To nie jest kraj dla szczupłych ludzi

O skali problemu otyłości w Stanach Zjednoczonych czytałam i słyszałam wiele. Teoria teorią, jednak zobaczyć na własne oczy i choć trochę zrozumieć samonakręcający się mechanizm sukcesu śmieciowego jedzenia, to zupełnie inne doświadczenie.

Przygotowując się do wyjazdu przeczytałam wiele tekstów o tym, jak bogatą ofertą kulinarną wita Ameryka, głównie za sprawą emigrantów otwierających knajpki ze swoją ojczystą kuchnią. Słyszałam, że wcale nie trzeba jeść fast foodów, że do wyboru jest rozmaitość świeżego, pachnącego jedzenia. W największych miastach rzeczywiście - można znaleźć restauracje, które witają pięknym zapachem już od drzwi, a regionalne jest wszystko, od posiłku przez wystrój do obsługi. Wśród rodzinnych biznesów króluje kuchnia meksykańska, chińska, w trochę mniejszym stopniu włoska (głównie w postaci pizzy). Nie jest to jedzenie polecane w gabinetach dietetycznych, choć i tak lepsze od tzw. śmieciowego żarcia. Niełatwo jednak znaleźć zdrowy posiłek jedząc na mieście.

fot. Agata Żychlińskafot. Agata Żychlińska

Nie dziwi zatem, że Stany Zjednoczone to kraj, w którym dwie trzecie ludzi ma nadwagę lub jest otyłych. Widziałam ludzi, którzy ledwo się ruszali, ale jednak dali radę dotrzeć do "restauracji" żeby odejść od kasy z tacą uginającą się pod ciężarem frytek, burgerów, panierowanych kurczaków i deserów. Nie jest to wcale przerysowany obraz.

Przejechałam dziesięć tysięcy kilometrów drogami wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i miałam okazję przekonać się, że ludzie mieszkający poza wielkimi miastami często nie mają zbytniego wyboru. Są w pewnym sensie skazani na śmieciowe jedzenie, bo w ofercie nie ma nic innego. Nie boję się powiedzieć, że są tym karmieni, że nikt im nic innego nie proponuje, że od najmłodszych lat opychają się najgorszym jedzeniem, by potem latami borykać się z wręcz gigantyczną otyłością.

fot. Agata Żychlińskafot. Agata Żychlińska

Kiedy w stanie Virginia pierwszy raz wybrałam się do wypełnionej po brzegi "śniadaniowej knajpy" i zamówiłam najpopularniejszy zestaw, naprawdę byłam zaskoczona wielkością porcji, którą przyniosła mi niemalże wyjęta z filmowej scenerii kelnerka, nieustannie dbająca o to, aby kubki klientów zawsze były pełne kawy. Na moim talerzu pojawiły się jajka, nieokreślonego rodzaju smażone mięso, podsmażone ziemniaki, tosty z masłem i trzy ułożone na sobie grube naleśniki obficie polane konfiturą. Nie dałam rady zjeść nawet połowy dania. Gdybym podjęła jednak próbę z całą pewnością mocno bym się rozchorowała. Taki zestaw śniadaniowy jest standardem. Na szczęście w jednej sieciowej kawiarni można było kupić warzywa z humusem.

fot. Agata Żychlińskafot. Agata Żychlińska

Podobnie jest z lunchami, obiadami i kolacjami. Kiedy w Memphis poszliśmy do polecanej, najlepszej restauracji w mieście, nauczeni doświadczeniem zamówiliśmy pół porcji na dwie osoby. Kelner nie mógł uwierzyć i kilkukrotnie, ze szczerą troską, podkreślał, że wyjdziemy bardzo głodni. Przez chwilę pomyślałam, że może rzeczywiście będzie to malutka porcyjka. Nie trwało to jednak długo, bo przyniósł nam przeogromne żeberko, stos frytek i cztery tosty! Ani ja, ani mój jedzący wszystko w każdych ilościach chłopak, nie wyszliśmy głodni. Patrzyliśmy z wielkim zdumieniem jak ludzie siedzący obok zamawiali pełne porcje, składające się z co najmniej kilograma mięsa i mniej więcej pół kilograma frytek. Sałatka była. Do dekoracji. W innym miejscu, po wejściu do którego ucieszyłam się, że zjem normalny obiad, okazało się, że najmniejszą porcją jaką można zamówić jest pół kurczaka lub dwa ogromne żeberka.

fot. Agata Żychlińskafot. Agata Żychlińska

I tak niestety jest w wielu miejscach. Ze smutkiem patrzyłam na robiących sobie krzywdę ludzi. Ale przecież zawsze można pójść do sklepu, kupić produkty i przygotować normalny posiłek, prawda? I tak, i nie. Oferta małych sklepów sprowadza się (w skrócie) do nadmuchanego chleba, muffinów, pączków i masła orzechowego. Czasem można dostać banana. Zaplanowanie i zrobienie większych zakupów w dużym sklepie wymaga już wyprawy do podmiejskiego centrum handlowego.

Ja w podróży zdecydowałam się na mało popularną wersję light czyli sałatki, które rzeczywiście były dostępne w wielu sieciówkach. Przeważnie byłam jedyną osobą zajadającą się zieleniną.

Oczywiście, jak wszędzie, tak i w Stanach ludzie są bardzo różni, mają różną świadomość i chęć dbania o siebie. Są osoby, które biegają, piją głównie wodę i jedzą zdrowo. Jednak to wciąż niewielka część w wybranych regionach, przeważnie większych miastach, gdzie z większą siłą dociera edukacja dotycząca zdrowego trybu życia.

Amerykanie w ramach dbania o społeczeństwo postanowili wprowadzić nakaz serwowania warzyw  w szkołach. Od jednego z chłopaków uczęszczających do tamtejszego liceum dowiedziałam się, że jedną z zalecanych porcji warzyw jest sos pomidorowy, którym jest polana pizza. Jeśli zatem dziś uczy się tego młodzież, trudno spodziewać się, że wyrośnie ona na świadomych konsumentów i zdrowych ludzi.

fot. Agata Żychlińskafot. Agata Żychlińska

Swoje refleksje na temat amerykańskiej otyłości chciałabym zdecydowanie odciąć od oceny walorów estetycznych ludzi borykających się z wielką nadwagą. Taki zarzut pojawiał się w wielu tekstach dotyczących ludzi otyłych na tak zwane własne życzenie. Po prostu smutno mi było patrzeć na to jak ludzie w moim wieku ledwo się ruszają i zamiast chodzić, korzystają z elektrycznych wózków przy robieniu zakupów, dostępnych w każdym dużym markecie. Do pojemnika na przedzie mieści się ogromna ilość smakołyków, którymi kuszą sklepowe aleje.