Katastrofy na mojej głowie

Porozmawiajmy o fryzjerskich katastrofach, które sami ściągnęliśmy sobie na głowę. Włosy to nie trawa, rosną cały rok. Dlatego możemy bez oporów robić z nimi dziwne rzeczy. Nawet obcięta przy samej skórze grzywka odrośnie. Nawet wstrętny kolor, dodający cerze trupiego odcienia, kiedyś zniknie, zastąpiony naturalnymi puklami (szybciej, do diabła!).

Wierzcie mi, nie ma głupoty, której nie wyrządziłabym mym biednym włosom i otoczonej nimi twarzy. Dlatego w tym tekście Madame Bovary to ja. Ale dla niepoznaki napiszę go w trzeciej osobie.

Złe fryzjerstwo zaczyna się w domu. Na początek przyjrzyjmy się niesympatycznym rzeczom, które mogą wydarzyć się codziennie, o ile mamy pod ręką nożyczki (nawet te najbardziej tępe). Albo trymer. Albo maszynkę do golenia. Albo te wspaniałe nożyce do cięcia drobiu, poniewierające się w kuchennej szufladzie.

DOM 1 - GRZYWKA

Nic tak nie zmienia twarzy jak dobrze wyprofilowana grzywka, ujmująca rysy w wyrazistą ramę (takie zdanie przeczytałam kiedyś w internecie i już zawsze myślę przy jego użyciu). Ale żeby od razu zlecać wykonanie tej oprawy fryzjerowi? Może jeszcze zapłacić 90 zł? Niedoczekanie! Przecież to łatwe, wystarczy przyciąć trochę nad oczami, nad linią brwi. Hm, krzywo. Trzeba wyrównać. Hm, znowu krzywo. I jak właściwie połączyć te włosy z resztą, wypadającą w okolicy uszu? Ciach. Krzywo, ale znośnie. Idziemy spać. Wstajemy rano. Linia grzywki, starannie wyczesana wczoraj, zniknęła. Tu fala, tam ząbek. Wypadałoby teraz w akcie rozpaczy uciąć sobie głowę, byle równo. Trzeba jednak dzielnie przełknąć ślinę i iść w świat, mówiąc twardo „Tak to miało wyglądać”.

DOM 2 - KOLEŻANKA

Koleżanka wpada na kawę, na wino, na domowe krokiety z kapustą. Wcześniej czy później wszelkie chichoty, narzekania i analizy związków oraz ostatnio przeczytanych książek zaprowadzą was do punktu, w którym trzeba będzie skrytykować własną fryzurę. A wtedy koleżanka może powiedzieć „Hej, nie ma problemu, siadaj, podetnę ci te włosy”. To taki damski odpowiednik staropolskiego „Cooo, ze mną się nie napijesz?” - nie sposób odmówić utalentowanej, sympatycznej dziewczynie. Pół biedy, jeżeli rzeczywiście grane były tylko krokiety z barszczem, po winie szkody mogą być o wiele większe. Napisałam „szkody”? Tak. Nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze zapytać „Kto ci tak wspaniale ostrzygł włosy?” i usłyszeć „Koleżanka”. Padło natomiast niejedno wstydliwe wyznanie o wieczorze pełnym przyjaźni i lekkich alkoholi.

DOM 3 - KOLORYZACJA

Nic tak nie zmienia twarzy jak dobrze wyprofilowana grzywka... Hm, zaraz. Nic tak nie zmienia twarzy jak dobrze dobrany kolor! A kto wie najlepiej, jaki kolor jest dla ciebie odpowiedni? No jasne, że ty! Półka w drogerii ciągnie się po horyzont, a całkowicie bezpieczne dla włosów farby oszałamiają nazwami: „miodowe cappuccino”, „zimny kasztan”, „złote wydmy północno-wschodniej Sahary” czy „aksamitna noc tuż przed wschodem księżyca w pierwszej kwadrze”. Cena także jest rozsądna, jeżeli porównać ją z kosztem koloryzacji w salonie. Do dzieła! Jest tylko jeden drobny szkopuł: jeżeli masz jasne włosy, to istnieje szansa, że po farbowaniu ich kolor będzie przypominał ten z pudełka. Dla reszty nie ma wielkiej nadziei: blondy nie złapią. Rudy będzie przypominał mahoniową okleinę do mebli. A brązy i czarne zawsze wyjdą czarne. Za czarne. Takie bardzo czarne. Czy lubicie filmy Tima Burtona?

Fot. Wikipedia.orgFot. Wikipedia.org

INTERLUDIUM

W domu mogą wydarzyć się jeszcze różne inne nieprzyjemnie historie (na szczęście minęła moda na pasemka i balejaże, wykonywane za pomocą dziurawych, foliowych toreb, przez które wywlekało się pożądane pukle): można na przykład tkwić w nim bezczynnie i nigdy nie podcinać, nigdy nie farbować, zamieniając się w słowiańską dziewoję z siwiejącym warkoczem do pięt. Nic w tym złego, jeżeli ktoś lubi taki styl, ale włosy dostarczają tylu okazji do zabawy wizerunkiem, że szkoda byłoby całkowicie pominąć ten aspekt życia. To rzekłszy, przenoszę nas na prawdziwy poligon: do fryzjera. Plus fryzjera jest taki, że to on odpowiada za wszelkie bezeceństwa na waszej głowie, podczas gdy za domowe stylizacje możecie same sobie podziękować. Minus jest taki, że jego wygłupy mają swoją cenę, zazwyczaj niemałą.

FRYZJER 1 - WIZJONER

Ten typ często strzyże we własnym mieszkaniu, przy kuchennym stole, pod ścianami na sofach walają się jego przyjaciele, praktykanci, psy i inne przypadkowe osoby, nigdy nie dowiesz się, do czego służą lub kim są. Wizjoner przyjmuje też czasem w salonie, na wizytę trzeba czekać tygodniami i rzadko kiedy odbędzie się ona o czasie - mistrz grucha jeszcze nad klientką, z którą powinien skończyć godzinę temu, ty patrzysz na zegarek, dziecko pewnie już płacze, więzy rodzinne zaniedbane, ale odkładałaś pieniądze i odwagę na tę wizytę miesiącami, więc teraz się nią ciesz, głupia. O, już przemawia do ciebie, ale z tego stresu i tak nie słuchasz, co mówi, tylko uśmiechasz się jak lalka z horroru i kiwasz głową. Mycie, masowanie, strzyżenie, czesanie. Główne opcje są teraz dwie: płacisz milion złotych monet i wiesz w głębi duszy, że zmieniło się niewiele, jutro po myciu głowy będzie na niej to samo siano, a „dodamy objętości” i „wyrzeźbimy wyraźną linię” rozwieją się jak złoty sen. Opcja druga: milion złotych monet i ręce mistrza sprawiły, że zmieniłaś się znacznie. Pytanie tylko, czy jest to raczej „Kim jest ta fascynująca nieznajoma?” czy „Własna matka cię nie pozna”.

FRYZJER 2 - SŁYSZĄCY INACZEJ

Słuchaj dzieweczko... Ona nie słucha. Tłumaczysz, jaką chcesz mieć fryzurę. Przynosisz pieczołowicie wyszukane w internecie zdjęcia. Wykonujesz własne rysunki na tyle „Claudii” czy innej „Rewii”, leżącej na stoliku. Przyprowadzasz dobrze ostrzyżoną koleżankę i złapaną na ulicy kobietę na wzór. Ponownie kiwasz głową jak nakręcana lalka. W efekcie otrzymujesz wypadkową tego, co miałaś i najlepiej wyćwiczonej fryzury strzygącego. Możesz zapytać: „Co to ma być, chciałam asymetrię, a tu jest prosto?”. Usłyszysz zazwyczaj: „Inaczej się nie da - włosy muszą odrosnąć, tu ma pani taki kształt głowy, tutaj taki hihi, wicherek, ale przyjdzie pani za trzy miesiące, to już będzie co innego, wtedy zrobimy tak, że będzie dobrze”. Nie przychodzisz za trzy miesiące, nie przychodzisz nigdy. Zaczynasz interesować się modą etniczną i turbanami.

FRYZJER 3 - ZALĘKNIONY

Myślałaś o tym od dawna - zostawił cię chłopak, kończysz 30 lat, zdałaś ważny egzamin, albo po prostu wreszcie do tego dojrzałaś. Koniec z asekuranctwem, koniec z wiecznym koczkiem albo falami od wielkiego dzwonu. Ciąć! Farbować! Palić wioski! Zmieniać image! Udało się umówić jeszcze tego samego dnia, idziesz do fryzjera, a tam się zaczyna: oj, takie piękne włosy, szkoda skracać. Podetniemy tylko końcówki. Wycieniujemy pod spodem, nie dowie się nikt. Tak pani ładnie. Takie mocne. Tyle kobiet by takie chciało (i dzieci w Afryce głodują). Nieee, taka fryzura jak pani chce to nie, nie wyjdzie. Nie ma mowy. Zrobimy maskę nawilżającą, tu może przy twarzy skrócimy dwa pasma, żeby rozjaśnić, nooooo, zupełnie inaczej, do widzenia, szybko za drzwi. Ufff. Wiadomo, jeżeli kobieta ma długie włosy i chce je radykalnie obciąć, to pewnie potem dozna szoku post-czuprynowego, oszaleje, zdemoluje salon i wybiegnie naga na ulicę. Znana sprawa. Dlatego niech ktoś inny jej te włosy obetnie, ale nie my. Nie my.

FRYZJER 4 - MILCZEK

Sytuacja strzyżenia jest zawsze stresująca. To zderzenie nadziei z rzeczywistością, obrazów z głowy z obrazami z lustra. Dodatkowa udręka dla osób noszących okulary - trzeba je zdjąć i nie ma czasu na oswajanie się ze stopniowymi zmianami, widzisz tylko mgławicę włosów i rąk, a potem zimną rzeczywistość, kiedy szkła zostaną na powrót umieszczone na nosie. W dodatku pobyt w salonie fryzjerskim to sytuacja socjalna: brzydko tak siedzieć z ponurym grymasem na twarzy, należy prowadzić lekką, zabawną konwersację. Nie wypada mówić, że w pracy zwolnienia, żółty ser podrożał i terminalnie kłuje w boku. Pół biedy, jeżeli mamy do pomocy stereotypowego, rozświergotanego przedstawiciela fryzjerskiego fachu. Ale co jeżeli on/ona milczą? 40 minut zamienia się w wieczność, w dodatku wypełnioną pytaniami: „Czy tyko ze mną jest taki cichy? Czy jestem tak nudna, że nawet fryzjerce odechciało się plotkować? Czy moja fobia społeczna przebija spod odrostów?”. Tych wątpliwości nie rozwieje nawet najprzyjemniejsze ciepło suszarki. Będziesz wracać do domu, z niepokojem drapiąc się po świeżo ułożonej fryzurze, potargasz ją sobie, a świata nie zrozumiesz. Niestety.

Fot. Wikipedia.orgFot. Wikipedia.org

PODSUMOWANIE

Zadmę od razu w wielką trąbę - relacja z własnymi włosami i fryzjerem/fryzjerką jest jedną z ważniejszych w życiu kobiety (i nie tylko - panowie też mają włosy i związane z nimi marzenia). Dlatego wolimy widzieć w mistrzach nożyczek dobrotliwych, magicznych przyjaciół, żywo zainteresowanych realizacją naszych wizji i pragnących obdarzać fryzurami pięknymi, zaskakującymi i łatwymi w utrzymaniu. Tak naprawdę - to tylko rzemieślnicy: mniej lub bardziej utalentowani, kontaktowi, kreatywni, zmęczeni swoim zawodem lub nadal pełni pasji. Ciekawe jest natomiast, że w kontakcie z nimi tak łatwo ulegamy projekcjom, pokornie znosimy wszelkie eksperymenty, a często gotowi jesteśmy oprócz zapłaty wysupłać też spory napiwek i rozpłakać się dopiero w domu. Pracowałam kiedyś w modnym zakładzie fryzjerskim jako recepcjonistka, przez cały okres pełnienia tego zaszczytnego obowiązku miałam do czynienia z jedną tylko reklamacją, nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś wyszedł nie płacąc, chociaż różne rzeczy działy się na głowach klienteli i niejedną nerwową naradę słyszałam na zapleczu.

A Wy, Drodzy Czytelnicy? Macie swoich mistrzów nożyczek i czarodziejki brzytwy? Jesteście im wierni, czy biegacie po mieście w poszukiwaniu nowych dreszczy? A może skrzywdzono Was kiedyś bardzo i nie jesteście jeszcze gotowi nikomu zaufać? Opowiedzcie swoje historie i pamiętajcie: widziałam to wszystko, w dodatku na własnej głowie.

Więcej o: