10 powodów, dla których warto polubić Taylor Swift

Spece od rynku muzycznego przewidują, że już w pierwszym tygodniu Taylor Swift sprzeda milion egzemplarzy nowej płyty "1989". W Stanach jest gwiazdą numer jeden, młodą królową popu, ulubienicą fanów w wieku od 0 do 99. W Polsce uważa się ją co najwyżej za następczynię Britney Spears. Dlaczego Polacy jej nie lubią i dlaczego polubić, a przynajmniej wzgardliwie uszanować, powinni?

OD REDAKCJI: Ponieważ Taylor wciąż rośnie w siłę to przypominamy nasz tekst o niej sprzed roku. I zapraszamy do obejrzenia filmu "Taylor Swift Superstar".

"To ta co śpiewa country?", "Blond Selena Gomez?", "Słucha jej moja pięcioletnia córka", zaśmiewały się dziewczyny z Focha, gdy wyznałam moją miłość dla Taylor Swift. "Słuchanie Swift to moje doświadczenie pokoleniowe", próbowałam tłumaczyć mojemu chłopakowi, który kręcąc nosem na blond aniołka made in Nashville, wymieniał swoich artystów "definiujących" - Kazika, Muńka i Tymona. "Autentycznych", jak twierdził, sugerując, że Taylor i inne amerykańskie blondynki, które lubię, są dobrze wymyślonym i jeszcze lepiej opakowanym produktem (jasne, że są, ale co z tego?). Czyżbyśmy były osamotnione w kulcie TayTay? Ja i moje trzydziestoletnie, wcale nie infantylne przyjaciółki, z którymi umawiamy się na odsłuch albumu "1989" i organizujemy wieczory panieńskie w stylu teledysku "22" (bo kto by nie chciał jeść śniadania o północy i śmiać się z naszych byłych, jak śpiewa Taylor). Chcąc, żeby nasz fanklub urósł w siłę (może nie do imponujących 70 milionów, które śledzą Taylor na Facebooku, ale przynajmniej do kilku więcej osób), spisałam 10 rzeczy, za które kocham Taylor. Jak młodszą siostrę, która czasem lepiej niż ja sama wie, co czuję. Jak całkiem zwyczajną dziewczynę, która zarabia 50 milionów dolarów rocznie. Jak niedostępną gwiazdę, której chłopcy łamią serce na oczach kamer.

Po pierwsze: Taylor z księżniczki country została królową popu

W ciągu ostatnich kilku lat w moim życiu zmieniło się wszystko, ale muzyka pozostała. Bo życie ma dla mnie zdecydowanie więcej sensu, gdy śpiewa się o nim w refrenie albo pisze w słowach zwrotki.

Instagram.com/taylorswiftInstagram.com/taylorswift

Na płycie "Speak Now" z 2010 roku Taylor była jeszcze grzeczną dziewczynką z Nashville, która z gitarą w ręku i burzą blond loków na głowie, śpiewała o grzecznej miłości. "Red", sprzed dwóch lat, które sprzedało się w dziesięciu milionach egzemplarzy, to już całkiem odważne wejście w świat popu. Taylor konkuruje teraz nie tylko ze swoimi byłymi i obecnymi przyjaciółkami: Seleną Gomez czy Lorde, ale także gigantami: Katy Perry i Jennifer Lopez. Krytycy mówią, że albumem "1989" przypieczętuje status gwiazdy numer jeden. "Poddała się popowi nawet za bardzo", narzekają w "Rolling Stone" czy "Vulture". Nie przeczę - "1989" to recykling. W "Wildest Dreams" pobrzmiewa inspiracja Laną Del Rey, w "I Know Places" - Lorde. Oryginalnością nie grzeszy. Ale Taylor jest nadal sprawniejszym i zdolniejszym muzykiem niż wiele jej rówieśniczek. Można się o tym przekonać, oglądając jej koncerty. Wtedy siada przy fortepianie albo z gitarą i śpiewa tak, jakby występowała w małym klubie w Nashville.

Po drugie: Taylor śpiewa o wszystkich swoich sławnych byłych - dowcipnie, złośliwie i z nostalgią

W bajkach łatwo odróżnić książąt od złych chłopców. Niestety w życiu źli wcale nie chodzą w czarnych pelerynach. Mają za to świetne włosy i jeszcze lepsze poczucie humoru. I jak tu rozpoznać tego jedynego?

O Taylor nie musimy czytać na Pudelku. Wszystkie tajemnice zdradza w swoich piosenkach. I chyba nie tylko swoje, bo wszyscy jej byli są na nią mocno wściekli. O jednym napisała, że zostawił ją przez telefon, o innym, że jest dziecinny, o trzecim, że zdradza. Nie ma to jak dobrze napisana, świetnie zaśpiewana i mistrzowsko zaplanowana zemsta. Chłopcy z Hollywood boją się teraz spotykać z Taylor (po kilkunastu miesięcznych romansach, między innymi z Joe Jonasem, Jake'iem Gyllenhaalem, Harrym Stylesem, Connorem Kennedym i Patrickiem Schwarzeneggerem, od roku jest singielką), bo jeszcze trafią na pierwsze miejsce Billboardu. Trochę jej zazdrościmy. Zamiast wypisywać mściwe anonimy, też wolałybyśmy pokrążyć naszych nieudanych byłych przebojową piosenką. Ale zemsta to tylko jeden z odcieni jej uczuć. Taylor jest po prostu kochliwa. A pisze o tym piosenki, bo to się sprzedaje. Mnie wzrusza to, że wciąż szuka tego jedynego. Przyznaje, że go jeszcze nie znalazła, ale "to dobrze, bo wolę, żeby miłość jeszcze na mnie czekała". Ostatnia romantyczka wśród gwiazd?

Po trzecie: Taylor zakochuje się bez przerwy, ale i tak najbardziej kocha swoje przyjaciółki (w tym Lenę Dunham!)

Chcę być tą dziewczyną, która nie potrzebuje faceta.

Instagram.com/lenadunhamInstagram.com/lenadunham

Na jednym zdjęciu pozuje z amerykańską supermodelką Karlie Kloss, na innym z Seleną Gomez, z którą przestała się przyjaźnić, gdy tamta wróciła do Justina Biebera, na jeszcze innym z Odeyą Rush, którą poznała na planie "Dawcy pamięci". Ostatnio często imprezuje z Lorde (TayTay wie, kto jest na topie!) i Leną Dunham (jeśli "Dziewczyna" ją doceniła, to chyba Taylor naprawdę ma coś w głowie). To kolejne BFFs (najlepsze przyjaciółki na zawsze) są dla niej ważniejsze od chłopaków. To im jest wierna, to o nie się troszczy, to dla nich tak naprawdę pisze piosenki. I może dlatego każda inna dziewczyna, bardziej anonimowa niż Miley i Selena, też czują się jej przyjaciółkami. A my, szpetne trzydziestoletnie, nie tylko chciałybyśmy ją poznać, ale tak jak ona szanujemy dziewczyński świat, który zupełnie, ale to zupełnie nie ma nic wspólnego z męskim (vide: teledysk do "22").

Po czwarte: Taylor nie udaje dojrzalszej, lepszej ani ładniejszej niż jest

Jeśli masz szczęście być inną, nigdy się nie zmieniaj.

W teledysku "22" nosi opaskę z uszkami, w "Style" śmieje się ze swojego byłego, Harry'ego Stylesa, a w "Clean" przyznaje się do tego, że przesadziła z randkami i powinna teraz skupić się na sobie. Każda jej płyta to zapis kolejnego etapu dojrzewania. Tak jest u każdego artysty. Ale dla Taylor ważniejsza niż droga twórcza jest odkrywanie samej siebie, dekonspirowanie własnych słabości i rozdrapywanie ran.

Po piąte: Taylor się fajnie ubiera

Kocham retro: pensjonarskie kołnierzyki, mini i groszki.

"Stara maleńka", "Nie odróżnia retro od tego, co passé", "Widać, że wciąż jest królową country", śmieją się z Taylor moje koleżanki stylistki. I pewnie mają rację. Stylizacje typu: sweterek z kołnierzykiem, szorty plus podkolanówki to marzenie pedofila, a złote cekinowe mini z czerwonego dywanu to wariacja na temat diwy lat 90. Mi tam podoba się, że Taylor lubi małe białe, kombinezony w kwiatki i rozkloszowane sukienki. Bo czasem potrafi też wyskoczyć w obcisłej małej czarnej i szpilkach. Wtedy wszystkim opada kopara. Taylor, tak jak każda z nas, przeszła metamorfozę z nieopierzonej nastolatki w pewną siebie dwudziestolatkę, która nie rozstaje się z czerwoną szminką, a długie loki ścięła do długości modnego boba. Obserwujemy jej rozwój - hity i wpadki. I znowu: czujemy, że jesteśmy takie jak ona.

Po szóste: Taylor jest królową społecznościówek

Jestem ofiarą dorosłości. Podobno zdarza się to każdemu z nas.

Instagram.com/taylorswiftInstagram.com/taylorswift

Na Facebooku ma 70 milionów fanów, a na Instagramie 12 milionów. Wrzuca posty praktycznie codziennie: z weekendu z przyjaciółkami nad morzem, promocji płyty w Nowym Jorku albo zza kulis ważnej hollywoodzkiej imprezy. Całość zysków ze sprzedaży singla przekazała na pomoc nowojorskim szkołom, czym kolejny raz pokazała, że jest mistrzynią PR-u. W social media podgrzewała też atmosferę wokół albumu "1989". Codziennie od miesiąca na jej profilach ukazywały się posty ze słowami nowych piosenek - narysowanymi na dłoniach, napisanymi na szybie samolotu albo na walentynkowym bileciku. Przeplatały się z kadrami ze studia nagraniowego z Taylor, która puszcza bańki mydlane albo bawi się ze swoim kotkiem. Ani ja, ani pozostałe 70 milionów fanów nie myśli, że naprawdę zaglądamy za kulisy życia TayTay. Domyślamy się, że czasem potrafi upić się w trupa albo ubrać jak ostatnia ladacznica. Ale jej projekt "ja" w mediach społecznościowych jest na tyle całościowy, przekonujący i spójny, że to chyba dla niej Zuckerberg stworzył Facebooka.

Po siódme: Taylor tańczy jakby nikt nie patrzył

Najważniejsze w tańcu jest to, żeby nie przejmować się, jak wyglądasz na parkiecie.

Na rozdaniu nagród Grammy, na koncertach, w teledyskach. Taylor bez ładu i składu macha ramionami, robi młynki, podnosi kolana jak do kankana albo bez opamiętania trzepie włosami. Nie tylko do własnych piosenek, ale do przebojów konkurencji. Podziwiam Taylor, bo ja tak tańczę niestety tylko po kilku kolorowych drinkach. A ona się nie przejmuje rosnącą liczbą GIF-ów na swój temat i tym, że nie jest profesjonalną tancerką jak JLo czy Shakira. Dla niej taniec jest ekspresją ciała i miłości do muzyki, ale przede wszystkim świetną zabawą. Fajnie, że gwiazdy nie są nieskazitelne, prawda?

Po ósme: Taylor potrafi się z siebie śmiać

Kiedyś wydawało mi się, że szczytem marzeń jest randka z chłopakiem z drużyny, który ma fajny samochód.

Zwłaszcza w programach typu talk show. A Ellen de Generes i Jimmy Kimmel jej nie oszczędzają, wypominając wszystkich sławnych byłych. Taylor bez żenady stroi żarty ze swojego złamanego serca, z tego, że kiedyś śpiewała country i z tego, że lubiła satynę. Ta autoironia nie jest tylko na pokaz, bo Taylor wie, że swoimi osobistymi piosenkami wystawia się na ocenę. I woli te oceny wyprzedzać. Jednym wielkim żartem z samej siebie jest "Shake It Off", w której powtarza wszystkie plotki o sobie, łącznie z tym, że choć ciągle chodzi na randki, nie potrafi zatrzymać przy sobie faceta. Mówcie co chcecie, dla mnie to odwaga.

Po dziewiąte: Taylor czuje te wszystkie uczucia

Jeśli jesteś dla mnie niedobry, to napiszę o tobie piosenkę. Nie spodoba ci się.

W "Welcome To New York" czuje się małą dziewczynką w wielkim mieście, w "Out of the Woods" kobietą na skraju załamania nerwowego, a w "Shake It Off" pewną siebie indywidualistką. Żeby pisać o uczuciach Taylor nie używa zgranych metafor ani nie cytuje mądrych książek. Sama nazywa siebie "songwriter", czyli dziewczyną, która nie tylko śpiewa, gra i tańczy, ale przede wszystkim pisze teksty i muzykę. Może nie zasłużyła na Nobla (nawet ja nie jestem tak zaślepiona), ale wzruszające i zabawne anegdotki (o szaliku, który został w szufladzie Jake'a Gyllenhaala z piosenki "All Too Well" czy piegach i zielonych oczach Connora Kennedy'ego w "Everything Has Changed") zasługują na miano malutkich perełek literackich. Zwłaszcza jeśli teksty Taylor porównać do "Hit me Baby One More Time" i "Booty". Nie dziwię się, że amerykańscy rodzice wolą puszczać swoje dwunastolatki na koncerty TayTay, która śpiewa o chłopakach, a nie o seksie, o randkach, a nie o kręceniu tyłkiem. Niewinna dziewczęcość na tle wyuzdanych Barbie po prostu się wyróżnia: banalne, ale prawdziwe. A moje ulubione zdanie z nowej płyty to: "Potwory okazały się być tylko drzewami" z "Out of the Woods". Podobno Amerykanie już tatuują sobie je na ramionach.

Po dziesiąte: Taylor w reklamie Coli light wystąpiła z setką kotków, a w życiu ma dwa kotki i często chodzi w sweterku w kotki. Po prostu kocha kotki.

Moja kotka nazywa się Olivia Benson na cześć pani detektyw z serialu "Law & Order".

"Czy ona ma omamy?", "Cola to najlepszy narkotyk", "Ile tych kotów?", krytycznie komentowali nową reklamę internauci. Hejt zasłużony, choć trochę na wyrost. Taylor wystąpiła z setką słodkich kotków, żeby wypromować piosenkę "How You Get the Girl" (lekką i bezpretensjonalną - w sam raz, żeby sprzedawać Colę albo kosmetyki), pokazać, że sama jest kociarą (Olivia Benson ma już nową towarzyszkę - szkocką zwisłouchą Meredith, nazwaną tym razem na cześć doktor Grey z serialu Shondy Rhimes) i że życie młodej starej panny może być naprawdę fajne. I wcale nie takie samotne, mimo że bez faceta u boku. Czy to nie przekaz wszystkich piosenek, teledysków i wywiadów Taylor?