Wystarczająco dobry nauczyciel

Jest wrzesień, a we wrześniu - prasowy zalew wywiadów z najlepszymi nauczycielami świata. Obsesyjnie skupionymi na swojej pracy, dla których nauczanie to wyzwanie i codzienny rozwój. Nie spotkałam na swojej drodze takich, ale z drugiej strony, może ideał to przesada?

Skoro istnieje hasło "wystarczająco dobra matka” zamiast matki idealnej, to może dzieciom w szkole też wystarczy "wystarczająco dobry nauczyciel” zamiast ideału? Wiadomo, z ideałami trochę kłopot, bo zawsze ich za mało. Albo wcale. Tylko jaki ten wystarczająco dobry nauczyciel miałby być? Ja już do szkoły nie chodzę (choć to się zawsze może zmienić), ale wydaje mi się, że dość dobrze pamiętam, czego szukałam jako uczennica. To w gruncie rzeczy to samo, czego teraz szukam w nauczycielach mojego syna, który właśnie zaczął liceum.

1. Przygotowanie do lekcji. Banał? Być może, tylko dlaczego tak rzadko spotykany? Lekcja to powinno być coś więcej, niż tylko: "otwórzcie podręczniki na stronie tej i tej, przeczytajcie to i to, przepiszcie tę ramkę i podkreślcie na czerwono. A potem ćwiczenie to i to z zeszytu ćwiczeń. I siedzieć cicho, ja muszę uzupełnić dziennik”. Nie mieliście takich nauczycieli? Szczęściarze. Mi się trafiali. Najczęściej byli to nauczyciele starzy, na emeryturze albo tuż przed, z gotowymi konspektami lekcji, tymi samymi od 30 lat. Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, że takie coś nie działa?

2. Nauczyciel cały czas powinien się szkolić i rozwijać. Powinien mieć swojego konika, hobby, zajawkę, którą mógłby sprzedawać dzieciom. Nic tak nie kręci jak człowiek, który ma swoje zainteresowania. Świat idzie do przodu i nawet jeśli bardzo nie podoba nam się Instagram czy Facebook, nauczyciel powinien wiedzieć co to takiego. Prawdopodobnie powinien również tam być, żeby nawiązywać kontakty z uczniami. Być dostępnym na czacie. Że to praca po godzinach? Bardzo mi przykro, praca wychowawcy nie jest od do, a tłumaczenia nauczycieli syna z gimnazjum, dlaczego stopnie z przedmiotów nie są wpisywane do Librusa systematycznie, tylko hurtem, przed zebraniem "w szkole jest tylko jeden komputer w pokoju nauczycielskim, nie wszyscy nauczyciele mają komputery w domu, nie możemy wymagać od nich pracy, czyli wpisywania stopni, po godzinach" zawsze wydawały mi się nie na miejscu. Niestety, ja wymagam tego od nauczycieli. Wydaje mi się nawet, że pracy po godzinach jest więcej, niż tej w godzinach. Ale o tym w punkcie następnym.

3. Mój syn miał w ostatniej klasie gimnazjum, kiedy przygotowywali się do egzaminów, gdzie część pisemna JEST, bodajże dwa wypracowania z języka polskiego w ciągu roku. Może trzy. Zastanawiałam się wtedy, czy chodzi o to, że nauczycielowi nie chce się tych prac sprawdzać? Czy nie chce mu się tych wypocin czytać? Czy to lenistwo czy co innego? Oczywiście moje wymagania w tym temacie również są spore, bo wydaje mi się, że jedna praca pisemna na tydzień to niezbędne minimum, żeby młody człowiek nauczył się składać zdania do kupy. Ale może ja mam skazę zawodową związaną z pisaniem?

4. Zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Tak zwane Trzy Zet. Niestety, w polskiej szkole wciąż baaardzo popularne. Nauka pamięciowa w dobie internetu, kiedy całą wiedzę świata mamy w komórce, wydaje mi się czymś idiotycznym. Podobnie jak rozkładanie na najdrobniejsze atomy pantofelka. Dlaczego wciąż nie uczy się procesów: co z czego wynika, o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego historia to zapamiętywanie dat, biologia to uczenie się na pamięć mitochondriów, chemia to rozpisywanie wzorów na potęgę? Dlaczego nie przeprowadza się najprostszych nawet doświadczeń, ale każe się je dzieciom wyobrażać i opisywać z podręcznika? Kiedy mój syn brnął przez kolejne lata podstawówki, a później gimnazjum, byłam w szoku, jak bardzo ta szkoła nie różni się od tej, do której chodziłam ja, chociaż minęło ponad ćwierć wieku. Teraz jest w liceum, podobno dobrym. Zobaczymy, na czym polega dobro tej szkoły. Ciągle mam nadzieję, że teraz coś się wydarzy. Ze jemu coś się w tej szkole spodoba, że porwie go jakiś nauczyciel, sprzeda jakąś zajawkę. Wiem, wiem, to również moja rola. Ale akurat teraz skupiam się na szkole.

5. "Nie jedziemy na wycieczkę / zieloną szkołę, bo moja pani ma małe dziecko / jest chora / boi się dzieci / cokolwiek.” Tak, mój syn miał to nieszczęście. Miał również ciężko chorą na nowotwór nauczycielkę, która bardzo chciała uczyć, ale niestety, nie miała na to siły albo była w szpitalu, więc nie było lekcji. Kiedy z innymi rodzicami domagaliśmy się stałego zastępstwa (dodam, że była to pani od polskiego, w ostatniej klasie podstawówki), pani dyrektor powiedziała, że to niemożliwe, bo tej pani zależy na kontakcie z uczniami, ze szkołą. To ma na nią dobry wpływ. Wydaje mi się, że takie postawienie sprawy było bardzo nie fair. Ale może to ja jestem nieludzka? Może zadaniem szkoły jest terapia dla nauczycieli? Nie wiem.

6. "Nauczyciel ma zawsze rację” i "W szkole nie ma miejsca na dyskusję”. A ja bym chciała, żeby to miejsce było. Żeby te dzieciaki uczyły się myśleć, dyskutować, używać argumentów. Żeby były szanowane. I żeby nauczyły się szanować.

7. Dodatkowe zajęcia dla tych, którzy nie dają sobie rady, ale również dla tych, co wyskakują ponad poziom to mus. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego?

Tak, wiem, że nauczyciele zarabiają za mało. Tak, wiem, ich praca nie jest szanowana. To jest dla mnie wielki smutek, kiedy słyszę, że do szkoły trafiają nieudacznicy i ci, co nie mają na siebie pomysłu (mam jednak nadzieję, że nie jest aż tak źle, bo przecież spędzają z naszymi dziećmi często więcej czasu, niż my). Miałam kiedyś marzenie, żeby moje dzieci trafiły na takich nauczycieli, żeby wiedziały, że szkoła może być fajna. W przypadku starszego syna bardzo świadomie podjęliśmy decyzję o szkole państwowej - chcieliśmy, żeby wiedział, że społeczeństwo, w którym kiedyś przyjdzie mu żyć, nie składa się tylko z ludzi bogatych, czy wybitnie zdolnych. Nie wiem, czy ta decyzja była słuszna. Nie wiem, co jest w tym procesie edukacji ważniejsze. To się pewnie dopiero okaże. Na razie zaczyna liceum. Czy coś go tu porwie?

Więcej o: