Najtrudniejszy drugi krok. Rzecz o braku ułatwień dla ludzi z dwójką dzieci

Właściwie to po co im ułatwienia? Cholerne darmozjady! Myślą, że to wielkie mecyje się rozmnażać? Co to za heroizm mieć dwójkę dzieci?! Dawniej to każdy miał dwie sztuki potomstwa, a potem jeszcze cztery do ośmiu. I dobrze było, komu to przeszkadzało?

To wszystko prawda najprawdziwsza, potwierdzana słownie po tysiąckroć! W kwestiach domu i rodziny uwielbiamy powoływać się na "dawniej to każdy", "kiedyś matki", oraz "a jeszcze dwieście lat temu"... Takie stwierdzenia każą nam podejrzewać, że Polacy mnożyli się na potęgę, nie byli ani pawiem, ani papugą, tylko króliczkiem Europy. Hordy dzieci zaludniały izby i dworki. Taka Królowa Marysieńka, może i z importu, ale jaki piękny wzór nam dała! Sama z wielodzietnej rodziny, "królewna serca" Jana III Sobieskiego wydała na świat siedemnaścioro dzieci, z czego pięciorgu udało się przeżyć dłużej niż trzy lata. Takie czasy.

Generalnie - rodziło się mnóstwo, sporo umierało, a o pozostałych najczęściej mało wiemy. O ile nie byli naszymi pra, pra, pradziadkami, ludźmi sukcesu, mężami stanu, albo potomstwem szlacheckim - słuch po nich ginął. Tak było. Przecież miliony domorosłych ekspertów od archeologii planowania rodziny nie może się mylić, tak? Więc kiedyś to wszyscy rodzili. Dużo. Chętnie. Ku chwale ojczyzny oraz na pożytek nasz i cudzy. Za każdym razem więc, gdy ktoś dziś nieopatrznie westchnie "och, jakże trudno mi się zdecydować na drugie dziecko" obrywa po głowie sążnistymi argumentami. Jeśli nie o tym, że kiedyś to nie było takich dylematów, że się w głowach i brzuchach poprzewracało od dobrobytu i rozwoju cywilizacyjnego, to o tym, że to egoizm jednak, tak urodzić jedno i prokreację zakończyć. Że przydałaby się siostrzyczka, braciszek, prawda? Że parka to już szczyt marzeń każdego rodzica, mieć parkę, to jak dostać na rękę pokera królewskiego. "O czym tu decydować, tu się nie myśli, tu się robi". Owszem, jest to jakaś forma planowania rodziny. Problem polega na tym, że tam, gdzie zaczyna się rozmnażanie, kończy się logika.

Każdy rodzic dwójki dzieci powie wam, że... Nic wam nie powie, bo nie istnieje "każdy rodzic". Każda rodzina z dwójką dzieci jest inna. Jedni zdecydowali się na drugie dziecko natychmiast, tak szybko, jak się dało. Inni złapali oddech po odchowaniu pierwszego i dopiero zaświtało im w głowach, że skoro to rodzicielstwo nie jest takie złe, to może by tak jeszcze raz? Jeszcze inni po prostu pogodzili się z zastaną sytuacją, nic nie planowali, może nawet się zabezpieczali, ale, jak mawiają azteccy hydrolodzy, "natura zawsze znajdzie drogę". Są jednak punkty, w których problemy rodzin z dwójką dzieci, jak banalnie by nie brzmiały dla innych - są wspólne. Do myślenia o takich wspólnych punktach skłonił mnie krótki wpis Małgorzaty Sikorskiej na blogu Polityki.

Autorka zwraca uwagę na to, że mamy kilka systemowych ułatwień dla rodzin wielodzietnych, tymczasem rodzice z dwojgiem potomstwa traktowani są zazwyczaj jak ci z jednym dzieckiem. Czy to jest taki dramat? Czy dwójka dzieci ma z miejsca predestynować do pewnych ułatwień i zniżek? Cóż - i tak, i nie. Przypuszczam, że sami znajdziecie milion uzasadnień dla niewprowadzania systemowych ułatwień dla rodzin z dwójką dzieci. To może ja, jako rodzic dwójki dzieciaków powiem co dla mnie bywa utrudnieniem. Nie - dramatyczną barierą nie do przejścia, ale zwykłą niedogodnością, której mogłoby nie być.

Moim ulubionym tematem jest przedszkole. Mantra. Któż nie ma problemów z przedszkolem? Dopóki miałam jedno dziecko zagryzałam zęby i zwyczajnie wsiadaliśmy co rano w autobus i jechaliśmy tam, gdzie syn się dostał. Miło, bo autobus prawie spod bloku dojeżdżał prawie pod placówkę. Bez przesiadek. Kiedy urodziła się córka najpierw towarzyszyła mi w odprowadzaniu i odbieraniu debiutującego w szkole syna. Potem pojawił się żłobek. Nie państwowy, o nie. Nie ma szans. Nie ma żadnego podpunktu, który mówi "jeśli masz dziecko uczące się w szkole obok żłobka, pracujesz i płacisz podatki w tym samym mieście - dostajesz jakiś dodatkowy punkcik". WSZYSCY JESTEŚMY RÓWNI WOBEC PRAWA, za wyjątkiem tych, którzy są równiejsi. No i nas, roszczeniowych dziadów z dwójką dzieci, boli, że nie możemy być w tej drugiej kategorii. Znaleźliśmy na szczęście taki dobry, mały, domowy żłobek z czesnym o całkiem przyzwoitej, trzycyfrowej kwocie. Mniejsza o koszty, każdy zarabia inaczej. To, co dla nas było pewnym wyzwaniem finansowym, dla innych jest pestką.

Przy składaniu papierów do państwowego przedszkola też nie ma bonusów. Syn za stary, bo chodzi do szkoły obok przedszkola. Właściwie w tym samym budynku, no ale to już cudze włości. Jeśli więc planujecie mieć dwójkę dzieci, nie powstrzymujcie się zbyt długo, bo gdy tylko starsze wyfrunie z placówki, stracicie należne z tytułu rodzeństwa w przedszkolu punkty przy zapisach.

Zniżki. Każdy chce mieć zniżki. Rodziny z co najmniej trójką dzieci legitymujące się Kartą Dużej Rodziny mają zniżki lub wstęp "za symboliczną złotówkę" do państwowych muzeów, 5% - 10% rabatu na bilety do Opery i Filharmonii w Europejskim Centrum Sztuki, 25% zniżki na bilety w pociągach spółki InterCity, albo zakup tańszej rocznej REGIOkarty, która daje kolejne zniżki na połączenia regionalne, 10% zniżki na noclegi w różnych ośrodkach hotelarskich w całym kraju, i tak dalej, i tak dalej. Zniżki to symboliczne, ale zawsze jakieś. Oczywiście rodzice sześciorga dzieci powiedzą wam, że Karta Dużej Rodziny to w ich sytuacji kpina. Ja się im nie dziwię, za to za każdym razem, kiedy myślę, że zaoszczędzone dzięki wyeliminowaniu kosztów żłobka (no wyrosło dziecko, co poradzić) pieniądze trzeba będzie już za chwilę zainwestować w bilety komunikacji miejskiej, kolejowej, że o fanaberiach pokroju basenu (awwwww), kina (nie wiem, nie chodzimy) i tym podobnych, nie wspomnę. Z obserwacji wynika, że najbardziej przychylni dwójce dzieci są prywatni organizatorzy wczasów Last Minute.

Wydawałoby się, że pewne udogodnienia mogą sprzyjać decyzjom rozrodczym. Nie wpłyną ostatecznie, bo żaden zdrowy, dorosły i przyzwoicie wyedukowany człowiek nie rzuci się do masowego rozmnażania z powodu jakiejś tam jednorazowej darowizny, ułatwień w codziennym życiu i zniżek choćby na durną kartę miejską, ale założę się, że gdyby pojawiła się taka mała iskierka, że oto my tu, rodzice więcej niż jednego dziecka, podejmujemy wyzwanie i w niesprzyjających okolicznościach postanawiamy w sposób szalony łączyć pracę i wychowywanie nowych obywateli, to można rozważyć jakiś drobny punkcik przy zapisach do tych pierwszych placówek, żłobków, przedszkoli, tańsze bilety na komunikację miejską... takie tam, duperele.

fot. Dominika Węcławekfot. Dominika Węcławek

Powiem szczerze, nas, prostych ludzi z blokowiska, nie byłoby już stać na prywatne przedszkole. Ceny zdecydowanie wykraczają poza nasze możliwości. Nie stać nas też na to, by jedno z nas rezygnowało z pracy i w stu procentach zajmowało się młodszym z dzieci. Taka sytuacja. Przypuszczam, że nie jesteśmy jedynymi ludźmi na Ziemi, którzy mają podobnie. Zakładam, że wielu ludzi z jednym dzieckiem też doświadcza takich patowych sytuacji. Teraz jest mi głupio. No ale trudno, słowo się rzekło... Z dwójką dzieci jakby trzeba pracować bardziej, no, bo o ile zniżkę można jeszcze wydębić to tu, to tam, to podwyżki wypłat na dwudzietność jeszcze nie spotkałam. Pewnie dlatego, że jestem frajerem. Na czynsz nikt też nam nie da rabatu, wręcz przeciwnie, nowy członek rodziny - koniecznie musi zostać zgłoszony i doliczony, bo ledwie przyjdzie to to na świat a już zużywa więcej wody, prądu i produkuje śmieci, to wszystko nie ujdzie uwadze urzędnikom zatrudnionym w Spółdzielni Mieszkaniowej. Hmmm. A co z tymi biletami? Już się nie mogę doczekać, jak przyjdzie nam płacić za bilety miesięczne dla całej czwórki. Bijcie mnie, kopcie i rozszarpujcie na strzępy, ale takie zniżki dla dwudzietnych byłyby całkiem sympatyczne. Oczywiście, że wychodzimy z prostego założenia: nie stać nas - to nie korzystamy, więc jakby to powiedzieć, są miesiące, gdy sponsorujemy się sami przemieszczając się wyłącznie o własnych nogach lub za pomocą rowerów.

Właściwie to wychodzi na to, że jak chcesz mieć dzieci to je sobie miej. I sobie radź sam. Z jakiej racji ktokolwiek ma ci cokolwiek ułatwiać? Zrób SOBIE dzieci, niech NAM pomnażają potem PKB. To niestety prowadzi do dalszych, coraz bardziej anarchistycznych wniosków, a takie anarchistyczne wnioski są niezdrowe, trzeba je natychmiast wypocić biegając po literackich ruinach jakichś postapokaliptycznych światów, albo coś w tym stylu.

Więcej o: