Biegać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej

Po ośmiu latach biegania mogę powiedzieć, że jest to sport dla każdego. Tyle że nie dla każdego musi oznaczać to samo. Dla jednych będzie stylem życia, podkręcaniem rekordów, maratonami, gadżetami. A dla innych truchtem w tempie konwersacyjnym, w starym dresie i po - zawsze tej samej - ulubionej trasie.

BIEGAĆ KAŻDY MOŻE

Należę do tej drugiej grupy. Przez pewien czas miałam z tego powodu kompleks i niepokoiłam się, czy przypadkiem nie jestem pozbawiona ambicji. Ale odkryłam, że dla mnie sukces w bieganiu to nie kolejny zorganizowany bieg, trudniejsza trasa, czy rekordowo krótki czas.

Moim sukcesem jest to, że biegam regularnie. Że w ogóle się ruszam. No i mam całkiem niezłą kondycję - wcześniej słowo egzotyczne, zwłaszcza, że do dorosłości ciężko chorowałam na astmę. Sukces to fakt, że z leniwej gąsienicy przepoczwarzyłam się w całkiem aktywną kobietę. Oglądałam to na filmach, ale żeby tak w życiu?

Przez tych kilka lat udało mi się wciągnąć w bieganie kilkanaście osób. Większość z grupy nie uprawiającej żadnego sportu, z bardzo marną kondycją i ugruntowaną nienawiścią do ruchu jako takiego, a przyspieszonego przebierania nogami zwłaszcza. Myślę, że udało się to tylko dzięki podejściu. No chodź, tak sobie tylko potruchtamy - mówiłam podstępnie.

I udawało się. Bo tak naprawdę, to wcale nie jest najtrudniej zacząć. Trudniej jest się odważyć, przekonać samą siebie, że da się radę. Ruszyć z miejsca z tą swoją zadyszką, słabymi nogami, może nadwagą, złymi wspomnieniami z WF, brakiem czasu, trzęsącymi się przy podskokach boczkami i wszystkimi innym przy okazji.

JAK ZACZĄĆ BIEGAĆ, KIEDY SIĘ TEGO NIENAWIDZI

Bez zastanowienia. Bez przygotowania. Bez ambicji. Broń Boże czytać wcześniej w necie o butach, butelkach do wody, oddychających koszulkach, dystansach, rozgrzewkach. Nie czytamy o plusach i minusach biegania. Nie kompletujemy sprzętów i ciuchów. Nie! Nie szykujemy się do maratonu, tylko wstępnego przeczołgania. Zwykłe buty sportowe, stanik o zdecydowanym uścisku, domowy dres + telefon ze stoperem i numerem pogotowania na szybkim wybieraniu całkowicie wystarczą.

Czego pominąć nie możemy? Rozmowy z naszym lekarzem, jeżeli cierpimy na jakieś choroby i inne usterki, zwłaszcza kręgosłupa. Towarzyskiej raczej niż specjalistycznej, na razie zmierzamy jedynie do przeniesienia się z domu na powietrze i kilku szybszych ruchów nóżkami. Nie startujemy w środku zimy, a już na pewno nie podczas upału. Ubieramy się tak, żeby po wyjściu z domu, było nam trochę za zimno. I start!

Rozgrzewka musi być / fot. Ania OkaRozgrzewka musi być / fot. Ania Oka

Rozgrzewka: marsz 10 minut. Trening: bieg 2 minuty, marsz 5 minut - pięć powtórzeń. Trzy razy w tygodniu. Potem w swoim tempie zwiększamy czas biegu, zmniejszamy marszu. Jak pobiegamy 2-3 miesiące i dojdziemy do nieprzerwanych 30 minut wolnego biegu, możemy poczytać o bieganiu. A co tam, możemy nawet zacząć kupować ciuchy i gadżety (już będziemy wiedzieli, czego naprawdę potrzebujemy). Trzasnęliśmy 3 miesiące? Znaczy, że bakcyl złapany, można inwestować (ale bez przesady). Bieganie może być naprawdę tanim sportem. To czy tak będzie, zależy wyłącznie od nas.

MÓJ PIERWSZY RAZ BYŁ PRZYPADKIEM

Jesień. Mąż odwoził syna na karate. Założyłam trampki, dres domowy i zabrałam się z nimi. I oto zupełnie spontanicznie postanowiłam wrócić do domu przez las. Biegnąc. Plan treningu o którym wcześniej przeczytałam w poradach specjalistów wydawał mi się lekko obraźliwy. 2 minuty biegu, 5 marszu, pięć powtórek. Pfyyy . Przebiegłam pierwszych 90 sekund. Powietrze zamieniło się w płyn do zmywania typu Ludwik i niechętnie wpływało do płuc. Złote plamki przed oczami. Stan okołozawałowy.

Pogoda piękna. Ludzie wylegli się usportawiać. Co chwilę, obok mnie, w cholernie szybkim tempie, przebiegał jakiś cholerny biegacz, z cholernym uśmiechem. Trening zrealizowałam. Doczołgałam się do domu. Zapomniałam kluczy. Siadłam na betonowych schodach. Ludwik powoli odpływał z płuc do nóg. Czułam się jak gorsza kategoria kobiety. Niesprawna. Niemodna. Stara. Nigdy więcej!

Nie wiem, jak to się stało, ale dwa dni później upokorzenie powtórzyłam. Poszło lepiej: klucze do domu zabrałam, mogłam lizać rany na kanapie. Trzecim razem poleciałam na wrodzonej pedanterii: "do trzech razy sztuka", żeby mi nikt nie mówił, że nie próbowałam. Uff. Z bieganiem koniec!

Dwa tygodnie później, strzeliła mi do głowy szalona myśl. "Jakby tak jeszcze raz?". Pobiegłam. Potem znowu. I jeszcze, ale "naprawdę ostatni, bo to przecież bez sensu, tak się czołgać wśród tych biegaczy". Po 2 miesiącach przebiegłam ciągiem 10 minut i poczułam się jak maratończyk. To naprawdę sukces dla astmatyczki, która startowała od 90 sekund z Ludwikiem w płucach!

ROZWÓD - KIEDY MIŁOŚĆ ZAMIENIŁA SIĘ W NIENAWIŚĆ

Po roku, czy dwóch mój czas i długość biegu stanęły na poziomie 7-8 kilometrów na godzinę. I tak sobie biegałam cała dumna i szczęśliwa kilka kolejnych lat. W sezonie, czyli kiedy nie było ani wielkich mrozów, ani upałów, biegałam 5-7 razy w tygodniu.

Aż tu przyszła moda na bieganie. Na trasach zrobiło się gęsto od radosnych sportowców. O bieganiu zaczęło się bardzo dużo mówić, pisać, wymieniać informacjami na temat butów, gadżetów, diet, treningów, biegów zorganizowanych i REKORDÓW.

Znajomi biegali coraz szybciej i dalej, ciesząc się swoimi osiągnięciami. Poczułam, że może jednak taki zwykły jogging to za mało. Może powinnam się mierzyć z własną słabością, wyznaczać sobie ambitne cele, dłuższe trasy, podkręcić tempo? Tak, właśnie - muszę wziąć się w garść! Postanowiłam, że będę biegać 10 kilometrów poniżej godziny. I jeszcze dodam profesjonalną rozgrzewkę na początku. Założę pulsometr, kupię butelkę dla biegaczy, a na telefon ściągnę stosowną apkę. Będę nowoczesną biegaczką!

W efekcie zaczęłam biegać coraz rzadziej. Wychodziłam z domu niechętnie i już od pierwszych kroków czułam się zmęczona. Zamiast resetować mózg sprawdzałam, czy trzymam odpowiednie tempo. Po kilku miesiącach w ogóle przestałam biegać uznając, że wystarczy mi gimnastyka.

Separacja z bieganiem trwała kilka miesięcy. Wyjechałam nad morze. Wyszłam rano na spacer brzegiem, boso, w szlafroku-bluzie. I niechcący zaczęłam powoli truchtać. A potem biec. Dobiegałam do najbliższego portu i wróciłam. To było takie przyjemne! Następnego dnia znowu i jeszcze raz. Aż okazało się, że biegam codziennie. Zmierzyłam apką w telefonie czas i odległość. No oczywiście - 7,8 kilometra, 56 minut. Widocznie lepsza nie będę. I niech tak zostanie.

PS. Jeśli już biegacie, to trzymam kciuki, żeby nigdy wam się nie znudziło. A jeśli jeszcze nie, to namawiam serdecznie - zaraz kończą się upały, zaczyna jesień, najpiękniejsza pora na bieganie. Ściskam.

A skoro już biegacie, to może warto się zapisać do Narodowego Spisu Biegaczy?