Przeciwko uczłowieczaniu zwierząt

Pies to pies. Kot to kot. Zwierz i tyle. Nie, to nie znaczy, że można je męczyć i dręczyć. Są żywe, szacunek im się należy. Ale na boga (którego nie ma) to nie znaczy, że mamy je traktować jak ludzi!

Mam kolegę, który mówi o swoim psie "syn". I to nie jest żart. Twierdzi też, że pies też człowiek i to nie jest tylko gra słowna. Najpierw miał "syna", potem pojawiła się córka. Taka normalna, ludzka. Nie wiem jak jest teraz, bo dawno się nie widzieliśmy, ale na początku miałam wrażenie, że w konkursie na miłość "syn" wygrywał. Życie?

Idzie sobie babinka po ulicy. Z pieskiem, a jakże. Gada do niego, opowiada, z problemów w pracy się zwierza, o chłopakach mówi. Pies, jak to pies. Idzie, wącha, ogonem macha. Tu szczeknie, tam za rowerzystą poleci, lampę przez inne psy obszczaną powącha, mordą w błocie się wytarza. Pani i tak potem pocałuje (fuj!), że taki piękny, grzeczny i wspaniały, że siusiu na trawkę, normalnie prawie kupę sam po sobie sprzątnął. Życie.

Koleżanka ma koty. Cztery. Koty w domu rządzą. Na stole w czasie obiadu leżą, w łóżku z panią (i jej mężem) śpią, kanapę zajmują i nie można ich z niej zwalić. Podłogę drapią, po kątach sikają. Kiedy państwo uprawiają seks, siedzą w pobliżu i się gapią. Pani życia bez kotów sobie nie wyobraża. Dzieci nie ma, więc całą quasi-macierzyńską miłość przelała na swoją na zwierzynę. Nie może ich z łóżka wyrzucić, no bo jak to? Przecież one takie kochane i słodkie, jeden brzuch grzeje, kolejny pod ramię głowę wpycha. Mruczą. Łaszą się. Rano łapą w gębę pacną, bo żarcie się skończyło. Życie.

Kolejna ma kota i alergię. Alergia, jak to alergia, postępuje, czyli zamienia się w astmę. Pani nie pozwala o tym rozmawiać. Odczula się (bezskutecznie), bierze coraz silniejsze antyalergiczne prochy i wziewy. O oddaniu kota nie myśli. O tym, że się kiedyś śpiąc z nim w jednym łóżku udusi, też nie. Życie?

Koleżanka ma trzy pieski. Śliczne, białe, puchate, rasowe. Jeden piesek jest chory. Coś z biodrami (czy psy mają biodra? nie wiem). Czeka go operacja, potem rehabilitacja. Wszystko prywatnie, koszta niemałe, bo zwierząt przecież NFZ nie obowiązuje. Parę tysięcy zniknie, jak nic. Obóz zimowy dziecka na pewno, a może nawet pół następnych wakacji letnich? I nacierpi się pies, nie wiadomo, czy ostatecznie będzie chodził. Może tylne nóżki na wózeczku? Nie wiadomo, co z tego wyniknie. Życie.

Pies to pies, nawet jak podobny do człowieka / www.fearlessmen.comPies to pies, nawet jak podobny do człowieka / www.fearlessmen.com

Nie wiem, co o tym myśleć. Może jestem nieczułym człowiekiem, bez serca, ale dla mnie pies to pies, kot to kot. To nie jest ani mój syn, ani substytut dzidzi. Jak się chce zwierzaka mieć, żreć trzeba dać, na dwór wyprowadzić, wody podlać. Szczepienia zrobić, pogłaskać, poklepać, przytulić. Ale żeby zaraz do łóżka wpuszczać? W umorusany kupą pysk całować? Twierdzić, że "zwierzaki też mają duszę"? Nie wiem, nie jestem pewna. Jak pies gryzie, głupieje, to się go usypia, bo jest niebezpieczny. Jak zwierzak choruje, a kogoś na skomplikowane leczenie nie stać, to co się robi? Odejmuje się od ust, nie kupuje dzieciom butów? Ratuje się za wszelką cenę, nawet jeśli zwierz do końca życia będzie niesprawny i może cierpieć? Nie wiem, nie jestem pewna.

Wiem, że zwierzaki są fajne, wiem, że dzieci się przy nich dobrze rozwijają, wiem, że przebywanie z nimi ma działanie terapeutyczne, podejrzewam, że potrafią jakimś uczuciem nas darzyć (nie wiem, jak to nazwać, bo miłość mi do zwierząt nie pasuje, może to instynkt?). Koty się łaszą, mruczą, grzeją, bawią. Psy są wierne i jeśli dobrze ułożone, zawsze na nas widok machają ogonem. Tak, wiem, to miłe, takie bezwarunkowe uwielbienie, którego nigdy nie dostaniemy od świata (może czasem od matki). Ale i tak zwierz to dla mnie zwierz. Za dużo od niego nie oczekuję, bo to jednak "tylko" zwierz. Nie zgadzam się, że może być mądrzejszy od człowieka. Uważam, że nie powinien być też ważniejszy. A wy? Jak macie?

Więcej o: