A może by tak wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?

Dzika przygoda, walka z żywiołami, walka z samym sobą, wolność. Hipisi, pionierzy, pogranicznicy, zakapiory. Czy dziś da się wszystko rzucić i przenieść w Bieszczady? I czy to nadal są te same Bieszczady?

Znacie ten stary jak swiat kawal o kandydatce na politologie, co to zadziwia profesora swoja niewiedza na temat swiata? Nie raz wielu z nas pomyslalo w glebi ducha jak ten profesor - "a moze by tak wszystko pier***nac i wyjechac w Bieszczady?!". Nie chodzic do nudnego biura, nie uzerac sie z ludzmi, zamiast tego miec widok na polonine albo lake, na ktorej pasa sie konie. Niestety, dzis to juz niemalze niemozliwe.

Wszedzie te konie i konie (Fot. Natalia Sosin) Wszedzie te konie i konie (Fot. Natalia Sosin)

Od czasow, gdy w opuszczone przez ludzi, a raczej nagle i brutalnie oczyszczone z nich po akcji "Wisla", Bieszczady zaczeli przybywac pierwsi powojenni osadnicy, minelo ponad szescdziesiat lat. Od tamtej pory do mitycznej krainy, ktorej nazwa byla synonimem zycia pol-dziko, na lasce i nielasce przyrody, sciagali rozni ludzie: hipisi, ktorzy zalozyli dzika osade w Carynskiem, kryminalisci chowajacy sie w niedostepnych gorach pogranicza, osadnicy kuszeni wizja dobrego zarobku i ziemi za pol darmo. Ci ostatni po latach zostali bieszczadzkimi "bonzami": gdy ceny dzialek poszybowaly w gore, wyprzedawali po kawaleczku swoje kilkudziesiecio-hektarowe posiadlosci kolejnym osadnikom, ktorzy w bieszczadzkiej dziczy szukali ciszy i spokoju pod najbardziej rozgwiezdzonym niebem w tej czesci Europy.

Na wysokiej poloninie (Fot. Natalia Sosin) Fot. Natalia Sosin

Bieszczady w czasach PRL-u byly kraina sprzecznosci. Dygnitarze polujacy na niedzwiedzie i zubry, wypoczywajacy w rzadowych osrodkach, gdzie sciany, sufity i podlogi mialy uszy, a "pani Stasia Gierkowa" dobierala glazure do lazienek i kolory wykladzin. A tuz obok - pionierzy "cywilizujacy" to pustkowie, gdzie wyja wilcy i strach po nocy chodzic, gorale, recydywisci, ktorzy potrzebowal gdzies zniknac i wiezniowie z polotwartych zakladow karnych - skazani mogli chodzic wokol wiezienia dosc wolno. Przeciez to Bieszczady, gdzie niby mieliby uciec? W las do wilkow i niedzwiedzi? Powodzenia, droga wolna.

Co ciekawe, Bieszczady - ten synonim pustki i dziczy - tuz przed wojna byly jednym z najgesciej zaludnionych obszarow w Polsce. Po II wojnie swiatowej, wskutek wysiedlen, zniknely cale wsie. Ich slady widac do dzis, szczegolnie na wiosne, gdy kwitna zapomniane sady.

Obejmujaca czterysta osiemdziesiat kilometrow kwadratowych korekta granic wiazala sie z wygnaniem tysiecy ludzi. Widok, jaki zastali nowi osadnicy byl przygnebiajacy. Blotniste drogi, ogolocone ze wszystkich sprzetow i zniszczone domy, zamiast chodnikow prymitywne dylowanki, a wokol gory, ktore nie sprzyjaly uprawie roli. Na dodatek glowna ulica imienia Stalina, a tuz przy niej ten pomnik - Czy to na pewno Polska? - dopytywali niespokojnie Zabuzanie. Niektorzy nawet po przydzieleniu kwater nie chcieli sie rozpakowywac. W skrajnych przypadkach rodziny siedzialy na walizkach kilka lat, wciaz z nadzieja powrotu nad Bug. Z czasem przymusowi osadnicy zaczeli sie godzic z losem, choc nigdy nie pogodzili sie do konca.

Pionierzy zasiedlajacy Bieszczady zyli, wedlug relacji z tamtych czasow "jak szczury, nie jak ludzie". W podszytych wiatrem barakach, zimnie, blocie. O tym, jak wygladala praca szoferow zwozacych drewno z gor, opowiada najlepiej film o wiele mowiacym tytule "Baza ludzi umarlych" .

Szybko ktos wpadl na pomysl, by w Bieszczady zwabic ludzi nawyklych do trudow zycia w gorach, ktorym niestraszne beda zywioly. Choc "zwabic" to duzo powiedziane. W przypadku wielu z nich wladza ludowa postapila zgodnie z zasada "jak sie nie da po dobroci, to sie uda po przemocy".

Od wczesnych lat piecdziesiatych pod Tarnawe, Sokoliki, Bukowiec czy Berehy Gorne pedzono niezliczone stada owiec. Przelewala sie przez gory ta biala rzeka, a kolorowe od kwiatow bieszczadzkie laki zamienialy sie w dlugi, puszysty dywan. Podhalanscy gorale prowadzili tu zwierzeta na wypasy, bo jeszcze tylko w opustoszalych Bieszczadach nie brakowalo soczystych, zielonych hal. Zreszta zostali do tej przeprowadzki niejako zmuszeni po radykalnym ograniczeniu wypasow w Tatrach, gdzie zaniepokojeni zniszczeniami przyrodnicy postawili bacom szlaban.

Owce tysiacami przyjezdzaly w Bieszczady, a wraz z nimi juhasi i bacowie. Nierzadko lubiacy wypic, a i do bitki czesto wyrywni. Nic dziwnego wiec, ze miedzy "miejscowymi" a goscmi spod samiuskich Tater czesto dochodzilo do konfliktow, najczesciej w "Pulpicie" w Ustrzykach Gornych, wowczas najbardziej znanej restauracji w okolicy, gdzie niejeden stracil zeby ale, o dziwo, nikt nie stracil zycia, choc krew lala sie czesto.

Ahoj, przygodo! (Fot. Natalia Sosin) Ahoj, przygodo! (Fot. Natalia Sosin)

Bieszczady mialy tez magiczna moc przyciagania mlodych, zadnych wolnosci i przygody. Wyjscie w gory z plecakiem i manierka, w pierwszych latach po wojnie nawet bez namiotow i spiworow, jedynie z kocem i palatka, ktora mozna bylo przed snem rozpiac na kilku kolkach, to wowczas bylo cos! W latach piecdziesiatych turnusy studenckie zapoczatkowaly cykl spolecznych akcji letnich w Bieszczadach. Pierwsi zdobywcy gor, bywalo, sypiali tez w zrujnowanych chatach po wysiedlonych w akcji "Wisla", ktorych to chat nowi osadnicy nie zdazyli jeszcze rozebrac na opal, albo w stodolach u gospodarzy a w trasie - pod gwiazdami. Chodzilo o przezycie w gorach, zmaganie sie z wlasna slaboscia, nieprzewidywalnymi zywiolami.

Nie bylo zmiluj. Dziewczeta dzwigaly toboly na rowni z chlopakami, tyle ze co niektorzy z nich (...) dokladali sobie jeszcze betonowy slupek. Tu kazdy chcial sie jakos sprawdzic, albo w sile, albo w sprycie. (...) W najbardziej krzepkiej mlodosci czlowiek nie myslal o przyszlosciowych bolach kregoslupa, tylko ladowal na barki te trzydziesci kilogramow i dralowal z usmiechem na gebie. Taki byl wtedy sznyt.

Sznyt, ktory nie do konca wszystkim lokalnym pasowal: "Termin stonka w latach szescdziesiatych przypisany byl do turystow zorganizowanych, gdyz najbardziej rzucali sie w oczy, jednak z czasem przeszedl na wszystkich wedrujacych po Bieszczadach. (...) Taki piechur byl latwo rozpoznawalny; mial na nogach trampki albo pionierki, rzadziej buty wojskowe, no i niosl plecak, niekiedy jeszcze z przywiazana don gitara. W mniemaniu tubylcow stonka byla odpowiedzialna za wszelkie klopoty komunikacyjne, a nade wszystko aprowizacyjne".

Do dzis zreszta jest to problem, bo zaopatrzenie w Bieszczadach to wyzwanie. Kupuje sie na zapas, bo ani tu okolice rolne, ani na turystach nie mozna polegac - czasem sa, a czasem ich nie ma. Na przyklad taki poczatek pazdziernika - niby juz po sezonie, a w dlugi weekend przed Dniem Nauczyciela zwalily sie tlumy, doprowadzajac do tego, ze ciezko bylo zjesc w knajpach, a w drodze na Wetline stalo sie w korku. Korki w Bieszczadach! Dacie wiare?!

Piekne i grozne (Fot. Natalia Sosin) Piekne i grozne (Fot. Natalia Sosin)

W polowie lat siedemdziesiatych w Bieszczadach pojawila sie kolejna "stonka" - milujacy pokoj hipisi. Zalozyli osade, sprowadzili zwierzeta, chcieli sie nawet zameldowac w lesie (!) ale urzedniczka powiedziala, ze nie wolno (choc nie wiedziala, gdzie to jest).

- Boze - szeptano z niepokojem po oplotkach - obdarte to to, zlachmanione, wlosy do ramion

- Lepiej od nich z daleka - przestrzegano w sklepie - nie wiadomo, jaka zaraze w sobie maja...

- Podobno to te "hipisy" - plotkowano w domach - co sie zielskiem odurzaja

- W imie ojca i syna

Tak to wlasnie bylo, gdy w 1975 roku w dolinie Carynskiego kilku podejrzanych typow zakladalo osade, gdzie kazdy mial byc wolny.

Rosnace powodzenie "hipisowania" wynikalo w duzym stopniu z frustracji PRL-em, niespelnionymi marzeniami i zawiedzionymi nadziejami pokolenia wchodzacego w doroslosc na przelomie lat szescdziesiatych i siedemdziesiatych. Bieszczady staly sie dla wielu miejscem najlepszym do odreagowania, w dodatku umozliwiajacym egzystencje w bliskosci przyrody i w oddaleniu od siermieznej szarzyzny miasta.

I jakos zyli sobie wszyscy wspolnie, na ziemi, gdzie kazdy byl przyjezdnym i kazdy musial przede wszystkim zadbac o siebie, zeby przezyc.

Fot. Natalia Sosin (Fot. Natalia Sosin)

Tamtych ludzi juz w wiekszosci nie ma, tamtej Polski juz nie ma i tamtych Bieszczad juz nie ma. Dzis nie da sie zrealizowac pomyslu o "rzuceniu wszystkiego" i ucieczce w Bieszczady. No, chyba ze jestes milionerem albo masz jakis dobry plan na zycie tam i ogromna zdolnosc kredytowa. Czasy kupowania ziemi "za flaszke" dawno sie skonczyly. Ceny dzialek, i tak od lat dziewiecdziesiatych nietanich, poszybowaly w gore wraz z wejsciem Natury 2000. Wielu ludzi zostalo z reka w nocniku - zaciagneli kredyty, by kupic ziemie i nagle okazalo sie, ze nie moga nic na niej budowac, a kupic nikt nie chce - bo i po co. Tym samym, ilosc ziemi nadajacej sie pod budowe znaczaco sie skurczyla. Dzialki w Bieszczadach kosztuja dzis od 2,5 tysiaca do 20 tysiecy za ar.

Ale wyjechac warto, chocby na kilka dni, chocby tylko po to, by zobaczyc ostatnie chwile zycia naszego "dzikiego wschodu", ktory nadal poraza potega, kolorami, dzikoscia, uroda. Nabrac szacunku i moze w jakis sposob dzieki temu przyczynic sie do ratowania ich, by nie staly sie kolejnym zadeptanym przez turystow kurortem.

(Fot. Natalia Sosin) (Fot. Natalia Sosin)

***

Wszystkie cytaty pochodza z ksiazki "Bieszczady w PRL-u" Krzysztofa Potaczaly.

Więcej o: