Jak żyć pani Leno, czyli o tym jaką dziewczyną (nie) jest "Dziewczyna"

Nie jestem obiektywna, bo kocham Lenę Dunham miłością ślepą. Bez dystansu i wahania pokochałam też jej książkę "Not That Kind of Girl". To trochę tom wspomnień, trochę poradnik, trochę manifest feministyczny, trochę jeden wielki żart. I sto procent Leny. Jej niedojrzałego, wkurzającego i zmanierowanego głosu (pokolenia) chce się słuchać.

Krytycy Leny zdają się być pewni, czym "Not That Kind of Girl" nie jest. „To nie manifest feministyczny”, pisze Helen Lewis z „New Statesman”. „To nie poradnik dla kobiet”, wtóruje Alice Jones z „Independent”. „To nie kabaret”, podkreśla Roxane Gay z „Time”.

Gorączkują się jednak przede wszystkim dlatego, że z książki wcale nie wynika, jaka Lena jest naprawdę (a przecież wcale nam tego nie obiecywała!). Że ekshibicjonizmem próbuje wykpić się od podjętej "Dziewczynami" odpowiedzialności za głos pokolenia. Że nie da się z nią utożsamić, bo ma za dużo fobii, kilogramów albo pieniędzy. Że odmienia „waginę” przez wszystkie przypadki. Za dużo marudzi. Za dużo przeklina. Za dużo żartuje.

Ale najczęstszy zarzut to niedojrzałość. "Widać, że książkę napisała dziewczyna, która jeszcze nie skończyła 30 lat", czytam w co drugiej recenzji. Czyżby trzydziestka była magiczną granicą? Zanim ją osiągniemy naszego zdania na "ważne tematy" nikt nie słucha, a po jej przekroczeniu tracimy na zawsze prawo do naiwności i niewinności? Powinnam to wiedzieć, w końcu noszę na plecach trzeci krzyżyk już trzeci miesiąc. Lena, rocznik '86, ma jeszcze czas.

E-book "Nie taka dziewczyna" jest dostępny w Publio.pl >>

Książka Lenymat. promocyjne

Wiemy już, czym nie jest "Not That Kind of Girl". Ale jak ugryźć tę książkę bez ciągłego posługiwania się przeczeniami? Wydaje mi się, że Lena napisała zbiór esejów, a właściwie błyskotliwych notatek. Ubranych w anegdoty zapisów strumieni świadomości. Nowelek, które równie dobrze mogłyby posłużyć za bazę do kolejnych odcinków "Dziewczyn". Wycinków z pseudo-poradnika, które czasami przypominają chick- albo clit-lit w stylu „Niani w Nowym Jorku” albo „Wyznań zakupoholiczki” (w środowisku z pewnością obraca się podobnym).

Sama Lena nazywa "Nie taką dziewczynę" wspomnieniami. Z założenia autoironicznie. Bo wie, że memuary pisze się po osiemdziesiątce na bujanym fotelu w otoczeniu wnuków. Między wierszami przyznała się do swojej szczenięcości, obiecując, że na drugi tom, w którym wyjawi, jak wielcy władcy Hollywood proponowali jej pracę za seks, jeszcze przyjdzie czas. Na razie chce powiedzieć swoim rówieśniczkom, czego się „nauczyła” (w cudzysłowie, bo nauka nie przyszła łatwo i w dużej mierze poszła w las). Żeby one "uczyły się" na jej błędach i nie musiały „uprawiać seksu w trampkach w razie gdyby trzeba było zaraz po uciekać”.

Najważniejszy dla Leny jest właśnie temat niefajnego seksu z niefajnymi facetami (w czasach „Bridget Jones” i „Seksu w wielkim mieście” zwanymi pieszczotliwie związkofobami). Takimi, którzy wychodzą przed, w trakcie albo zaraz po. Takimi, którzy czekają aż będziemy w najgorszym z możliwych dołów, żeby zrównać nas z ziemią. Takimi, którzy chcą na nas zarobić, u nas pomieszkać, poderwać nasze przyjaciółki. A nawet takimi, którzy nie czekają na naszą zgodę zanim zdejmą spodnie. „Na początku wydają się bucami, potem twierdzą, że to mechanizm obronny tylko po to, by okazać się jeszcze większymi bucami”. Choć Lena opisuje swoje kolejne podboje zjadliwie, a nie wstydliwie, oskarża tak naprawdę nie tych mniejszych lub większych frajerów, z którymi chodziła do łóżka, tylko siebie. Że za mało kochała swoje ciało. Że nie czuła się dość dobra. Że myliła seks z miłością. A gdy pisze o swoim obecnym chłopaku, Jacku Antonoffie, gitarzyście zespołu Fun, podkreśla, że więcej nie napisze. Że to jej prywatność. Kończą się seks i show, zaczyna prawdziwa historia o zakochanej dziewczynie. Zarzucany jej więc ekshibicjonizm to konwencja, którą Lena posługuje się z wprawą, ale i świadomością, że pokazanie gołego tyłka nie oznacza obnażenia duszy.

Ja Lenie najbardziej wdzięczna jestem za to, że nie udaje, że wie wszystko. Ani o facetach, ani o sobie, ani o feminizmie. Słowo "feministka" nieuchronnie pada wszędzie, gdzie pojawia się Lena. Ale wbrew oczekiwaniom ona nie ma zamiaru nieść sztandarów z radykalnymi hasłami. Feminizm to dla niej równość kobiet i mężczyzn, dziewczyn i chłopaków. Nie tylko w karierze i w życiu, ale także w pisaniu. Lena walczy o to, żeby kobiecy głos był słysza(l)ny i czytany.

Walczy skutecznie od czterech lat, ale może dopiero po przeczytaniu wspomnień Leny w pełni rozumiemy, dlaczego Hannah Horvath tak bardzo nas wkurza. Tak jak Lena, Hannah i jej wielki tyłek wcale nie są do lubienia ani do podziwiania. We wkurzaniu jest moc.

„Nie martw się tym, mała Leno z Soho”, mówił córce artystów, mieszkających w nowojorskim lofcie, gorzej urodzony kolega z klasy. Tym, czyli właściwie wszystkim poza bańką, w której się wychowała. Lena, tak jak Hannah, nie zna żadnych naprawdę biednych ani naprawdę nieszczęśliwych ludzi. W podstawówce Vogue pytał ją o zdanie na temat trendów, a w liceum dzienniki pisały o jej domówce. Lena wie, że jest uprzywilejowana. Wie też, że w związku z tym ma zadanie do wykonania. Że jej tyłek na ekranie automatycznie staje się głosem w sprawie akceptacji kobiecego ciała, a jej pieprzne historyjki o łóżkowych porażkach przełamują sposób, w jaki dziewczynom "wypada" mówić o seksie. Nie przypadkiem najważniejszym esejem "Not That Kind of Girl" jest ten o gwałcie na randce. O tym, że póki nie powiemy "tak", mówimy "nie". Lena wie, że dziewczyny posłuchają jej nawet jeśli oleją morały swoich matek i bardziej pruderyjnych przyjaciółek. Dlatego najmocniej próbuje podkreślić to, że dojrzałość oznacza polubienie siebie. Przekonuje, ze silną i seksowną kobietą można się stać, a nie urodzić, a swoim sukcesem w miłości i pracy dowieść, że jest się czegoś wartym.

Lubię "Not That Kind of Girl" za to, jest dziewczyńskie. Mnie jako dziewczyńską dziewczynę zaraża to, że Lena chce mieć wszystko, mimo wszystko. Fajne ciuchy, fajnego chłopaka, fajną pracę. I fajną siebie. I nie twierdzi, że jej problemy są większe niż innych. Są wielkie, bo są jej. Nie mówi, że jest dojrzała, ani dobra, ani mądra. Jest poszukująca.

Mottem książki jest zdanie z "Pani Bovary" o stanie zawieszenia, czekaniu aż na dobre zacznie się życie. W wieku 28 lat Lena ma prawo do tego, żeby jej głos nie był jeszcze "gotowy" ani ukształtowany. Wystarczy, że jest donośny, mocny i trudny do zignorowania.

Więcej o: