Gdzie hummus spotyka kotleta

Zasadniczo kobiety i mężczyźni nie różnią się między sobą TAK BARDZO. Ale czasami jednak trochę. Marcin Kasprzak z redakcji "Playboya" postanowił podzielić się z nami swoimi obserwacjami na temat tych różnic widocznych gołym okiem na talerzu. Smacznego i mamy nadzieję, że to początek pięknej damsko-męskiej przyjaźni!

Rukola, jagody goji, beszamel, może pomidorki pelati albo ricotta. I koniecznie penne z pesto, pestki dyni i granola na śniadanie. To słowa-klucze w diecie kobiet, które kręcą nosem nad schabowym, wolą wodę bez bąbelków, a nawet jeśli zamawiają mangoccino z bitą śmietaną, to na chudym mleku. Trudno z męskim żołądkiem wpasować się w menu nowoczesnej kobiety.

Rozpanoszyły się po Polsce restauracje z menu pisanym kredą, a w nich botwinka, burak i cieciorka. Już nie żadne chłopskie jadło, a w tle Golce i Brathanki, już nawet nie sushi, bo trąci nuworyszem. Tajskie makarony się przejadły, burger ciężki i kaloryczny, trzebaby podkręcić prędkość na bieżni, więc "Bydło i powidło", "Między bułkami" i "Burgermama" odpadają, choć nazwy mają pomysłowe. Babcinej kuchni współczesne kobiety nie za bardzo uczyły się pod babcinym okiem, bo w głowie był angielski, konie, basen i wdrażanie juniorki w wymogi korporacji. Czasu nie było na lepienie pierogów i przedwojenne opowieści, pieczeń z brytfanki to wyższa szkoła jazdy. Więc te restauracje ze ścianą z białych cegieł, szafkami białymi ikeowskimi, z blatem z drewna i menu pisanym ręcznie i niedbale są dla nowoczesnej kobiety w sam raz. Tylko chłop w tym jakiś taki niepocieszony, bo choć karnet na siłownię ma i obwodu brzucha pilnuje, to wyznaje zasadę, że "sałatki są dobre, ale się nimi nie najadam. Chcę mięsa". Słuszna to zasada.

Niedzielny poranek, kawa w sypialni, ona scrolluje Facebooka, on szuka co by tu jeszcze kupić na Allegro. Pytanie "co dzisiaj jemy" zagęszcza atmosferę, bo bywa źródłem konfliktu. Już dawno w lodówce każdy ma swoją półkę - ona trzyma na niej swoje jogurty w wersji light, jeśli Coca-Cola to oczywiście Zero, szpinak, ale koniecznie świeży, Almette w dwóch wariantach. Żadnej śmietany, tylko jogurt grecki, mleko niskoprocentowe, chociaż nie chce się pienić w ich nowym, wypasionym ekspresie. Musi być żurawina, najlepiej dodana do wszystkiego, jeśli jest maj to koniecznie szparagi, jeśli lipiec, to kurki. Goudy nie lubi, ostatnio odkryła ser kozi, chociaż po 70 zł za kilogram na Le Targu czy innym Ekobazarze. On? Kawał polędwicy, ser, co śmierdzi jak skarpety, który ona wkłada mu do próżniowych pojemników, śledzik po kaszubsku, choć "tyle razy prosiła, żeby opakował go w woreczek foliowy". W lodówce tylko jajka mają wspólne, bo dostają ze wsi od sąsiadki. Nawet pomidory ona woli koktajlowe, jemu obojętnie, wino ona woli białe i słodkie, on czerwone i wytrawne. Ona ketchup łagodny, on ostry, ona majonez light, on swój wielki sos Barbeque z Jackiem Daniel'sem, chociaż jej zdaniem "strasznie daje octem" i śmierdzi potem od niego bimbrem. Nawet wodę piją inną - on lidlowską, zwykłą, ona Borjomi prosto z gruzińskich źródeł, bo ponoć jej dobrze robi na cerę.

On wcale nie jest zacofany, w delegacjach jada różne cuda, nie w głowie mu tylko schabowy z kapustą, chociaż nie udaje, że tym zawsze najada się do syta i w smaku jest zwykle doskonały. Nie bywa w knajpach w stylu "co jeszcze można usmażyć w głębokim tłuszczu" i postanowił jeść mniej pizzy, bo mu w pracy powiedzieli, że "statusiał", choć tatusiem wcale nie jest. Ona ćwiczy z Chodakowską, zupa na lunch jej wystarcza, najlepiej krem z białych warzyw albo z soczewicy. Obiadem może być kanapka, gardzi mikrofalówką "bo to rakotwórcze". Je te swoje wafle ryżowe, które on nazywa styropianem i ciasteczka owsiane z dynią, których okruszki on znajduje na prześcieradle. Na śniadanie pije koktajl z selera, choć on widzi, że tak naprawdę to nie do końca jej smakuje i trochę się krzywi. Zafundowali sobie grilla elektrycznego, najlepszy model w całym Saturnie. Ale ona właśnie ma wegetariański tydzień, więc proponuje łososia albo grilowaną cukinię - ostatnio jej ulubione warzywo, bo ponoć ma dużo potasu i witaminy E. No i taką ma ładną nazwę. On nie chce cukini, bo to nie mięso, łososia jedli już wczoraj. Może makaron? Ona nie ma ochoty na makaron, bo przygotowuje się do diety bezglutenowej, a musiałby po specjalny makaron jechać aż do Almy. To może ona te swoje cukinie na parze, a on jednak zamówi pizzę i statusieje jeszcze bardziej? "Ale tygrysku, przecież dzisiaj niedziela, wspólny posiłek jest bardzo ważny".

To może zamiast usiłować gotować dwa osobne obiady lepiej zjeść na mieście? "Kasia polecała taką miłą knajpkę, co to ją otworzyli ostatnio" - ona rekomenduje. On przestaje scrollować Allegro, googluje menu tej knajpki, a tam polecają carpaccio z lotty (co to lotta?), bouillabaisse z chutneyem z marakuji (tylko przyimki coś mu mówią), parfait, fondant, geranium, espumę (tego nawet nie googluje). Facet nie powinien ponoć pytać "dokąd pójdziemy?" tylko stanowczo oznajmiać "kochanie, zabieram cię tam i tam", przeczytał w Playboyu. No to on mówi, że tam gdzie Kasia to nie bardzo, bo lanczyk za stówkę, a mieli lecieć na Filipiny zimą i po co tyle płacić. Pójdą tam, gdzie ostatnio był z chłopakami. Ona przestaje scrollować Facebooka, zagląda w menu tej knajpy, bo to k n a j p a, a nie restauracja zapewne, skoro on poleca. Stek z polędwicy argentyńskiej?! Rostbef z rusztu z ziemniakami pieczonymi?! Skrzydełka w sosie musztardowym?! W rubryce "sałatki" tylko smętny cezar i to jeszcze bez anchois, chociaż "cezar bez anchois to nie cezar", jak mówili w Masterchefie. I to jeszcze sałata lodowa zamiast rzymskiej? Czy oni powariowali? "Naprawdę chcesz mnie tam zabrać". To nawet gorsze od Sphinksa, w którym jej noga już więcej nie postanie po ostatniej wizycie, na której wspomnienie budzi się w nocy zlana potem.

To może ja ci coś, kochanie, ugotuję? Ponoć "mężczyźni to najlepsi kucharze", a "facet, który wysyła kobietę do kuchni, nie wie co z nią zrobić w sypialni". On się najeździ, nakupuje, nastoi przy garach. Ona zapyta w międzyczasie, czy na pewno nie kroił mięsa na tej samej desce co warzyw, potem upewni się jeszcze kilkakrotnie i dopyta czy na pewno umył pomidory "ale nie tylko tak przepłukał, ale porządnie umył" i czy "kuchnia nie wygląda jak pobojowisko". Na koniec popatrzy z uznaniem i pogłaszcze czule po głowie, a może i nie tylko po głowie, skonsumuje, choć zawsze zostawi jeden składnik. Bo kalafior niedogotowany, bo kurczak niedogrillowany, bo makaron jada tylko al dente. Ale przecież wszystko było pyszne i żeby nie wmawiał sobie, że jej nie smakowało. "Przecież nic nie powiedziałam". Na szczęście, kiedy ona coś mu ugotuje, on zachwyci się szczerze, naje ile można, bo jemu zwykle wszystko smakuje. Jedynie doje kawałkiem pizzy z wczoraj albo innym kawalerskim posiłkiem, którego ona tak nie lubi i "jak on może to w ogóle jeść, i to na zimno?" - zwierzy się na kolejnym "babskim wieczorze".

Bo zwykły kurczak z ziemniakami jest za zwykły dla nowoczesnej kobiety. To żaden wyczyn ugotować lub zamówić danie tak proste i tak niewyjątkowe. Co ona powie znajomym? Co wrzuci na Instagrama? Taki kurczak ani nie brzmi, ani nie wygląda. Bo dla kobiety jedzenie od dawna nie służy tylko do jedzenia. Definiuje, kim jest, do jakiej grupy społecznej należy, ponoć wpływa na to, jak jej się układają włosy, czy ma mocne paznokcie i czy skóra jest świetlista czy nie. Musi być zdrowe, z efektem wow, ostatnio trącić starodawnym polskim smakiem - więc po szczaw czy buraka pojedzie swoim holenderskim rowerem na bazarek do sąsiedniej dzielnicy. Mężczyzna tymczasem je, żeby się najeść. Tak po prostu. Bardziej go interesuje smak, niż kolor, nazwa, ekologiczny producent i zawartość błonnika. W nowoczesnych parach często łatwiej mieć wspólnego kota i wspólne konto, niż wspólną kuchnię. A może i dzięki tym dietom czy grymaszeniu nad każdą kalorią, mężczyzna na jej garnuszku też zyska, by po latach podziękować za zastopowanie cukrzycy i mniej cholesterolu?

Marcin Kasprzak

Fot. Archiwum prywatneFot. Archiwum prywatne

* Marcin Kasprzak - Na posadce w Playboyu, choć po godzinach pisuje do portali biznesowych (więcej liczb, mniej cycków). Lata, gdzie popadnie, chociaż raczej do gwarnych metropolii, niż na łono natury (wyjątek: rajska wyspa, ale raczej Malediwy niż Wolin). Lubi jesień i rowery nocą.

Więcej o: