Podziel się swoim ciałem!

Czy zastanawialiście się kiedyś, na ile sposobów wasze ciało może pomóc innym ludziom? Nie mówię o sprawnych bicepsach, przemieszczających lodówkę sąsiada lub targających zakupy kruchej staruszki, ani o tzw. obdarzaniu swoimi wdziękami ale o prawdziwym, fizycznym darze: krwi, szpiku, organach.

Zacznę z grubej rury. Niewątpliwie wszyscy umrzemy. Ale czy wszyscy chcemy być pochowani w dębowej trumnie w kamiennym grobowcu, żeby tam zamienić się w nieapetyczną papkę? Jeżeli nie, to jest inne rozwiązanie - można całe swoje ciało ofiarować nauce, reprezentowanej przez Śląską Akademię Medyczną. Jest to odważny krok - w końcu ciało to my i jesteśmy do niego raczej przywiązani. Przez całe dekady poddajemy je rozmaitym absurdalnym rytuałom i myśl, że ten nasz ukochany pokrowiec na osobowość wyląduje nago na stole, a następnie zostanie obmacany i pocięty przez niedowarzonych studentów, jest w pierwszej chwili trudna do zaakceptowania. Ale wystarczy uświadomić sobie, że po śmierci będzie nam naprawdę wszystko jedno. Nawet wierząc w nieśmiertelność duszy trudno przypuszczać, by miała się ona przejmować tym, czego doświadczają zwłoki. A nawet jeżeli, to powinna się tylko radować - wprawdzie modele anatomiczne są coraz doskonalsze, ale wykładowcy podkreślają, że dla prawidłowego kształcenia lekarzy wszelkich specjalności niezbędny jest kontakt z prawdziwą ludzką tkanką.

Nie chciałabym chodzić do laryngologa, który wnętrze ucha zna głównie z gipsowego odlewu i Google Images, o lekarzach specjalizacji ratujących życie nawet nie wspominam. Kiedy zwłoki zostaną już wykorzystane do cna - czyli po dwóch latach - medycy skremują je i umieszczą prochy w uniwersyteckim kolumbarium. Nasze zasłużone dla nauki nazwisko zostanie wyryte w kamiennej płycie pamiątkowej i to by było na tyle. Wystarczy wypełnić deklarację i poświadczyć ją notarialnie. Wydaje się to szokującą drogą dla ciała zmarłego, trudną do zaakceptowania dla rodzin (przyznaję, myśl o sobie na stole patologa przychodzi mi łatwo, ale kiedy wyobrażam sobie, że ciało mojego męża miałoby leżeć miesiącami w chłodni w rozmaitych kawałkach - to już jest trudniejsze). Ale moim zdaniem jest to nadal finał pełen chwały.

Skoro mowa o emocjach rodziny, to jesteśmy przy dawcach narządów. Ostatnio głośno było o przypadku nastoletniego Kamila, u którego lekarze zdiagnozowali śmierć mózgową, pozwalającą pobrać organy do przeszczepów. Na to nie wyraziła zgody matka chłopca, wierząc, że skoro bije podtrzymywane przez aparaturę serce, jej syn ma szansę na przebudzenie. Wokół całej sprawy rozpętała się medialna burza w najpaskudniejszym stylu, odłączony od aparatury pacjent zmarł, a czekający na ratujące życie transplantacje muszą czekać dalej. Czego to nas uczy? Że w Polsce zmierzamy z pieśnią na ustach w stronę medycznego średniowiecza, niedługo na widok lekarza będziemy zatrzaskiwać okiennice i syczeć złowieszczo, a pielęgniarkę ze strzykawką pełną szczepionek utopimy w rzece.

Potencjalnym dawcą narządów jest każdy, chyba, że wypełni deklarację odmawiającą udziału w takiej operacji i zgłosi ją do odpowiedniej bazy informacyjnej lub stale nosi przy sobie. Jeżeli nie mamy nic przeciwko przekazaniu swoich witalnych części dalej, warto poświęcić kilka minut na rozmowę na ten temat z najbliższymi, żeby zaoszczędzić im ewentualnych dylematów związanych z podjęciem decyzji o pobraniu organów. Może być to naprawdę pożytecznie spędzony czas.

Fot. Tymon Markowski / Agencja GazetaFot. Tymon Markowski / Agencja Gazeta

Do tej pory przedstawiłam same ponure wizje pomocy, związane z nieuchronnym końcem drogich, kochanych nas. Ale można też zastosować swoje ciało ku ogólnemu pożytkowi nie rozstając się z tym światem, na przykład rejestrując się w bazie dawców szpiku. I znowu, sama idea jest niezwykle szlachetna i warta propagowania, ale warto wspomnieć o wiążących się z nią konsekwencjach, o wiele straszliwszych niż w dwóch powyższych „przygodach ciała”.

Klika lat temu wraz z siostrą zgłosiłyśmy się jako dawczynie. Wystarczyło poszorować patyczkiem owiniętym watą wewnętrzną stronę policzka i wysłać próbkę pod adres fundacji z góry opłaconą przesyłką. Po jakimś czasie przyszedł mail powitalny z bazy dawców i zapomniałam o całej sprawie, od czasu do czasu kasując tylko ze skrzynki kolejne wiadomości, zachęcające do darowizn i propagowania idei. Aż tu nagle w lutym tego roku przyszła inna wiadomość. Fundacja wytypowała mnie wstępnie jako genetyczną bliźniaczkę oczekującego na przeszczep i prosiła o pilny kontakt. Popłakałam się z emocji i zadzwoniłam pod podany numer, po rozmowie wstępnej otrzymałam pdf z informacjami i ankietą medyczną.

I tu zaczęły się schody, bo w ostatnich miesiącach brałam antybiotyk (infekcja zęba) oraz miałam zaplanowaną konsultację laryngologiczną. Dawca natomiast musi być zdrowy, bez żadnych ale. Wiedziona altruistycznym pędem wybłagałam w przychodni przyspieszenie wizyty u specjalisty (o prawie dwa miesiące!), który orzekł, że wszystko ze mną dobrze, nic nie roi się w zatokach. Telefon do konsultantki fundacji, która ku mojemu rozczarowaniu odrzekła lakonicznie, że cieszy się, że jestem zdrowa, ale skoro było podejrzenie, to na miesiąc zawieszają mnie w procedurze. Dzwoniąc po miesiącu zostałam poinformowana, że klinika wycofała pytanie o mnie, a fundacja dziękuje za pomoc. Nigdy się już nie dowiem, czy mój genetyczny bliźniak zmarł, czy znalazł innego dawcę.

Cała ta sprawa pozostawiła mnie w stanie emocjonalnej ambiwalencji. Przez miesiąc żyłam przekonaniem, że może uda mi się dokonać czegoś naprawdę ważnego - uratować zdrowie nieznanej mi osoby chorej na białaczkę, na którą w dzieciństwie cierpiał mój mąż. Taka karma. Z drugiej strony nie wyglądało to jak na amerykańskich filmach - wyścig z czasem, samolot na drugi koniec świata, happy end. Rozmowy z fundacją toczyły się dość opieszale. Nie winię życia, że nie jest podobne do filmu i wiem, że dla mnie to było niesamowite przeżycie, a dla organizacji pośredniczącej pewnie jedna z setek takich rozmów. Ale jest jeszcze jedna sprawa, o której na fali słusznego propagowania dawstwa szpiku rzadko się wspomina: sam zabieg pobrania komórek. U większości osób zostaną one wyhodowane z krwi. Igła, leżanka, po sprawie. Ale ja nie mogłabym na to liczyć: mam za cienkie żyły i każde standardowe pobranie to koszmar (dla pielęgniarki, mnie to nie rusza).

Jest druga metoda, która opisywana jest dość enigmatycznie „pobranie komórek z talerza biodrowego w znieczuleniu ogólnym” i dopiero naprawdę wnikliwe czytanie zaawansowanych broszur wyjaśnia, że „znieczulenie ogólne” to „narkoza”. Wyrażając zgodę na dawstwo decydujemy się na obie procedury. Nie powiem, na widok słowa „narkoza” kolana trochę mi zmiękły. Mam małe dziecko i bałabym się poddać zabiegowi połączonemu z utratą świadomości. Jak zważyć swój strach na szali wraz z czyimś życiem? O ile ostatecznie byłam zdecydowana przejść wszystkie konieczne etapy, to wycofujący się w ostatniej chwili dawcy stanowią realny problem i przyczynę prawdziwych dramatów. Oczekujący na przeszczep w momencie znalezienia genetycznego bliźniaka poddawani są chemioterapii całkowicie niszczącej ich własny szpik i resztki odporności. Wycofujący się przed samą operacją dawca stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie. Granicząca z okrucieństwem bezmyślność takich ludzi budzi zrozumiałe oburzenie, ale trzeba też przyznać, że zachęcające do rejestrowania się w bazach dawców kampanie powinny być konstruowane rzetelniej lub wspierane rozmowami z ludźmi, którzy złożyli już wstępne deklaracje.

Fot. Radosław Jüwiak / AGFot. Radosław Jüwiak / AG

Pozostaje jeszcze jedna droga i tu już jest naprawdę łatwo: krwiodawstwo. Profitów w tym wiele: dobre samopoczucie, wolny dzień w pracy, przy odpowiednio upartym dzieleniu się zasobami krwi i osocza - darmowe przejazdy komunikacją miejską i uprzywilejowane miejsce w kolejkach (gdyby kiedyś wróciły). Ach, i jeszcze czekolada. Rozumiecie sami, trzeba ją zjeść całą, żeby wspomóc regenerację krwinek i nie ma, że dieta, dukan i umieramy za Kopenhagę (zresztą nikt na diecie kopenhaskiej nie dowlókłby się do punktu pobrań, to pewne). Wykluczyć z całej zabawy może świeży piercing lub tatuaż, oczywiście wszelkie choroby zakaźne, anemia, ciąża, przebyte nowotwory krwi i cóż, cienkie żyły (nigdy nie zapomnę chichotu pielęgniarki w szpitalu MSWiA: „Irenka, chodź zobacz, pani tu przyszła krew oddać z TAKIMI ŻYŁAMI, hihihihihi”). Jeżeli zwykłe siedzenie na krzesełku w celu utoczenia sobie serdecznej krwi dla ratowania innych wydaje się za mało spektakularne, zobaczcie, jak do oddawania jej zachęca Juras, specjalista od MMA (czyli mieszanych sztuk walki), zgrabnie posługując się o tyle popularną, co bezsensowną internetową modą na splash i naszą tendencją do chwalenia się swoimi wyczynami.

Kreatywnych sposobów podzielenia się ciałem jest więcej: można być dawcą spermy i komórek jajowych, oddawać mleko z piersi do banku mleka, dzieci mogą w niektórych przypadkach ratować życie rodzeństwa krwią pępowinową, nawet włosy przydają się na peruki dla chorych (tylko do tego trzeba wyhodować prawdziwie słowiański warkocz, hipsterskie strzępki raczej nie podbiją rynku). Dlatego warto zastanowić się, czym możemy się dzielić oprócz statusów na Facebooku, pamiętając jednak o mądrych słowach wuja Petera Parkera, znanego także jako Spiderman: „Z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”. Moc ratowania innych traktujmy więc z całą powagą i świadomością konsekwencji.