Łatwiej być agentem wywiadu niż zrobić dobry wywiad - kulisy zawodu dziennikarza

Rozmowa z drugim człowiekiem może być interesująca. Chyba że masz zwyczajnie pecha: zawodzi rozmówca albo sprzęt. Obiecujesz sobie - nigdy więcej! I wracasz ze skruszoną miną. A tu znowu coś idzie nie tak...

Nie, nie wyobrażam sobie, że jestem Teresą Torańską. Daleko mi też do tego, by przybierać pozę wszechwiedzącej matrony i kokieteryjnie utyskując, żem stara, udzielać rad, jak zrobić wywiad doskonały. Mam jedynie psotną ochotę, by zaciągnąć was za kulisy. Zdradzić kilka wywołujących pąs na policzkach historii. Wszystko po to, abyście czytając wywiady, mieli świadomość, że podczas rozmowy może dojść do różnych, wytrącających z równowagi, zwrotów akcji. I co gorsza, ma to niekiedy wpływ na treść. Przykłady? Oto one.

Rozmówca jest ciebie ciekaw bardziej niż ty jego. Zadaje pytania natury osobistej, zahaczające mocno o stronę intymną. "Czy pani karmi piersią?" - to jedno z tych, które padło z ust znanego krakowskiego aktora podczas rozmowy o różnych losach sympatii między Krakowem a Warszawą. Nie znajdując związku z tematem rozmowy, mało grzeczne pytanie zignorowałam, zadałam kolejne i...  zostałam ukarana. Autoryzacja rozmowy trwała ponad pół roku. Kłamię. Pół roku o autoryzację walczyłam. Od czasu, gdy zrezygnowałam i spisałam pracę nad wywiadem na straty, minęło dobrych kilka lat. Czy czegoś mnie to nauczyło? Owszem. Na zadane pytania odpowiadam pokornie i grzecznie. Wzorem interlokutorów zdarza mi się jednak odbiegać od tematu rozmowy. No właśnie. To kolejna pułapka.

Rozmówca słyszy niewypowiedziane pytania.Słucha twoich pytań, uśmiecha się i... odpowiada nie na temat. Dzieje się dobrze, jeśli są to rzeczy interesujące, mądre, rzucające na utarte schematy nowe spojrzenie. Bo tak też być może. Zwłaszcza, jeśli rozmówca jest kimś, kto nie lubi rozprawiania na tematy błahe, czas swój ceni i mówi wyłącznie o rzeczach godnych opowiedzenia. I, choć przez chwilę dumę może zaboleć, że ktoś przejął prowadzenie w dyskursie, to finalnie, można na tym jedynie skorzystać. Inną jednak zgoła historią jest przypadek, w którym bohater wywiadu chce mówić o sobie w samych superlatywach, degradując dziennikarza do funkcji lekko upośledzonego skryby. I nawet jeśli monolog udaje się przerwać, zadać pytanie podważające świetlisty obraz, to podczas autoryzacji trzeba uważać na kolejne sidła. A mianowicie na dopisane zdania, najlepiej złożone po wielokroć. Wisienką na torcie są zaś włożone w twoje usta pytania, które nigdy nie padły. Pytania, które z pełną mocą sugerują postawę dziękczynno-nakolankową. "Co pani robi, że tak olśniewa swoją urodą?" - spotkaliście się już kiedyś z takim pytaniem i odpowiedzią, że geny, makaron i sen? Wierzcie lub nie, ale nie zawsze takie pytania zadaje dziennikarz. Przynajmniej nie na trzeźwo. A o tym, że po niektórych spotkaniach alkohol byłby nad wyraz potrzebny - poniżej.

Rozmówca umawia się z tobą na wywiad w celu nie do końca znanym, ale z pewnością nie jest to rozmowa. Napotykasz monosylaby, milczenie, spojrzenie karcące. Prychnięcią, chrząknięcia, kaszlnięcia. Nie powiem, nie pamiętam, skąd to pytanie i dlaczego tak nieprzemyślane?! Moje (wstaw cokolwiek - piosenki, filmy, obrazy) mówią przecież same za siebie. Niekiedy tłumaczyć może go zmęczenie, zwłaszcza jeśli akurat jest w trakcie promowania xyz (wstaw cokolwiek) i udziela wywiadów taśmowo. Niekiedy nie tłumaczy go nic. Cokolwiek otrzyma do autoryzacji - nie będzie zadowolony. Chyba że zrobi wywiad sam ze sobą. Co mam na myśli?

Cel może nie jest znany, ale za to jakie ładne okoliczności przyrody! / fot. M. Śmiarowski/KPRMCel może nie jest znany, ale za to jakie ładne okoliczności przyrody! / fot. M. Śmiarowski/KPRM

Rozmówca rozmawia z tobą, ale autoryzuje wywiad z agentem, kolegą, kimkolwiek, kto w rozmowie udziału nie brał, ale wie wszystko. I to znacznie lepiej. Zdarza się bowiem tak, że spotkanie jest z gatunku tych, które pozostawiają po sobie wspomnienie spotkania kogoś interesującego. I nawet godziny spędzone nad spisywaniem wywiadu nie są gorzkie. A przynajmniej są mniej gorzkie niż zazwyczaj. Jedyne zastrzeżenie, jakie pojawia się w głowie dotyczy głosu. Twojego. Dziwny, niefajny, i to przeklęte yyy. Euforię kala jedynie lęk przed autoryzacją. Czy to, co zostanie wysłane, wróci w formie podobnej, czy zupełnie innej? Nie znam większego rozczarowania (po namyślę dodaję, że jednak znam, ale to temat dla Lindy) niż ta chwila, kiedy okazuje się, że nasz bohater postanowił usunąć wszystkie smaczki. Wszystkie zdania aspirujące do miana bon motów. Frazy zaczepne, prowokacyjne i oddające wyjątkowy charakter spotkania. I to, co przed autoryzacją było wymianą poglądów, taką, do której chce się dorzucić swoją opinię, po autoryzacji jest kolejną papką. Bezpieczną, tradycyjną, nudną. I choć w chwili buntu przychodzi myśl, aby takiej formy nie publikować, głos rozsądku gasi emocje. W jakimś celu wynaleziono przecież pseudonimy!

Rozmówca umawia się z tobą, oszałamia cię i myślisz, że to, co masz uwiecznione na dyktafonie zasługuje na co najmniej Pulitzera! Tyle że nie. Bo w domu okazuje się, że dyktafon nagrał 5 pierwszych minut. Tych najbardziej znaczących, kiedy to zamawiałaś kawę, tłumacząc, że bez mleka. Drugie spotkanie? Wystarczy poczekać kolejnych milion lat. Nie znam lepszego testu na pamięć niż odtworzenie dwóch godzin rozmowy. Przypominania sobie charakterystycznego sposobu mówienia, ulubionych powiedzonek, żartów. Zdarzyło mi się taki test oblać, ale i zdać z powodzeniem.

Feralnych, pechowych historii jest naturalnie znacznie więcej. Po każdej obiecuję sobie, że nigdy więcej, basta i sio. Do czasu. Wkrótce przeczytacie rozmowę z dziewczyną, dla której złamałam obietnicę. I coś czuję, że nie był to mój ostatni raz.