"Absolwent Harvardu" i "przyjaciel Dalajlamy"* zmieniają oblicze blogosfery [BLOG DAY]

Patryk Bryliński i Maciej Kaczyński to blogerzy nowej ery. Ich blog Zmemłani powstał, gdy zdobyli już sławę na Facebooku jako autorzy stron z memami: "Junior Brand Managera", "Antkowi znowu nie wyszło" i "Facecji". Całą swoją twórczością pokazują, że w internecie jest miejsce na treść zabawną i inteligentną, na puszczanie oka do wykształconego czytelnika, na szukającego ambitniejszego żartu, wymagającego osadzenia w pewnym kontekście kulturowym.

Co wy właściwie robicie, czym zajmujecie się na co dzień?

Zmemłani: Co robimy? W kontekście bloga czy ogólnie?

W kontekście bloga i ogólnie - w życiu, w pracy. W którym momencie nastąpiło przenikanie dwóch płaszczyzn aktywności? Pracowaliście w agencji reklamowej, zaczęliście robić Junior Brand Managera, który przyniósł wam sukces i możliwość przejścia "na swoje"? Jak to wyglądało?

Patryk Bryliński: Jakieś sześć lat temu zaczęliśmy pracować jako team kreatywny w agencji. W pewnym momencie powstał Junior Brand Manager, którego założyłem i prowadziłem z Dimą Słupczyńskim. Potem wpadliśmy na pomysł strony "Antkowi znowu nie wyszło", potem na "Facecje". Te strony zaczęły być popularne w internecie i jakoś tak, od krótkich form memowo-obrazkowych, zaczęliśmy powoli przechodzić do form bardziej rozbudowanych. Z potrzeby pisania założyliśmy pierwszego bloga pod nazwą Zmemłani na portalu Natemat, szybko jednak wycofaliśmy się, bo stwierdziliśmy, że chcemy mieć swoją własną stronę. Tak powstał blog zmemlani.pl i jakoś to potoczyło się dalej - te fanpejdże, blog oraz doświadczenie zdobyte w agencjach doprowadziły nas do tego, że pięć miesięcy temu założyliśmy własną firmę - agencję Rekreacja. Teraz trudno powiedzieć, co robimy zawodowo, co niezawodowo, bo to wszystko się mocno przenika.

Czy blog jest źródłem dochodu z którego można wyżyć? Czy założyliście go cynicznie, wiedząc, że może odnieść sukces, czy był to raczej wentyl bezpieczeństwa, którym upuszczaliście irytację generowaną przez umownych brand managerów?

PB: Nie wiem, czy da się wyżyć. Na szczęście mamy ten luksus, że nie jest naszym głównym źródłem dochodów. Od czasu do czasu zarabiamy na nim, ale piszemy głównie dla przyjemności i zabawy. Choć ta zabawa bywa dwuznaczna, bo piszemy często teksty smutne i gorzkie.

A to prawda, wasz blog często jest dołujący.

Maciej Kaczyński: Bo życie jest dołujące z naszego punktu widzenia. Ale tak - my tam piszemy dla siebie. Od początku mieliśmy założenie, że piszemy tylko to, co nam się podoba. O sprawach, o których mamy potrzebę napisać. Nie traktujemy tego bloga jako źródła dofinansowania. Gdybyśmy tak robili, to pewnie stałby się czymś miałkim i dużo gorszym. A jeżeli jakieś pieniądze czy oferty się pojawiają, to w większości - póki co - je przyjmujemy, bo dotyczą zazwyczaj produktów, z których i tak korzystamy i nie widzimy powodu żeby tego nie robić. Jeśli ktoś nam chce płacić za pisanie takich tekstów, jakie piszemy, to czemu nie?

PB: Fajne jest to, że możemy sobie wybierać - po prostu. Nie utrzymujemy się z bloga, nie musimy szukać reklamodawców. Jeżeli przychodzi do nas firma i, na przykład, z okazji Mundialu prosi nas o piłkarski tekst, a obydwaj jesteśmy fanami piłki nożnej, to dla nas jest to czysta zabawa, za którą jeszcze nam zapłacą, więc - proszę bardzo.

Skąd w ogóle się wziął Junior Brand Manager i jaka była praprzyczyna tej działalności?

PB: Junior Brand Manager to jest czysta frustracja wywołana warunkami pracy w agencjach reklamowych, która jakoś tak naturalnie poszła w dowcipne obrazki. Jakieś tam narzekanie, ale na pewno nie obrażanie ludzi.

Fot. Daria Matczuk/Lens StudioFot. Daria Matczuk/Lens Studio

Jak wam się teraz pracuje z brand managerami? Czy może ktoś z waszych byłych współpracowników obruszył się o to, że śmiejecie się z nich?

PB: Nie, wręcz przeciwnie. Nawet były takie momenty, kiedy strona zaczęła się bardzo szybko rozrastać i stwierdziłem: "Ej, przecież ja pracuję w branży reklamowej, zaraz się ktoś dowie, że ja to robię". Ale szybko machnąłem na to ręką, bo reakcje zawsze były pozytywne.

MK: Mam wrażenie, że humor naszych stron jest jednak ciepły - to nie są jakieś zjadliwe, bardzo ostre teksty, tylko takie zabawne, empatyczne zauważanie różnych małych absurdów. Mam wrażenie, że śmieją się z nich obie strony - tak jak ja, robiąc obrazki na Antkowi znowu nie wyszło często śmieję się z siebie samego. Zakładam, że junior brand managerowie też mają poczucie humoru i dystans do tej dziwnej rzeczywistości agencyjnej czy biurowej, w której używamy mnóstwa angielskich słów i dziwnych określeń. Jako osoby wrażliwe i widzące wiele cierpienia w internecie staramy się też robić wszystko odpowiedzialnie, z jakąś społeczną klasą. Tak, żeby nikogo nie skrzywdzić, żeby nikt przez to co robimy nie cierpiał.

A nie macie już dosyć pracy w reklamie? Praca w agencji jest chyba jedną z najbardziej wysysających człowieka. Tak przynajmniej mówi większość ludzi z waszej branży.

PB: Paradoksalnie, większość naszej działalności w tym momencie opiera się mocno na Facebooku, któremu oczywiście życzymy rychłej śmierci z powodu tego, że istnieje. Mamy dosyć Facebooka - jest on dla nas głównie źródłem cierpień.

MK: Mieliśmy dość pracy w agencji - ja na pewno miałem tego strasznie dosyć. Teraz, kiedy prowadzimy własną działalność, spotykając się w przyjemnych miejscach z kawą albo siedząc w domu, wreszcie możemy pocieszyć się spokojem i większym komfortem pracy.

PB: Ja w ogóle nie czuję się zmęczony. Pracuję na własnych warunkach i bez całej masy pośredników, dzięki czemu nie ma tysięcy maili przerzucanych pomiędzy mną, a klientem. Mamy też naprawdę szczęście, bo dzięki temu, że wyrobiliśmy sobie jakąś tam markę "zabawnych kolesi", pracujemy nad dużą ilością projektów, które są po prostu fajne. Na przykład dla Biblioteki Narodowej albo Narodowego Centrum Kultury, ale nie tylko. Ogólnie mamy fajnych klientów, którzy chcą ładnych i wartościowych rzeczy.

I to właśnie dzięki blogowi?

MK: Blog i inne działania w internecie na pewno nam pomogły. Jeden z klientów zgłosił się do nas, mówiąc, że z jego pięciu ulubionych stron na Facebooku trzy są nasze i dlatego chce pracować z nami.

A która jest waszą ulubioną? W którą najwięcej serca wkładacie?

PB: Facecje.

MK: Tak, Facecje to takie ulubione dziecko.

A dlaczego?

PB: Bo jest najmądrzejszym dzieckiem! Mimo że to trwa już ponad rok, nadal mamy dużo frajdy przy tworzeniu tych postów i też na pewno rozwija nas ta zabawa. Nie mamy wszystkiego w małym palcu, często musimy coś sprawdzić i coś doczytać.

MK: Tam jest największe pole dla kreatywności, łączenia wiedzy o kulturze z nowoczesnymi formami komunikacji. To ten "kreatywny czynnik x", który sprawia nam bardzo dużą frajdę.

PB: No a poza tym, zebrała się tam garstka, duża garstka - 26 tysięcy ludzi - którzy trzymają poziom tej strony. Nie ma tam hejtu, nie ma wulgaryzowania dyskusji w komentarzach, naprawdę jest przyjemnie.

Fot. Daria Matczuk/Lens StudioFot. Daria Matczuk/Lens Studio

A właśnie, jak wy w ogóle odbieracie czy oceniacie internautów? Komentujący potrafią się doczepić do wszystkiego, wyciągnąć absurdalne wnioski...

PB: Często na blogu poruszamy temat funkcjonowania w internecie i tego co się tam dzieje.

MK: Ludzie potrafią być dla siebie naprawdę straszni. Staramy się jakoś w ten nasz ironiczny sposób bronić przed tym, może nawet lekko edukować i - mówiąc górnolotnie - walczyć o lepszy internet. Wydaje mi się, że radzimy sobie coraz lepiej. Ja kiedyś bardziej cierpiałem z powodu negatywnych komentarzy, które zawsze się pojawią, bo po prostu wraz ze zwiększaniem się zasięgu rośnie liczba ludzi, którzy mają potrzebę wbić ci jakąś szpilkę. Więc zjawiają się dziwne, chorobliwe przypadki osób, które z jakiegoś tajemniczego powodu nie mogą znieść czegoś, co właśnie przeczytały. Jest to naprawdę dziwne. Są różne sposoby radzenia sobie z tym - od banowania poprzez wyobrażanie sobie, jak ta osoba wygląda i kim jest. Można też wejść na jej profil i popatrzeć jakie smutne życie prowadzi. To pomaga, naprawdę. Nadal jednak jest to jakieś całkowicie nowe doświadczenie. Nikt nas nie nauczył, jak sobie radzić w internecie, bo ta rzeczywistość dopiero się rodzi. Tu i teraz.

PB: Myślę, że ci ludzie, którzy mają teraz piętnaście lat i wypisują jakieś niesamowite rzeczy pod swoim nazwiskiem, za pięć lat będą tego szukali i kasowali. Razem z nimi dorasta "drugi internet". Być może kolejni użytkownicy będą trochę mądrzejsi od tych, którzy są teraz. Na szczęście tworzymy treści dość niszowe, a nasi odbiorcy z reguły są na poziomie, co nam daje jakiś komfort. Nie musimy wchodzić w dyskusje z dziećmi z gimnazjum, które usiłują nam pokazać, że jesteśmy nikim.

A kto jest waszym odbiorcą?

PB: Według statystyk?

Tak.

PB: Średnia wieku 24-35 lat, w większości kobiety.

MK: To jest fajne, że w większości są to kobiety! Mi to pochlebia, bo ogólnie kobiety są fajniejsze niż mężczyźni. Myślę, że nasi odbiorcy, to ludzie podobni do nas, w podobnym wieku, z tymi samymi problemami, z tą samą potrzebą dystansu do rzeczywistości lub zobaczenia swoich różnych niedoskonałości i problemów w ciepłym świetle ironii.

Co myślicie o przeniesieniu języka memowego do reklamy? Tak, jak wcześniej były wszędzie te kody do skanowania, tak teraz w każdej kampanii są "hasztagi" i "heheszki". Do kogo to dociera?

PB: Sporo reklam robi się pod nagrody i po to, żeby branża klepała cię po plecach. One ze skutecznością nie mają nic wspólnego. Mówi się o nich "dobra reklama", ale naprawdę dobra reklama, to taka, która sprzedaje. Koniec. Więc te "dobre reklamy" wcale nie są dobrymi reklamami tylko jakimiś tam wytryskami kreatywności. Też pewnie są w branży potrzebne, żeby do końca nie stracić wiary w to, co robimy. A odpowiadając na twoje pytanie, heheszki i hasztagi w reklamach są moim zdaniem jak najbardziej naturalne i potrzebne, jeżeli kierujemy reklamę do odbiorcy, który się takim językiem posługuje. Jeżeli reklamujemy klej do protez zębowych hasłem hasztag-coś-tam, no to raczej jest to złe. Mam wrażenie, że często korzystanie z tego języka dzieje się nieporadnie i po omacku z uwagi właśnie na to, że żyjemy w takim fascynującym okresie, kiedy naprawdę wszystko jest nowe i dzieje się po raz pierwszy. Są to jakieś trendy na które się trzeba załapać, a jeżeli się nie załapiesz to odpadasz.

Co skutkuje często czymś strasznym, na czym cierpi reklama - czyli sytuacją, w której stare dziady próbują naśladować język młodzieży.

PB: Tak, to jest bolesne, tym bardziej, że powoli sami wkraczamy w ten wiek starodziadowieństwa, w którym będziemy musieli zacząć uważać! Zrobiliśmy w ostatnim okresie kilka kampanii kierowanych do 15-latków i mieliśmy jeszcze wrażenie, że łapiemy, o co chodzi, ale już powoli, powoli, ten świat dla nas odchodzi. Ja tam nie narzekam, bo nie przepadam za reklamowaniem produktów dla młodych ludzi, również dlatego, że niestety trzeba ten przekaz mocno infantylizować. A może właśnie zaczynam czuć, że nie za bardzo chyba już to potrafię.

Czy macie wrażenie, że stworzyliście nową jakość w polskim internecie? To, co robicie, z mojej perspektywy jest wyjątkowe. Nie jest, jak wiele memów, jeden do jednego kopią czegoś, co już od dawna istniało zagranicą - jak Pieseł - tylko czymś nowym.

MK: Jeżeli tak uważasz, to z radością przyjmujemy komplement. Nam bardzo trudno jest zobaczyć to, co robimy, z zewnątrz. Gdzieś w głębi duszy podoba nam się to i jesteśmy bardzo zadowoleni i dumni, że jakoś nam wychodzi. Jednocześnie mamy bardzo silne tendencje do tego, by wątpić w siebie, pomniejszać swoją wartość, nie widzieć jej w jasnym, pięknym świetle reflektorów. Dlatego trudno nam to oceniać, ale bardzo się cieszymy słysząc takie głosy jak twój.

Obserwujecie w ogóle polskie memy? Śledzicie, co ludzi interesuje?

PB: Tak, dużo czasu spędzamy w internecie, więc automatycznie pozyskujemy przydatną wiedzę o tym co się robi i gdzie płyną internety.

To w którą stronę teraz płyną?

MK: Zawsze w nieciekawą. Ja nie jestem, mówiąc oględnie, fanem infantylizacji rzeczywistości i informowania o świecie za pomocą memów. Sytuacji, w której internauci komentują trzęsienia ziemi zabawnymi memami, a telewizje to podchwytują i pokazują. Nie podoba mi się tendencja, żeby w ogóle wszystko sprowadzać do memów. Taka radykalna kompresja treści to coś, co mnie osobiście bardzo niepokoi. Wychowałem się jednak czytając długie książki i jakkolwiek uważam, że syntetyzacja jest spoko, to jednak przybiera ona na Facebooku tak głupkowate formy, że nie jestem w stanie "lubić" czegoś takiego.

Facebook/Antkowi znowu nie wyszło Facebook/Antkowi znowu nie wyszło

Widzicie to, jak ta "głupkowatość" przenika do mediów?

PB: W tym momencie telewizja upodabnia się do internetu. Po każdym meczu mamy przegląd twittów na temat gry, w dziennikach telewizyjnych - informacje o tym, jak internet komentował różne wydarzenia memami. Wystarczy włączyć jakąś telewizję dla młodych ludzi - ona się składa w większości ze śmiesznych filmików ściągniętych z internetu. W ogóle telewizja jest chyba tym staruszkiem, który próbuje młodzieżowe ciuchy zakładać.

MK: Nie chcemy tego krytykować z pozycji mentalnych dziadków, którzy narzekają, że żyjemy w okropnych czasach, ale wydaje mi się, że można to robić lepiej, inaczej - i te syntetyczne treści podawać z większą klasą.

PB: Może dorzucę coś - wracając do twojego pytania, w którą stronę internet idzie. Powiem oczywistą oczywistość: że idzie do przodu w stronę komunikacji absolutnie obrazkowej. Ludzie uciekają z Facebooka, bo wszystko, cokolwiek czują, myślą, mogą pokazać za pomocą zdjęcia na Instagramie, nawet nie opisując jakoś bardzo, tylko wrzucając garść hasztagów i emotek. I to im wystarczy. Uzupełniając to, co powiedział Maciek - kompresja przekazu jest coraz większa, tekst, który ma 2000 znaków jest komentowany "tl;dr" - "za długie, nie czytałem". Mam nadzieję, że będziemy jednak trafiać cały czas do tej starszej części, która chce zobaczyć coś więcej niż garść hasztagów, i która będzie się starzała razem z nami.

Ale nie łapiecie się sami czasem na tym, że jednak "tl;dr", że też przeskakujecie po tekście?

PB: Jak najbardziej, po nagłówkach! Trzeba walczyć z takim internetowym bumelanctwem w sobie, ale to jest silny odruch. Internet dostarcza dużo bzdurnych informacji, dlatego ta ręka na myszce, która jest przyzwyczajona do bzdur, zaczyna automatycznie tekst przewijać, zatrzymując się raz na jakiś czas.

MK: Jesteśmy wciągnięci w tak szalony kołowrót bodźców, że kiedy zaczyna ich brakować przez dłuższy czas - a ten dłuższy czas to powiedzmy jest już 10 sekund - to musimy mieć nowe bodźce. Skupienie uwagi na dłuższym tekście bez chociażby odświeżenia Facebooka w międzyczasie jest bardzo trudne. Po dłuższej przerwie kupiłem sobie wczoraj gazetę papierową. Tygodnik opinii. I po raz pierwszy od dłuższego czasu odczułem ulgę, że mogę czytać artykuły nie klikając na nic, nie robiąc sobie żadnej mikro przerwy, żeby sobie dostarczyć więcej bodźców.

PB: Niestety, wiem, sam krytykuję coś, czego jestem więźniem. Potrzebuję bodźców. Ostatnio w jakiś wolny dzień, kiedy mogłem przez kilka godzin poleżeć, poczytać książkę, nie jak zwykle - kilka minut przed snem, czy kilka minut w metrze - to naprawdę było mi ciężko przez pierwsze minuty, bo tu mi coś w telefonie wyskoczyło, tu mi ręka leciała, żebym coś sprawdził. Musiałem powyłączać internet we wszystkich urządzeniach i dopiero potem jakoś "wejść" w ten spokój i ciszę, i książkę.

MK: A ja bardzo sobie cenię sobotę bez internetu. Z narzeczoną mamy jeden dzień w tygodniu, w którym w ogóle nie ma korzystania z internetu i komputera. Naprawdę daje nam to duży oddech, bardzo polecam.

Chciałam o wspomnianego Instagrama zapytać - używacie?

MK: Tak.

I nie irytuje was przewijanie tych wszystkich zdjęć śniadań, selfików, kreacji internetowych?

MK: Ja jestem chyba nietypowym użytkownikiem Instagrama. Konto założyłem sobie niedawno i nie śledzę nikogo. Nie mam potrzeby patrzenia na zdjęcia innych ludzi. To jest moje "artystyczne" założenie. Nic nie mam do przewijania i mam spokój.

PB: A mi się Instagram podoba i lubię z niego korzystać. Wiadomo, że jeżeli w sobotę o dwunastej w południe go odpalę, to będę musiał przewinąć tysiąc zdjęć ludzi jedzących jajecznicę i będzie to męczące. Wiadomo też, że każdy lubi sobie zrobić zdjęcie jajecznicy (śmiech). Jest kilka fajnych profili na Instagramie i można obserwować twórców wrzucających zupełnie inne zdjęcia - jak np. Murad Osmann.

A jakie są wasze ulubione produkty czy strony na Facebooku?

MK: Bardzo nam się podobają profile, na których można obserwować treści dostarczane z archiwum cyfrowego Biblioteki Narodowej: "Stare obrazki ze zwierzętami" albo "Discarding Images". Naprawdę wartościowe, rzadkie, nietypowe rzeczy - stare ryciny, albo wycinki artykułów z początku XX wieku, dające jakiś oddech od memowej sieczki, która płynie sobie wesoło przez Facebooka.

PB: Dla takich rzeczy internet został stworzony, wystarczy poszukać i na wyciągnięcie ręki masz największą skarbnicę wiedzy w dziejach ludzkości. Nieustająco lubimy Make Life Harder - oni są super. Jest polski internet, potem długo, długo nic, a potem wyłaniają się oni. Zupełnie inny poziom pisania i tworzenia czegokolwiek. Bardzo lubię też to, co robi Krzysztof Gonciarz. W tym momencie nawet coraz bardziej - ostatnie rzeczy, które wysyła z Japonii, są coraz fajniejsze. Wielkie brawa za pomysł, obawiam się, że on tam zostanie na zawsze.

A jakieś strony typu "Nagłówki nie do ogarnięcia", "Asz Dziennik"- śledziecie to wszystko?

PB: Ja bardzo lubię legendarne "ZAGRANICO", które cały czas trzyma poziom. W sensie - ludzie trzymają poziom głupoty.

MK: Ja nie jestem wielkim fanem stron humorystycznych. Powiedzmy, że polski idiom kabaretowy to nie jest coś, z czym chciałbym jakkolwiek obcować. Natomiast uwielbiam "Bohatera". Polecam też "Nowe wiersze sławnych poetów", które z wielkim wdziękiem pisze mój przyjaciel Grzegorz Uzdański.

Facebook.com/Junior Brand ManagerFacebook/Junior Brand Manager

Jak myślicie, co stoi za sukcesem waszych przedsięwzięć?

PB: Najprostsza odpowiedź jest taka, że my zaczynaliśmy robić te rzeczy jako jedni z pierwszych. Teraz jest więcej mądrych rzeczy w internecie, czy na polskim Facebooku. Mam wrażenie, że kiedy powstawały nasze pierwsze strony, to ich nie było.

MK: Internet kojarzył się z czymś co z definicji musi to płytkie, płaskie, głupie, kwejkowe, dla gimbusów itd. We mnie to wywoływało bunt. Uważałem, że skoro jesteśmy w internecie - my, ludzie fajni, inteligentni, oczytani itd. - to możemy zróbić ten internet miejscem przyjaznym dla nam podobnych. Zróbmy, twórzmy, dawajmy innym treści inteligentne, ironiczne, na poziomie. Mam wrażenie, że jest duże zapotrzebowanie na takie treści, bo nastąpiło pewne zmęczenie materiału. W internecie jest mnóstwo inteligentnych ludzi, i oni chcą dostać treści dla siebie, nie chcą przewijać kolejnych głupot. Myślę, że udało się nam połączyć pewien old schoolowy sznyt kultury wysokiej z bardzo komunikatywnym wykorzystaniem współczesnego języka internetowego - i dlatego to zażarło.

To budujące, ja się bardzo cieszę, bo to kolejne - choćby po powstaniu weekend.gazeta.pl - potwierdzenie tego, co zawsze twierdziłam: że jest jakiś odbiorca, który chce wartościowych treści w internecie.

PB: No, my też bardzo się z tego cieszymy. Samo to, że Facecje mają ponad 20 tysięcy fanów to dla nas jest informacja, że te 20 tysięcy ludzi jest zmęczone lolami czy kwejkowymi dowcipami i chcą czegoś więcej. Ludzie mają dosyć, chcą wartości. Czegoś, czego nie zobaczą w innym miejscu.

Gdzie wy się widzicie za parę lat, co byście chcieli robić? Zostać w reklamie, czy, nie wiem - wyjechać w Bieszczady i mieć święty spokój?

MK: Obaj chcemy mieszkać w Europie południowej, chociaż w innych krajach. Ja w Portugalii, Patryk w Chorwacji, więc będziemy się widywać na Sycylii - jakoś tak pośrodku. Będziemy podpisywać jakieś dokumenty, liczyć pieniądze i się rozjeżdżać. Możemy jeszcze zjeść na tej Sycylii kolację. A tak serio, to nie mam pojęcia - ja nie mam żadnych planów. To, co się dzieje teraz, nie jest absolutnie tym, co planowałem kilka lat temu.

PB: No tak, rozumiemy się bez słów i bez słów ustaliliśmy, że nie mamy żadnych wielkich planów. Jeżeli przyjdzie potrzeba rozwinięcia tego, co mamy, zatrudnienia kolejnych osób, to to zrobimy. Ale nie siedzimy i nie rozmyślamy o tym, po prostu jakoś lecimy z falą i jak na razie nam wychodzi.

MK: Ja widzę wszystko, co robimy, jako opowiadanie jakichś historii. I mam zamiar nadal te historie opowiadać, w ten czy inny sposób. Czy to będą scenariusze, czy seriale interaktywne, czy reklamy, czy może jakieś nowe inicjatywy internetowe, to zawsze będą za tym jakieś historie do opowiedzenia.

Jakie wy macie wykształcenie?

PB: Niedokończone studia.

Nie chodzi mi o to, czy dokończone, czy nie dokończone, jaki kierunek?

MK: Ja skończyłem Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne, bo nie wiedziałem co studiować, tak jak do tej pory nie wiem co robić w życiu. Napisałem pracę z filozofii i później skończyłem studia doktoranckie w Polskiej Akademii Nauk, aczkolwiek doktoratu nie napisałem.

PB: A ja się siłowałem z historią sztuki.

Facebook.com/FacecjeFacebook.com/Facecje

To czemu nie robicie "Sztucznych fiołków"? Ktoś wam skradł pomysł.

MK: "Sztuczne fiołki" to jest bardzo fajny pomysł, ale naszym zdaniem nie do końca fajnie realizowany. Mają świetny koncept, który psuje często zbyt silny, "kwadratowy" przekaz. Ja osobiście z linią polityczną tej strony sympatyzuję, ale jeśli jest ona wykładana w taki sposób, to moim zdaniem więcej ujmuje niż pomaga.

Jak myślicie - ile jeszcze Facebook przeżyje? Tak wieszczą co chwilę jego upadek, a on jakoś nie chce upadać.

PB: Masz rację, końca nie widać. I nie ważne jest, czy Facebook umrze, ważne, że ludzie nauczyli się życia w social mediach i już się go nie oduczą. Jak nie na Facebooku, to na Twitterze, na Instagramie czy Snapchacie. To musi już w tym momencie istnieć, bo to zostało wszczepione, zwłaszcza młodym pokoleniom.

A nie myślicie, że nadejdzie moment ucieczki od tego wszystkiego? Ze ludzie będą zmęczeni tym, że potencjalnie ktoś obcy może dowiedzieć się o nich czegoś z internetu?

PB: Znam ludzi, którzy kasowali konta, a później wracali i nadal są w sieci. Niezdrowo to brzmi, ale tak jest. Ja sobie mówię codziennie, że nie mogę skasować konta na Facebooku, bo przecież na nim pracuję, ale gdybym nie pracował, to miałbym pewnie inną wymówkę. Myślę, że to jeszcze długo nie nastąpi. Poza tym, nie każdy chciałby leżeć na bezludnej wyspie i czytać piękne dzieła literackie. Nie wszyscy potrzebują ucieczki i wyciszenia.

* Dane pochodzą z biogramów Zmemłanych.

***

Partnerem cyklu o blogerach jest platforma Blox.pl, organizator spotkania blogerów i przyjaciół blogów Blogair 2014.