Mężczyzna z żelazkiem i odkurzaczem? Naturalny zmierzch wojownika

Nasz wierny Czytelnik Mężczyzna Inaczej, zamiast zmierzyć się z prasowaniem i zmywaniem, postanowił zmierzyć się z oceną naturalności tych działań. Toż to piękne uzewnętrznienie uczuć w męskim wydaniu, a przecież tego właśnie pragną kobiety!

Pamiętam, jak gdzieś tak w okresie, gdy mijały 4 lata w pełnieniu przeze mnie roli ojca, zastano mnie z żelazkiem w ręku nad sporą, prawie wyprasowaną stertą dziecięcych ubranek. Bijąca z mojego lica frustracja, niebotyczny wkurw i beznadzieja, spowodowały zadanie pytania - Co jest? Jak to co? - odpowiedziałem. - Zmierzch wojownika.

Od pewnego czasu można to tu, to tam, przeczytać lub usłyszeć, że pora na zmianę roli mężczyzny w związku/rodzinie (niepotrzebne skreślić). Bo przecież nie trzeba już polować, walczyć, więc to naturalne, że mężczyzna powinien zająć się czymś innym. Owszem, ale moim zdaniem, użycie pojęcia "naturalne", jest w tym wypadku wysoce nietrafione, bo natura (szczególnie mężczyzny - że pozwolę sobie na takie subiektywne twierdzenie) nie odgrywa tutaj żadnej roli.

Cóż bowiem oznacza pojęcie "naturalne". To coś co się ma, co uzyskało się w naturalny sposób, co jest w nas zakodowane (jak słuch muzyczny, poczucie rytmu, koordynacja ruchowa, predyspozycje fizyczne, zdolności humanistyczne lub matematyczne). Kiedy więc robimy coś, co jest dla nas naturalne, doświadczamy uczucia spełnienia, nasz ośrodek nagrody pracuje pełną parą. Tylko, że ta naturalność, to miliony lat ewolucji - to ona zaprogramowała w nas pewne, konkretne zachowania. Stąd nadal z lubością podejmujemy działania zupełnie nieopłacalne z punktu widzenia teraźniejszych potrzeb. Choć nie trzeba już wcale polować - część mężczyzn nadal odczuwa i realizuje ten imperatyw, choćby miało się to sprowadzać, li jedynie, do siedzenia nad brzegiem wody z kijem, na końcu którego dynda sobie kawałek żyłki lub realizacji scenariusza polowania z nagonką, poprzez uganianie się w te i wewte za piłką. Kolejni (a wśród nich i ja) gotowi są pędzić za majaczącym w oddali punktem, niemal wypluwając swoje płuca, byle tylko go dopaść (po czym potrzeba ścigania zanika, a na obrzeżach mózgu dryfuje poczucie spełnienia - hm, czyżby owo doścignięcie było substytutem owocnego polowania?).

Podobnych, pozytywnych efektów nie dają natomiast, czynności dnia codziennego, tj. szeroko rozumiane prace domowe. Ot choćby wspomniane przeze mnie prasowanie. Ileż to nerwów kosztuje mnie każde przeciągnięcie żelazkiem po materiale, częstokroć asymetrycznym, a przy tym pełnym falbanek i fikuśnych dodatków. Tu się wyprasuje, a gdzie indziej natychmiast pogniecie. Ręczniki, prześcieradła, poszwy? Da się przeżyć, ale reszta? Pomijam już fakt bezsensowności takiego działania, wszak odzież wyprasowana już w godzinę po jej założeniu jest zwyczajnie pognieciona (i to jest naturalne, a nie prasowanie). I nie bez znaczenia są zbyt niskie deski do prasowania (choć udało mi się ostatnio nabyć taką, która nie grozi wykształceniem garbu).

To może chociaż z innymi czynnościami jest lepiej? Cóóóż. Nie ma dla mnie bardziej (nomen omen) wkurzającej czynności niż... ścieranie kurzu. Co prawda daje się do tego wykorzystać odkurzacz z odpowiednią końcówką, więc jest szansa na ułatwienie sobie zadania, jednak cały frustrujący problem polega w tym, że powierzchnie, z których ścierany jest kurz, zazwyczaj obstawione są masą bibelotów i innego barachła, które także trzeba odkurzyć, ale nade wszystko gdzieś przestawić, w celu odblokowania dostępu do rzeczonej, zakurzonej powierzchni. Naprawdę, to wszystko musi tam stać? Że niby upiększa wnętrze? Hm, gdyby nie cotygodniowe starcie kurzu, wcale by nie upiększało. Och, czyżbym przypadkiem wykazał, że to wszystko stoi tam tylko po to, aby wyłapywać kurz (przy okazji - osiadanie kurzu, to raczej naturalny proces)?

W walce z kurzem jedyną w miarę znośną czynnością jest odkurzanie podłóg. Tu się nawet można odprężyć (te ruchy posuwisto-zwrotne), problem jednak w tym, co już niebawem z taką odkurzoną powierzchnią potrafi się stać.

daj wykładzinie face-zbrukaćdaj wykładzinie face-zbrukać

Skoro już zszedłem do poziomu powierzchni płaskich, należy wspomnieć o myciu podłogi. Osobiście preferuję starą, sprawdzoną metodę pozwalającą zachować bliskość z obrabianą powierzchnią i tym samym doprowadzić ją do stanu zadowalającej czystości. Stąd podczas rzeczonej czynności nucę sobie zazwyczaj "Layla, you've got me on my knees" Erica Claptona na przemian z "wypinam śmiało ciało" - parafrazą piosenki Króla Juliana z filmu "Madagaskar". I właściwie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie nowoczesne wzornictwo, które epatuje z podłóg wszelkiego rodzaju balejażami. Często prowadzi to do walki z rzekomym brudem, który po skonfrontowaniu pucowanego fragmentu z innym, takim samym gdzieś obok, okazuje się być częścią jego faktury, a nie brudem.

Piątunio? Sprzątunio!Piątunio? Sprzątunio!

Walka o czystość koniecznie musi przebiegać w parze z walką o transparentność (jakoś tak to leciało, chyba?). To kieruje moją myśl w stronę... okien. I dałoby się przeżyć ich mycie (choć nie ukrywam, że przeżyć w mękach straszliwych), gdyby miało ono miejsce dwa razy do roku. Niestety! Bywa, że postulowane jest co dwa miesiące (z naturalną - należy to podkreślić - przerwą na czas mrozów). To co najbardziej odstręcza mnie od tej czynności, to konieczność umycia przy tej okazji także zewnętrznych parapetów. No nie da się ukryć, że są pokryte. Rzec by można, że włęcz zasłane.

Same szyby i ramy daje się ogarnąć w pierwszym podejściu wodą z płynem do mycia naczyń i dokończyć płynem do mycia szyb, wspieranym przez niezastąpione ręczniki papierowe. Oczywiście wcześniej znowu przydaje się odkurzacz (za te cudo techniki jestem jego wynalazcy dozgonnie wdzięczny), który pozwala pozbyć się osadu z wietrzejących, gumowych uszczelnień szyb zalegającego w ramach okien (dzięki czemu nie trzeba borykać się potem z o wiele trudniej schodzącym, czarnym szlamem) czy kurzu na parapetach wewnętrznych (ale przedtem - niestety - trzeba z nich przestawić gdzieś te wszystkie doniczki, z których naturalnie podczas przenosin sporo się posypie).

Szklana PułapkaSzklana Pułapka

Omawianej naturalności poszukuję też od lat w kompleksowym ogarnianiu łazienki (ze wszystkim jej naturalnymi czeluściami) i czuję, że przede mną jeszcze lata poszukiwań w tym obszarze (najpewniej g... znajdę). Najczęstszą jednak okazję poszukiwania naturalności daje mi codzienne zmywanie naczyń. Jak na razie jedyne odkryte przeze mnie związki z naturą, to naturalność z jaką powstają stosy brudnych naczyń i - zgodny z jego naturą - wpływ płynu do naczyń na skórę rąk (tu z kolei nie sposób nie zanucić przeboju Republiki "Moja krew"). Dobrze, że zamawiając meble kuchenne, zażyczyłem sobie blatów na wysokości mocno powyżej średniej. Dzięki temu operując we wnęce zlewu, zachowuję w miarę naturalną, jedynie lekko pochyloną pozycję, unikając skrzywienia kręgosłupa czy innej dyskopatii.

Myślę, że na tym zakończę ten pasjonujący opis moich poszukiwań naturalności pośród prac domowych i przejdę ni mniej, ni więcej jak do apelu.

I Superman wymiękaI Superman wymięka

Droga, pragnąca partnerskiego podziału obowiązków niewiasto! Nigdy nie używaj argumentacji, która sugerowałaby, że wykonywanie opisanych wyżej czynności jest naturalne. Nie! Argumentuj, że jest logiczną konsekwencją naturalnej, fundamentalnej zasady w przyrodzie, jaką jest dążenie do entropii czyli totalnego bałaganu. Zrozum, że dla nas sprzątanie zawsze będzie występowaniem przeciw naturze. Dlatego nazwij to właśnie tak, albowiem w tym zadaniu - występowaniu przeciw naturze - od zarania dziejów kształtuje nas ewolucja. Licz się jednak z tym, że opracowaliśmy w ramach tejże walki także inne rozwiązanie - prewencję (chroniliśmy się w jaskiniach, budowaliśmy ostrokoły, palisady, kopaliśmy fosy). Na nią przede wszystkim będziemy w walce z naturą bałaganu stawiać. Pogódź się więc z tym, że na półkach zechcemy zmniejszyć ilość bibelotów, powstrzymaj się przed sięganiem po kolejny nóż czy inny sztuciec, skoro ten trzymany w ręku jedyne lekko się zabrudził, daruj nam czasem prasowania piżam, skoro i tak praktycznie ich przeznaczeniem jest gniecenie się. Wówczas istnieje szansa, że sprzątanie potraktujemy jako nieuniknioną konsekwencję niewystarczającej mocy prewencji.

Gdyby kogoś (o wiem, że z pewnością znajdą się tacy) zastanawiało, po co ja to wszystko właściwie piszę, to chciałbym tu wspomnieć o innym oczekiwaniu wobec współczesnych mężczyzn tj. wyrażaniu przez nich uczuć. Zakładam, że ten tekst, będący dla mnie, owej umiejętności, treningiem, utwierdził was w przekonaniu o słuszności tego oczekiwania? Bo mnie akurat utwierdził jedynie w tym, że rzeczywiście, oto bezwzględnie nastąpił zmierzch wojownika.

Więcej o: