Pierwsza modelka plus size w kalendarzu Pirelli: koniec konwencjonalnego kanonu?

Migdałowe oczy, pełne usta, burza włosów. Candice Huffine jest idealnie piękna. Wiele dziewczyn dałoby się całkiem dosłownie pokroić, żeby wyglądać jak ona. Może z jednym małym wyjątkiem. Gwiazda kalendarza Pirelli na 2015 rok ma, mówiąc eufemistycznie, kobiece kształty. Czy to oznacza ostateczne wyzwolenie spod dyktatury rozmiaru zero, czy "dziwne" piękności są wciąż tylko listkiem figowym?

Wszystkie „najpiękniejsze” ze wszystkich rankingów świata na szczęście wcale nie są tak ładne jak na zdjęciach. Mają pryszcze, wągry, zmarszczki i nie tylko. To wie każdy, kto choć raz widział „szokujące” zdjęcia gwiazd w drodze po bułki do sklepu. Kobiety z pierwszych stron gazet bywają też głupie, niemiłe i wredne. Jak to ludzie. Ale od przeciętnych ludzi odróżnia je rozmiar. Są chude. Nie, nie szczupłe. Po prostu chude. Robiąc z nimi wywiady, czuję się jak wielki ciężki słoń. Albo w najlepszym razie jak przerośnięte dziecko, które zjadło za dużo kaszek z Niemiec. Nie mieszczę się w rozmiar 34. Ba, czasem nawet w 38 ledwo się wciskam. Gdybym urosła, w świecie mody i urody załapałabym się co najwyżej na kategorię plus size. Czyżbym, zgodnie z najnowszymi tendencjami, reprezentowała nowy, cięższy kanon piękna?

fot. Instagramfot. Instagram

Zaraz, zaraz. Czy fakt, że Candice Huffine, boska modelka plus size, która we wczesnej młodości, gdy większość z nas miała za długie ręce i za długie nogi, wygrywała konkursy piękności, a potem pokazywała się na okładkach włoskiego „Vogue'a” w sesji „Belle Verre” („Prawdziwe piękności”) , pojawi się w Pirellim obok Aniołków Victoria's Secret, Adriany Limy i Isabeli Fontany, naprawdę ma nam pomóc odzyskać dobre samopoczucie? A może temat zdjęć - fetysz (przed premierą „Pięćdziesięciu twarzy Greya” to słowo będzie odmieniane przez wszystkie przypadki) sugeruje, że „grubaski” są wciąż mrocznym przedmiotem pożądania? Sama Candice zdaje się wierzyć, że jest nie tylko świadkiem, ale i liderką rewolucji. „Moja obecność na najbardziej prestiżowym planie zdjęciowym świata świadczy o tym, że czasy naprawdę się zmieniają”, mówi.

 

Candice Huffine za kulisami sesji do kalendarza PirelliFot. materiały promocyjne Pirelli

Pełna nadziei jest też Jillian Mercado, niepełnosprawna blogerka (Manufactured 1987) i modelka, która cierpi na zanik mięśni i od 12. roku życia porusza się na wózku inwalidzkim. Na nim wystąpiła w kampanii reklamowej marki Diesel „We Are Connected”. „Gdy ciężko pracujesz, możesz przenieść góry”, napisała na blogu. Power ma także albinoska Diandra Forrest, która podpisała kontrakt z agencją modelek Elite, chociaż w szkole mówili o niej, najłagodniej, „odmieniec”. Podobne historie o długoletnim odrzuceniu i wreszcie o akceptacji, która przyszła, gdy zaakceptowały same siebie, mają inne „kaczki dziwaczki” - 85-letnia Daphne Selfe, która chodzi po wybiegu Dolce & Gabbana, Moffy z zezem, czy androginiczna Casey Legler, która chodzi po męskich wybiegach.

Diandra ForrestFot. magazyn "U Mag"

Czy bycie innym naprawdę procentuje? A może jest wciąż tylko ciekawostką, newsem, szokiem na tle morza „normalności”? Inność pozwala wytyczyć granice „normalności”. Świetnie działa to na przykładzie kanonu urody. Ci szczególnie piękni, a więc „inni” niż „normalni”, za swoje piękno otrzymują nagrodę. Dla odmiany, ci szczególnie niepiękni, a więc znów „inni”, bywają surowo karani. Z niepewności, strachu, niezrozumienia.

A kto właściwie wyznacza dziś kanon? Fotografowie, projektanci, styliści, specjaliści od castingów. Czy fotograf Steven Meisel i superstylistka Carine Roitfeld, którzy wybrali Candice do kalendarza Pirellego i Nicola Formichetti (znany z zamiłowania do „dziwadeł” były stylista Lady GaGi), który zatrudnił Jillian, mogą dyktować, kto ma nam się podobać? Candice i Jillian nie są pierwsze ani ostatnie.

Rozbijanie kanonu nieskazitelnie pięknej gwiazdy, która po ciąży jest jeszcze chudsza niż przed, a z wiekiem ma coraz mniej zmarszczek, postępuje od dawna. Ale całkowite jego unicestwienie nie następuje z naszej winy. Chociaż wydaje nam się, że kanon narzucają nam inni, póki my w marzeniach odnosimy się do wizerunku idealnych gwiazd i rzekomych oczekiwań mężczyzn, żadna Candice Huffine nas nie przekona, że kochanego ciałka nigdy za wiele. Wiecie dlaczego? Bo jesteśmy cholernie nieufne. Widzimy Candice, mówimy „ładna”. Jillian też: ładna i umalowana. „Uwierzę, kiedy zobaczę je bez retuszu”, mówicie.

I może nawet wrzucacie na Instagram zdjęcia z hashtagiem „I woke up like this” albo "No filter". Kłamliwymi. Bo przecież nikt nie wstaje z łóżka z „włosami jak z łóżka” i „make up no make up”. Bożkiem jest więc wciąż nie "naturalna" uroda (chyba trzeba ją włożyć między bajki), tylko "prawie naturalna" uroda. Po kilku okładkach gwiazd bez retuszu, które pojawiły się m.in. we francuskim "Elle" i "Twoim Stylu", jakoś zaprzestano tego procederu. I Candice, i Jillian, i Diandra też są po retuszu. Ich inność zostaje więc wpisana w dominujący kanon upiększania, udoskonalania, wygładzania. Jeśli Candice ma cellulit, na zdjęciu widoczny z pewnością nie będzie.

Mnie pociesza to, że różnych kanonów jest coraz więcej. Coraz bardziej się rozgałęziają i rozdrabniają. Długonoga Barbie nadal jest w cenie. Ale swoje kanony piękna mają też hipsterzy, punkowcy, pracownicy korporacji. Różne narodowości i grupy społeczne. A właśnie ta mnogość może finalnie rozsadzić hollywoodzki model: chuda, wysoka, wiecznie młoda. Tylko że wciąż pozostaje jedno małe słówko: ładna. Czyli jedna ładna, ale pełna Candice wiosny nie czyni?

Fot. materiały promocyjne DieselFot. materiały promocyjne Diesel

Więcej o: