Sześć grzechów głównych pracownika

Trzeba to wreszcie powiedzieć. My - pracownicy - nie jesteśmy idealni. Wręcz przeciwnie, bywamy beznadziejni. Staramy się bardzo kamuflować nasze wady, ale trzeba stawić czoło prawdzie, a ta bywa gorzka.

Gorzka jest też czekolada z dużą zawartością kakao, piwo oraz wódka na weselu, którą trzeba osłodzić. Ale w tej goryczy kryje się ból prawdy. Ktoś uważający się za pracownika idealnego i oddanego bez reszty wypracowywaniu wysokiego PKB, może się poczuć obrażony tym wstępem oraz insynuacją rzekomego występku. I ja go rozumiem, bo mnie też to oburza. Lecz dodam, że jest mi również wstyd, bowiem niektóre z poniższych grzechów obciążają moje sumienie, jak wizyta u ortodonty budżet domowy.

Zwolnienia lekarskie. Wstydliwa sprawa, ale gdy brakuje ci urlopu, albo szkoda przeznaczyć go na remont, to polski pracownik korzysta z furtki lewego zwolnienia lekarskiego. Bo nic prostszego, jak udać się do lekarza i odpowiednio zasymulować bóle korzonków, czy inną rwę kulszową. Nie potrzeba wiele talentu aktorskiego, wystarczy poćwiczyć przed lustrem. Lewe zwolnienia lekarskie to plaga, zwłaszcza w sezonie urlopowym i okołoświątecznym. W ciągu roku można wziąć 182 dni zwolnienia na siebie oraz 60 dni zwolnienia z tytułu opieki nad członkiem rodziny - włączając w to teściową. W przypadku ciąży i gruźlicy prawo do zasiłku chorobowego przysługuje przez okres do 270 dni. Niemało, prawda? Życiowy przykład możliwości wykorzystania zwolnień lekarskich płynie z góry. I tak się akurat nieszczęśliwie złożyło, że najpierw chorowita oraz później szczęśliwie brzemienna pani Joanna, żona posła Adama Hofmana, przez dwa lata nie pojawiła się przy swoim biurku w KGHM, korzystając z opcji zwolnień lekarskich. Nie piszę już więcej, bo niewykluczone, że PiS wygra następne wybory i jeszcze ocenzurują nam Focha. Przejdę zatem do grzechu powszedniego jak chleb.

A skoro o chlebie mowa, to wiadomo, że chodzi o jedzenie i picie przed komputerem. Zasady BHP to jedno, ale kawę wypić trzeba. I najlepiej się tę kawę pije przeglądając bieżące informacje z kraju i ze świata na ekranie komputera. Ja piję regularnie, jem też. Mając przy tym świadomość tego, że to złe i niezdrowe. Na swoją obronę mogę dodać tylko, że nie mamy w biurze aneksów kuchennych, więc zamiast przed komputerem moglibyśmy spożywać posiłki na stojąco przy parapecie. Co jest równie smutne, jak brak dostępu do sieci. I tu przechodzimy do kolejnej wstydliwej kwestii.

Internet. Nie ma co się oszukiwać, dopóki pracownik ma nieograniczony dostęp, będzie jak dziecko pozostawione z talerzem zupy brokułowej oraz czekoladą. Pytanie: co zje pierwsze i dlaczego nie jest to ta zdrowa zupa? Internet jest studnią bez dna. Wciąga i prowadzi na ścieżki zła. Miała być tylko chwila, a okazuje się, że minęły dwie godziny. I tylko się każdy dziwi, jak to szybko zleciało. Cóż, najlepszą metodą jest blokada. Brak dostępu do serwisów społecznościowych, które są absolutnymi pożeraczami czasu. Drastyczne ograniczenie wszystkich ciekawych stron kulinarnych, zakupowych, lul, kozaczków, loczków i innych. W moim urzędzie podziałało. Jesteśmy zablokowani i zobligowani do pracy. Pozostaje nam grzebanie w smartfonach. Co ciekawe, za blokadę stron odpowiada klasycznie dział IT. Podczas gdy wszystkie strony sklepów z ciuchami są niedostępne, to motoallegro działa bez zarzutu. Ot, zagwozdka.

Jeżeli śledzenie losów celebrytów nie wchodzi w grę, to można spożytkować czas na załatwianie prywatnych spraw w godzinach pracy. Jeśli jesteś gospodarna i doskonale zorganizowana, to wyznajesz zasadę: co możesz zrobić w pracy, zrób w pracy. Będąc spryciarą możesz sobie zaplanować urlop, wyszukać noclegi w uroczym pensjonacie w Górach Sowich, zarezerwować bilet do Londynu, zakupić nowe buty. Możesz też ukradkiem wydrukować pracę magisterską synowi. Jest tyle możliwości, tyle pomysłów! Nie mówię już o rozmowach z mamą lub przyjaciółką ze służbowego telefonu, a jak wiadomo, rozmowa ta nie kończy się po trzech minutach.

Wchodzenie w posiadanie rzeczy będących majątkiem firmy jest kategorią dla spryciarzy pierwszej ligi. Niektórzy traktują to jako dodatkową premię inni nie nadają temu procederowi żadnych cech szczególnych, po prostu to robią. Jeśli zaś mowa o robieniu, to trzeba wspomnieć o drugim biegunie tego pojęcia. O lenistwie. Lenistwo to po prostu jedna z metod na przetrwanie tych strasznie długich, nudnych ośmiu godzin.

Spychacze są wśród nasSpychacze są wśród nas (Fot. Biurwa)

Ostatnim grzechem jest spychologia. Dotyka on bardziej współpracowników niż pracodawcę, dlatego nikt nie przyjaźni się z leserami i spychaczami.

Choć to nie środa i nie popielcowa, to czas pochylić głowę i posypać ją popiołem. Pracownika idealnego trzeba by szukać w nieskończoność, chyba że jest japońskim robotem. Doceńcie więc drodzy pracodawcy, tych których macie, bo mogą się wam trafić gorsi.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku