały wykorzystane na etykiecie wina. Luis przyjechał do Barcelony po rozwodzie, jako trzydziestopięciolatek. Chciał znaleźć tu nowe życie, ale nie spodziewał się, że będzie to nowe życie jako bezdomny projektant. Francisco, starszy pan, typ hemingwayowski. Zanim został bezdomnym w Barcelonie, wcześniej był obywatelem świata. Zjeździł autostopem Amerykę Południową. Nie dziwi się niczemu i mówi, że najważniejszą rzeczą, jakiej nauczył się w życiu, to nie przestawać się uczyć. Arrels dali mu sposobność, by nauczył nie tylko siebie, ale i innych.

Inicjatywa stworzenia bazy Homeless Fonts zwróciła moją uwagę, bo w bardzo prosty sposób pozwala bezdomnym na odzyskanie poczucia własnej wartości. Nagle okazuje się, że nie muszą mieć niczego materialnego - doświadczenia, fachu w ręku, nie muszą udowadniać przed nikim, że zasługują na coś - by podjąć pracę, za która mogą otrzymać wynagrodzenie. Ale może to tylko kolejna niszowa i zasadniczo niegroźna wizja personalistycznej utopii.

Więcej o: