Paprotka na kontuarze. O roślinności społecznej i schronisku dla niechcianych roślin

Nasi dziadowie w czynie społecznym sadzili parki, mój ojciec skrzyknął się kiedyś z sąsiadami i posadzili żywopłot przy bloku, ale to nie o takiej roślinności chcę opowiedzieć, tylko o - często niechcianej - florze zapełniającej przestrzenie wspólne.

Stał tam codziennie i machał do mnie kartką. To znaczy nie tylko do mnie - do każdego, kto jechał windą, tą po prawej, tą z okienkiem, bo ta po lewej okienek już nie ma. W którymś momencie ciekawość wzięła górę. Zatrzymałam się na jego piętrze i wysiadłam. Karteczka momentalnie zawisła tuż przed moim nosem. "Cześć, jestem fikusem, nie lubię, kiedy ktoś mnie potrąca i urywa mi liście". Myślę, że zanim ten liściasty niemowa z pierwszego piętra zyskał skarb ochronny w postaci przytoczonego komunikatu, wiele się nacierpiał. Los roślin zasiedlających nasze otoczenie bywa czasem dość ponury.

Fot. Foch.plFot. Foch.pl

Czyściec

Rośliny zajmujące korytarze i półpiętra w naszym bloku to zazwyczaj odrzuceni domownicy. Przez lata pęcznieli i rozrastali się w domowym ciepełku chłonąc zapach kapusty i wątróbki, z czasem jednak rozpasali się na tyle, że przestali pasować. Jedni zaczęli osiągać wzrost typowego dzikusa, jak ten fikus z pierwszego piętra. Cholernik tak się rozpanoszył, że z czasem i na wysokość, i na szerokość brakowało mu już miejsca w korytarzu. Wreszcie zniknął. Podejrzewam, że raczej nie implodował, prędzej wyruszył w podróż do Gdzieindziej. mam nadzieję, że jest ci tam dobrze, fikusie. Na naszym piętrze mamy małą jukkę, mikrą araukarię, której ktoś pozbawił czuba oraz kilka drobnych kaktusów. Dostawiłabym tam nasze, domowe.

Przysięgam, nienawidzę tych napęczniałych skurwysynów. Kiedy niosę je do corocznego zmycia brudów istnienia, zawsze potem muszę wyszarpywać z dłoni incydentalnie nabyte haczykowate kolce. Ze swą nienawiścią do owych kaktusów się nie kryję, ale one niewzruszenie trwają. Gruboskórne buce. Już ja was tam kiedyś wyniosę, do tego sąsiedzkiego czyśćca, zobaczycie! Niech no tylko się zrobi trochę miejsca w przestrzeni wspólnej. Przecież nie zawiozę was do pracy...

Fot. Foch.plFot. Foch.pl

Dżungla

Tym, co różni nowe biura od starych jest nie tylko mentalność pracowników - z tą bowiem bywa różnie, jak mawiają oposy: są ludzie i ludziska. Nie chodzi też wyłącznie o meble, choć nierzadko w tych mniej reprezentacyjnych częściach biur - między przyciężkimi, siermiężnymi regałami na segregatory można było wypatrzeć także i lodówkę Śnieżynka. Myślę oczywiście o roślinności. Teraz zunifikowana, kiełkująca oszczędnie w wyznaczonych przez projektantów miejscach. Jeśli w doniczkach - to jednakowych, współgrając z kolorystyką wnętrz. Jeśli na rosnąć, to symetrycznie - przed niektórymi urzędami nawet drzewa są kwadratowe. A jak to jest w tych staromodnych biurach?

W naszej spółdzielni mieszkaniowej na przykład człowiek czuje się jak Tomek w krainie kangurów, nie tylko z powodu umorusanych pigmejów pokrzykujących coś o złączkach. Wchodzę do pani Halinki, a tam witają mnie pióropusze paproci, kaskady bluszczopodobnych pnączy, skromny kubeczek z drobnym kwieciem i obowiązkowy w grudniu grudnik. Każda z doniczek w innym kolorze. Recykling pudełek po margarynie trwa w najlepsze, nic bowiem nie chroni tak dobrze przed wyciekami z doniczki, jak stary, dobry plastikowy kontenerek - najpierw się w nim do pracy sałatkę jarzynową przyniesie, a potem ukołysze się w nim sadzonki. A wiecie czym naprawdę różni się Centrum Nauki Kopernik od Muzeum Techniki w Pałacu Kultury i Nauki? Tym, że w CNK żaden z pracowników nigdy nie wstawi w przestrzeń wystawową doniczki z aloesem i paprotką przyniesionej z domu, a w Muzeum Techniki już nie raz rozczulał mnie widok tych upchniętych na parapetach roślinek nieśmiało wychylających się zza silników, pras drukarskich, czy powtykanych w prześwity między miniaturowymi hutami.

Adopcja

Roślinne koty Schrödingera - pół-chciane i pół-niechciane; obecne i nieobecne zarazem, trochę nasze, a trochę już pozbyte - zapełniają nam więc korytarze, przedsionki, sekretariaty, sale muzealne i inne tego typu "wspólne" przestrzenie. Co zrobić jednak, jeśli nam domowy zieleniec wybujał do gargantuicznych rozmiarów, w korytarzu już szpilki nie wetkniesz, w biurze tylko hi-tech i radykalny front antyflorystów?

Cóż, można spróbować oddać rośliny do adopcji. Moi sąsiedzi ostatnio pozbyli się w ten sposób czterech drzewek, choć przyznam, nieco żałuję, bo tworzyły piękny, liściasty kordon prowadzący od wind aż do klatki schodowej.  To jest prawdziwy luksus na jedenastym piętrze starego bloku. Dzieci były zachwycone, rozumiem jednak, że za rok biedne drzewka musiałyby zacząć rosnąć w przeciwnym kierunku, bo napotkałyby sufit, zupełnie nie szklany. Teraz będą miały piękny, nowy dom z tarasem, ach, bawcie się dobrze nasze małe Enty! A co, jeśli nie mamy rodziny zastępczej dla niechcianego wykwitu flory? Zabić nie przystoi, wyrzucić na śmietnik tym bardziej. Można zadzwonić do najbliższego ogrodu botanicznego - jest szansa, że pracownicy wesprą. Można też poszukać schroniska. To nie żart.

Jeffrey - jeden z zaadoptowanych już wychowanków Natalii fot. Schronisko dla niechcianych roślinJeffrey - jeden z zaadoptowanych już wychowanków Natalii fot. Schronisko dla niechcianych roślin

W Poznaniu na przykład z powodzeniem działa Schronisko dla niechcianych roślin prowadzone przez Natalię, przemiłą filozofkę, historyczkę sztuki i fotografa. Schronisko zadomowiło się w studenckim mieszkaniu, a jak mówi sama założycielka - rośliny tu rotują. Jedni przywożą nowe okazy do oddania, inni adoptują starsze rośliny. Cały pomysł narodził się z kilku potrzeb:

Przed wszystkim była to potrzeba związana z zielenią w najbliższym otoczeniu. Potrzeba poprawy estetyki, atmosfery czy nawet akustyki. Po założeniu tej inicjatywy usłyszałam fantastyczne zdanie: "Rośliny spokojnie sobie bez nas poradzą, natomiast my bez nich nie przetrwamy.

Inicjatywa Schroniska ma też na celu pomoc w komunikowaniu się między osobami zainteresowanymi roślinnością w mieście, wymianą wiedzy na temat przesadzania, rozmnażania, wymiany szczepkami - mówi Natalia. W ramach działalności schroniska co jakiś czas założycielka organizuje spotkania i warsztaty. Pomysł jest świetny, jeśli znacie podobne inicjatywy w innych miastach, dajcie znać. Założę się, że jest wiele osób, które chciałyby skorzystać z takiej wymiany - roślin, dobrej energii i przydatnych informacji.