"Najgorszy człowiek na świecie" - wywiad z Małgorzatą Halber

Dziennikarka muzyczna, autorka internetowego komiksu o depresji "Bohater", feministka, wrażliwiec. W styczniu nakładem Znaku ma wyjść jej książka "Najgorszy człowiek na świecie? opowiadająca o wychodzeniu z nałogów. Z nami rozmawia szczerze o życiu w internecie, gromadzeniu przedmiotów i o tym, czy trzeba udawać dobre samopoczucie.

Żyjesz w internecie?

No żyję, niestety. Mój autorski program "Na Ripicie" był produkowany do internetu, w internecie rysuję komiks, do internetu pisałam na T-Mobile Music, a teraz do "Codziennika Feministycznego". Przez Facebooka organizuję razem z Anią Chojnacką imprezy BadBitches a do tego prowadzę fanpage'e od Beki z Hemoroidów, przez Buła kot który wpada do okna, aż do Bestiarium, gdzie pokazuję swoje rysunki. Do internetu nagrywam z Maciejem Kaczyńskim, moim narzeczonym, serial o tym, jak wygląda życie neurotycznej pary. Mam cały czas taki zachwyt w sobie, jak to Louis CK w którymś ze swoich stand-upów mówi: że to niesłychane, masz komórkę i możesz przesłać wiadomość komuś na końcu świata w ciągu sekundy! Pozostaję w nieustającym zachwycie z powodu, że żyję w przyszłości, w rzeczywistości, o której nie śniło się nikomu jeszcze 10 lat temu. To jest zmiana technologiczna, która wpływa na stosunki między ludźmi, na sposób komunikacji i pracy. Zobacz, że coraz więcej osób nie chodzi do pracy, mogą jak Łukasz Kozak zajmować się promocją Biblioteki Narodowej przez średniowieczne iluminacje, ale mogą też projektować kapelusze dla kotów i sprzedawać je na Etsy. To jest medium, które pozwala na - cytując Dorotę Masłowską - "przejęcie władzy nad światem bez wychodzenia z domu". Ale internet ma też drugą stronę: żyjemy w rzeczywistości opisanej w książce "Future shock" - w teraźniejszości niewiarygodnej ilości ludzi. Widzimy ich życia, to, do czego nie mieliśmy kiedyś dostępu. I cały czas się porównujemy. Nie ma szans, żebyśmy się nie porównywali i nie ma szans, żebyśmy zawsze dobrze wypadali w tym porównaniu.

Fot. Tomasz Dubiel

W telewizji nikt ci nie powie przez szkło "ej jesteś brzydka, głupia, jesteś wieśniarą" a w internecie to się dzieje. Jest zalew "hejtu".

Tak, ale ja wychodzę z założenia, że ludzie powinni być dobrze wychowani. Kiedy zaczęłam robić "Na Ripicie" otworzyłam swój profil na Facebooku, żeby był widoczny dla wszystkich. Ze zdumieniem zauważyłam, że osoby mi nieznane piszą pod moimi statusami jakieś obraźliwe rzeczy. Mnie się to w głowie nie mieści, właśnie ze względu na dobre wychowanie. Zapraszam kogoś i co, on mnie będzie wyzywał w moim internetowym mieszkaniu? Bo "tak się robi"? Takich gości wypraszam z mieszkania. To jest taki trochę kantowski imperatyw kategoryczny - stosuję zasady, co do których życzyłabym sobie, żeby były powszechne. Ja tak nie robię, nie życzę więc sobie żeby robiono tak mnie. Nie zostawiam jakiegoś komentarza w myśl "nieprawda!" rozłożonego na 10 000 znaków, nie obrażam, nie kpię, nie zaczepiam nieznanych mi osób. Nie mówiąc już o wyzywaniu. Są też tacy, którzy nie obrażają, ale bardzo chcieliby się pokłócić. Czy ty na imprezie wchodzisz z nieznajomymi w dyskusję? Co innego, kiedy kogoś znam. Choć powiem szczerze, że z mojego doświadczenia wynika, że niestety (niestety, bo tkwienie tylko we własnym światopoglądzie to życie trochę połową życia) dyskusje na Facebooku nie mają sensu. To trwa, nie możesz już zamknąć komputera, twój adwersarz czasem pół godziny zastanawia się, co odpisać, no i przede wszystkim jest w tym coś bardzo, ale to bardzo perwersyjnego - bo wszyscy to widzą. To jest trochę chore. Lubię poznawać inny punkt widzenia, ale z tych dyskusji robią się jakieś zapasy retoryczne. Zagadnienie internetowego hejtu to jest temat, na który z moim narzeczonym dużo rozmawiamy. Dla mnie to coś strasznie dziwnego, co w ogóle nie pochodzi z mojego świata i myślę, że kryją się za tym poważne kompleksy albo schorzenie psychiczne.

Ale schorzenie psychiczne w aż takiej masie? Tysiące ludzi ze schorzeniami? Przecież to jest niesłychane, jak dużo nienawiści i frustracji jest w internecie.

No oczywiście. Trzeba jednak pamiętać o tym, że większość tego nie robi. To po pierwsze. Po drugie: kim trzeba być, żeby czuć potrzebę napisania gdzieś "ale słabe"? Jak mi się coś nie podoba, to to zostawiam. Raz w życiu napisałam na "Dwutygodniku", że nie rozumiem artykułu, mimo że jestem magistrem filozofii. To było pokłosie mojego wyczulenia na akademicki żargon, który jest moim zdaniem społecznie szkodliwy, więc zostawiłam ten komentarz. I bardzo źle się z tym potem czułam. Więc pytam, jaką osobą jest ktoś, kto czuje potrzebę arbitralnego, protekcjonalnego bądź też po prostu agresywnego powiedzenia, że coś jego zdaniem jest beznadziejne, a nie przechodzi nad tym po prostu do porządku dziennego?

Nie wiem, w życiu nie skomentowałam żadnego artykułu z intencją dowalenia komuś.

W takim razie czyni nas to dwie i myślę, że mimo wszystko hejterzy i trolle to jest jakaś nisza, tylko że ona jest wyraźnie widoczna. Tak jak wyraźnie widzisz jak jedziesz tramwajem dresiarza, który śpiewa piosenki Legii na cały tramwaj, mimo że tam jest oprócz niego jeszcze kilkadziesiąt osób.

Co zdecydowało, że się przeniosłaś z telewizji do sieci?

Wolność, możliwość komunikowania, ale przede wszystkim niezależność. Telewizja cierpi na brak kumacji, to medium XX wieku. Jest za wolna, liczy na jak największą oglądalność, więc uśrednia w dół. Ja bym chciała mówić ludziom komunikatywnym językiem, że "Mdłości" to jest bardzo dobra książka o depresji i o tym, jak nagle zdajesz sobie sprawę, że jesteś sama i że ciężko jest w ogóle żyć, bo sama świadomość egzystencji jest ciężka. I chodziłam z tym do telewizji, gdzie wszyscy mówili mi: nie, nie, nie. "To nikogo nie interesuje, musi być coś o urodzie". Ja też jestem takim kulturowym lewakiem, to znaczy, wierzę w to, że kultura jest dla wszystkich, tylko trzeba ją dobrze sprzedawać. Bo dlaczego się świetnie sprzedaje rajstopy albo dietę bezglutenową, a nie można świetnie sprzedawać dobrej literatury albo muzyki? Trzeba ją tylko dobrze objaśnić. Niestety, tradycyjni objaśniacze kultury są absolwentami wyższych uczelni, którzy używają takich słów jak "indyferentny". Dlatego właśnie uważam akademicki żargon za społecznie szkodliwy. W internecie masz wolność robienia tego, na co naprawdę masz ochotę, a telewizja to jakiś martwy konstrukt z reklamodawcami na końcu. Tylko czekałam, aż łącza staną się na tyle szybkie, że będą mogły powstawać produkcje robione do internetu.

Fot. Tomasz Dubiel

A może poczułaś się za stara do młodzieżowej telewizji?

Ja się w ogóle nie czuję stara i myślę, że nigdy się tak nie będę czuła, bo mnie wszystko interesuje. A to było tak, że ostatni program który prowadziłam w Vivie spadł z anteny, a na jego miejsce w ramówce pojawił się cykl o tym jak Tomasz Niecik (to ten od czterech osiemnastek w samochodzie - przyp. NS) szuka narzeczonej dla siebie. Zresztą, mówiąc obiektywnie, zdaję sobie sprawę, że ten program z Niecikiem, miał większe szanse przebicia niż mój program o premierach filmowych. Bardzo się wtedy ucieszyłam, bo pracowałam w telewizji od 12 roku życia i byłam już zmęczona swoim wizerunkiem prezenterki. To jest naprawdę okropne, jak występowanie przed kamerą cię szufladkuje. Jestem naprawdę czymś więcej, mnie interesują inne rzeczy! Rysowanie bezkręgowców i osoby z marginesu, lubię się nie odzywać i pisać w zeszycie, jestem osobą zdecydowanie depresyjną. Na Allegro jest taka kategoria "pozostałe". Mnie w życiu w ogóle interesuje to, co należy do tej kategorii, co jest niejednoznaczne, tajemnicze a jednocześnie prawdziwe. Jestem naprawdę kimś innym niż to, co widać przez ekran. Pewnie dlatego tak lubię Facebooka, bo mogę pokazać dzięki niemu nareszcie jaka jestem naprawdę. Lubię śmieci i brud, a na brud nie ma miejsca w telewizji. Zawsze przyjdzie ktoś, kto zatwierdza program do emisji i powie: "nie no, przecież to jest nieładne".

Albo "bo widz chce tanią rozrywkę niskich lotów".

Widz moim zdaniem nie chce byle czego, a to dostaje. W tej chwili znam jedną osobę, która ma telewizor. Kiedyś bardzo lubiłam oglądać telewizję, miałam kablówkę, kupiłam ją żeby oglądać Kuchnię i TVP Kultura. Pewnego dnia włączam na Kuchni kolejny program, w którym ludzie gotują z jakichś kosmicznych składników. Mnie nie interesują australijscy surferzy, którzy kupują homara, bo ja kupuje parówki w Biedronce. A na TVP Kultura powtórka koncertu Budki Suflera z '84 roku. I wtedy stwierdziłam, że zrezygnuję z kablówki. Oglądam seriale BBC na komputerze, ale nie tylko, też serial dokumentalny o zbieraczach, którzy są uzależnieni od gromadzenia przedmiotów.

Ooo, to jest coś, czego ja się trochę boję. To znaczy - że mnie to czeka.

Z ubraniami na przykład jest prosto: jeżeli przez rok czegoś nie włożyłaś, to prawie na pewno tego już nie włożysz. Natomiast z przedmiotami jest problem.

Książki człowieka zjadają, bo jak to - książkę wyrzucić?

Dlatego czytnik jest świetnym rozwiązaniem, choć moim problemem jest to, że uwielbiam poradniki z lat 60., w ogóle książki z lat 60. Takie właśnie niechciane, takie za 3 złote. Niedawno w Katowicach nabyłam najbardziej kuriozalną książkę, jaką w życiu widziałam. Kupiłam ją ze względu na zdjęcia, które są w środku, zdjęcia zwierząt, a jak zaczęłam ją czytać, to się okazało, że jest to kilka opowiadań pisanych z perspektywy zwierząt! Jakiś Francuz postanowił napisać opowiadanie wczuwając się w role leminga, dwóch gęsi oraz samca foki. Więc właśnie takich książek mam w moim domu wiele. Mam też jakiś fetysz papieru, od dziecka. Stare mapy, pocztówki, instrukcje obsługi, podręczniki akademickie. Tam są ryciny o zupełnie innym nasyceniu barw niż te współczesne. Prędzej bym wyrzuciła stolik z IKEI, niż te papiery.

Dobra, ale może wróćmy do tematu: przeniosłaś się z telewizji do T-Mobile Music i...

I dostałam depresji (śmiech). Myślałam sobie - wspaniale, to ja teraz będę pisać o muzyce, nareszcie. Na początku jeszcze jakoś to szło, ale potem redakcja się rozrosła, okazało się że nie mam siły przebicia z tym, o czym chciałabym pisać. Miałam swoją rubrykę, pisałam felietony, aż nagle okazało się, że ja w ogóle źle piszę. Różni życzliwi mi podsyłali informacje na temat tego, że nie umiem pisać, bo nie używam sformułowań typu "frenetyczna gitara". Ja mam do muzyki bardzo osobisty stosunek, nie jestem w stanie słuchać czegoś, co mi się nie podoba dłużej niż 2 minuty, po prostu nie mogę. Poza tym przez wiele lat obracałam się wśród muzyków, a nie osób piszących o muzyce i to podejście do zagadnienia jest mi bliższe, bardziej mnie obchodzi jak coś brzmi albo jakie jest w stanie wzbudzić skojarzenia, niż kto z kim nagrywając współpracował. Okazało się, że takie myślenie, czy raczej pisanie, jest pretensjonalne, szczeniackie, wstaw sobie w nawias co chcesz. Pomyślałam: dałabym sobie radę z tym wszystkim i nie przejmowałabym się, gdyby nie to, że mam niską samoocenę. Tak powstał pierwszy obrazek, najważniejszy i podstawowy obrazek Bohatera.

Facebook.com/BohaterFacebook.com/Bohater

Kiedyś mi się przyśniło to stworzenie niezborne, pewnie dlatego że oglądałam przed snem obraz mrówkojada namalowany przez Goyę. Pomyślałam sobie: to jest idealny bohater do tego żeby mówić różne bardzo dziwne, banalne rzeczy. I poszło. Na początku nie wiedziałam, co konkretnie. To był ten moment afery z Ukrainkami z Wojewódzkim i Figurskim, pamiętam że była wspaniała burza za oknem. Narysowałam taki obrazek na którym ten Bohater mówi: "Przestań mi mówić o Wojewódzkim i Figurskim, popatrz jak pióropusze drzew się układają jak husaria na niebie" i ktoś ten rysunek zalinkowal na kwejka. Kumasz? Z pióruposzami i husarią! To też jest przykład, dlaczego internet jest wspaniały. Bohater w tej chwili ma dwa lata i ja zdaję sobie sprawę z tego, że już się powtarzam, że wszystko, co było do powiedzenia, zostało już powiedziane. Te rysunki powstawały w ten sposób, że budzę się rano zawsze z jakąś złą myślą. Zastanawiam się jak ona brzmi, co mi przeszkadza i dokładnie tę myśl rysuję w dymku. Okazało się, że rysunki z przekazem "nie jestem doskonała", że "jest tylu ludzi którzy robią tyle super rzeczy, a ja tylko leżę i oglądam seriale" miały nieprawdopodobny odbiór. Im gorzej się czułam, im gorsze rzeczy ten Bohater mówił, tym więcej było lajkow i nagle się zorientowałam, że to jest ten kierunek, że ludzie potrzebują jakiegoś takiego wentyla. Ten komiks bardzo długo był anonimowy, bardzo długo zależało mi na tym - na udowodnieniu sobie, że ja jestem kimś innym niż "laska z Vivy" i że mogę pokazać światu, że potrafię coś więcej. To jest dziwne, że w tym roku, takim najciemniejszym w moim życiu, odniosłam mój największy sukces. Dostaję wiadomości, że komuś te rysunki pomagają - "ty chyba siedzisz w mojej głowie", "to ja jestem Bohaterem".

Myślę, że Bohater był bardzo terapeutyczny dla wielu ludzi. Nagle, na Facebooku, gdzie króluje lans, piękność i propaganda sukcesu, było coś, co można było wrzucić i w razie czego, bezpiecznie się wycofać, a było wyrażeniem tego, że "czuje się najgorzej i boję się, że jestem beznadziejny". Wydaje mi się, że naprawdę wielu ludziom pomogłaś.

Ooo, taka myśl byłaby dla mnie wspaniała. Tak jak to mówisz, to od razu się zawstydzam. Ja jestem raczej skromną osobą, pewnie dlatego też nie chciałabym się znaleźć na Pudelku. Chyba umarłabym, to nie jest miejsce dla mnie. Miejsce dla mnie to jest Bazar Banacha, albo nieużytki gdzieś pod Radomiem, a nie na "ściance".

A byłaś kiedykolwiek na Pudelku?

Tak, raz. I chyba to nie był Pudelek, tylko Plotek. To był chyba pierwszy raz mój na ściance, była konferencja ramówkowa VIVY! i MTV. Kazali nam się przebrać, wiadomo, i ja miałam takie buty, dosyć dziwne, z lakierowanej skóry, ale pamiętam że nazywały się kozaki sportowe. No i trafiłam na Plotka jako osoba, która włożyła kalosze do sukienki. To był jedyny raz. Nie produkuję chyba treści, które byłyby interesujące dla użytkownika Pudelka, co mnie bardzo cieszy. Sporo osób chyba tam wchodzi, żeby zobaczyć, co pisze się o osobach, o których nie słyszały. Mnie bardziej interesują strony muzyczne albo Złomnik, czyli blog o starych zdezelowanych samochodach. Mimo że nie mam ani prawa jazdy, ani samochodu. Jest pisany tak wspaniałym językiem, że jestem absolutnie zachwycona.

Właśnie, gdzie jeszcze chodzisz w internecie?

Trzy strony, które czytam w ramach "prasówki" to wspomniany Złomnik, Kurzojady, czyli strona o literaturze, i Pytania graniczne, założone przez studentów - chyba - kulturoznawstwa. Wchodzę też na stronę warszawskiego ZOO, czasami na strony o sztuce. Czytam też Focha, wiesz? O, właśnie, czytam też świetny portal, który nazywa się Xojane i jak wchodzę na Focha to widzę, jak nieprawdopodobna bywa różnica - nie wśród piszących, ale wśród komentujących...

A czemu sama przestałaś pisać na Codzienniku Feministycznym i to po zaledwie trzech wpisach?

Bo musiałam skończyć redakcję książki, więc po pierwsze nie miałam czasu, po drugie zablokowała się we mnie część mózgu związana ze słowami i z konstrukcją zdań. Redaktor cały czas cię punktuje. Czułam się tak, jakbym była na nieustającej klasówce i miałam już problem z pisaniem, taki techniczny. Ale też dlatego, że czułam, że nie mam nic do powiedzenia. Ja nie chcę produkować treści dla samego ich produkowania. Redakcja książki jest skończona, wiec myślę, że nagle coś mi przyjdzie do głowy i się odblokuję. W ogóle z tą propozycją Codziennika było tak, że chciałam napisać taki tekst coming-out dlaczego jestem feministką. Codziennik jest trochę za bardzo akademicki, a moim ideałem femistycznym jest wspomniane Xojane, gdzie zwykłe kobiety mówią "Co to jest za krytykowanie grubasek? Chcę chodzić w bikini a jestem gruba, nie podoba ci się - to won!" To jest feminizm.

Czy ty widziałaś artykuły o feminizmie na Fochu? Komentarze pod nimi to jest dramat.

Chyba nie i chyba dobrze, że nie widziałam, dla mnie to jest bardzo smutne, bo naprawdę miałam nadzieję, gdzieś w połowie pierwszej dekady nowego wieku, że już jesteśmy blisko Szwecji, tego, żeby w konkursach piękności brały udział dziewczyny, które mają trochę krzywe zęby albo tłuste uda, ale są przecież śliczne. Ale okazuje się, że jest gorzej niż w latach 90. Cofamy się. Dlatego między innymi z wielką przyjemnością przyjęłam ofertę, żeby pisać do Codziennika. Mimo wszystko, jestem rozpoznawana jako "ta z telewizji" i jako "ta z telewizji" chcę powiedzieć, że jestem feministką.

Fot. Tomasz Dubiel

Dlaczego jesteś feministką?

Bo mam wyższe wykształcenie i jestem kobietą! No przecież to jest proste. Dlatego, że nie życzę sobie, żeby gołe baby reklamowały blacho-dachówkę i nie życzę sobie żartów z tirówek. Ale to się zmienia. Poznaję 20-letnich chłopaków i dla nich niektóre rzeczy są oczywiste, a nie są oczywiste dla 40-letnich kolegów. Ostatnio na OFFIE miałam taką rozmowę: staliśmy, dwie kobiety i nasz kolega, wszyscy piszący o muzyce. I koleżanka mówi: "no właśnie ostatnio spotkał mnie taki komplement, że ktoś mnie rozpoznał i powiedział ruchałbym". I ten mój kolega mówi: "No, ale to w jakiś sposób jest komplement". No nie, stary. Nie jest to komplement w żaden sposób. Poza tym, za feminizmem idzie dużo ciekawych zagadnień. Czy w ogóle istnieje "męskie", "damskie"? Takie dywagacje akademickie trochę, ale dla mnie ciekawe. A z drugiej strony, jest ten Codziennik Feministyczny i co, ja nie mogę tam napisać artykułu o sukienkach? Nie mogę, bo mi nie wypada, bo ja jestem feministka, to nie powinnam się zajmować fatałaszkami. To niestety działa w obydwie strony. Warto o tym mówić i to jest ważne, w Polsce cały czas feministka to jest ta laska z nieogolonymi nogami, a to jakaś bzdura.

A jak to było z twoją depresją? Czy ktoś ci powiedział "idź do psychiatry, weź leki"?

Ja od 16 roku życia byłam pod opieką psychologa, zawsze mi się coś działo - z przerwami. Miałam zaburzenia jedzenia. Jadłam, ale liczyłam kalorie przez dwa lata - takie zaburzenie, które nie jest ani anoreksją ani bulimią. Mówiąc krotko, od 16 roku życia z przerwami chodziłam do psychologa, bo jestem wrażliwcem, a raczej totalnym nadwrażliwcem, który płacze, który się ubiera na czarno, który chciał być kochany przez swojego chłopaka i mu nie wychodziło, który się wstydzi siebie, który się boi, że nie da sobie rady. Dlatego w momencie, w którym mnie rozłożyło kompletnie - i to już był chyba taki moment, w którym sama poczułam, że naprawdę jest źle, że jest jak w tych książkach, które czytałam - że nie tyle jest ci smutno, tylko nie wstajesz z łóżka i nienawidzisz siebie, zwlekłam się i zadzwoniłam do psychiatry. Psychiatra powiedział: "No, ja nie wiem, pani przyjdzie za dwa tygodnie, zobaczymy jak to jest". I po tych dwóch tygodniach okazało się, że muszę brać leki. W ciągu kolejnych trzech tygodni zaczęłam się znowu malować, poszłam do fryzjera po raz pierwszy od kilku miesięcy i nagle zaczęło być naprawdę dobrze i stanęłam na nogi. Prosta historia, która dotyczy wielu osób. To jest coś, czego nie mogę zrozumieć: czemu oni o tym nie mówią? Byłoby o wiele łatwiej, gdyby wszyscy o tym mówili. Nie trzeba by było udawać, że wszyscy się super czują.

To proste - wstydzą się, boją "co mama powie"?

A co, mama sama nie ma depresji?

Wstyd się nie bierze znikąd. Może pomyślą, że jesteś niewdzięcznym dzieckiem, że jak zwykle to wszystko "wina matki".

Ja dzięki temu, że chodzę na psychoterapię, lepiej sobie radzę, stwardniałam. Moja mama miała serię dziwnych przypadków, które spowodowały, że spędziła w szpitalu sześć miesięcy. Wszystkie kuriozalne, jak z jakiegoś filmu, a zaczęło się od tego, że skręciła sobie nogę ze złamaniem, tuż przed Świętami. Potem się to potoczyło jak jakaś lawina. Mój tata trochę sobie nie dawał rady w tej sytuacji, a ja, dzięki temu że chodzę na tę psychoterapię, mogłam rodzicom pomóc, bo tak "normalnie" to bym leżała już w łóżku i szlochała, jakie to wszystko straszne.

Kiedy wychodzi Twoja książka "Najgorszy człowiek na świecie"?

W styczniu. I strasznie się z tego powodu cieszę. Mam jeszcze kilka miesięcy spokoju. Pisałam tę książkę przez sześć lat wiedząc, że jak wyjdzie będę miała przechlapane. Dojrzewałam do tego, czy wydać pod własnym nazwiskiem, czy nie, zmieniałam decyzję trzy razy. Od samego początku chciałam wydawać pod swoim, ale życzliwi zaczęli mnie straszyć. Po prostu będę musiała zmierzyć się z tym, że różne osoby wyrobią sobie na mój temat zdanie, na podstawie nawet nie - przeczytania książki, tylko wiedzy, o czym ona jest. Co jest bardzo słabe, bo to nie jest jakiś sensacyjny materiał, tylko literatura wydana przez wydawnictwo Znak. Zawsze chciałam napisać książkę, jak prawie każdy, kto zajmuje się pisaniem. Tylko że zawsze miałam z tym problem, bo pisanie dla samego pisania jest według mnie bez sensu, a przede wszystkim ja nie umiem wymyślać historii. Rzeczywistość jest moim zdaniem nieprawdopodobnie literacka, mnie interesują historie prawdziwe. Nagle te wszystkie rzeczy połączyły się w całość. Zdałam sobie sprawę z tego, że mam coś do powiedzenia, kiedy poszłam na terapię i nie miałam z kim się utożsamić. Nie miałam nikogo, kto mógłby mi opowiedzieć, jak to jest być trzydziestoletnią kobietą, która teoretycznie wszystko sobie układa, dobrze sobie radzi w pracy, jest wygadana, uznawana za wesołą i pewną siebie i nagle znajduje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Musi skonfrontować się sama ze sobą. Nie miałam żadnego tekstu, który mogłabym przeczytać, który by mi o tym opowiadał. Bo co? "Pod mocnym aniołem"? Nie lubię tej książki, bo uważam, że nie jest obnażająca, że nie mówi o tym, jak to jest, że Pilch się kryguje. A ja potrzebowałam szczerego tekstu, o tym, że w poniedziałek rano się budzę, idę do państwowej przychodni i słyszę "musi pani przestać pić i do końca życia nie będzie pani piła alkoholu". I co się dzieje z człowiekiem wtedy? Co się dzieje z tą pustką, która nagle powstaje w głowie? Całe życie, które znałaś do tej pory, po prostu nie istnieje. Nie możesz chodzić na imprezy, przecież wszystko co robiłaś było z tym jakoś związane i nagle masz takie "kurwa, jak żyć?!" Moja książka zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym film "Pod mocnym aniołem" się kończy. W momencie, gdy alkoholik wychodzi z tego ośrodka i zadaje sobie pytanie: "jak żyć"?. A raczej "co teraz"?