"Mam 30 lat" - produkt uniwersalny i mądry

Najgorzej pisze się o książkach, które są super - pochwały zawsze wypadają blado przy porządnym szyderstwie. Najgorzej pisze się też o własnym dzieciństwie - jak nie plusnąć w lepką kałużę nostalgii? Recenzując "Mam 30 lat" Natalii Sajewicz zmuszona jestem stawić czoła obu wyzwaniom.

Bladoróżowa okładka, charakterystyczne liternictwo, podtytuł „Materiały do ćwiczeń”. Brakuje tylko grupki zabawek, które upiększały front oryginału, ale i tak każdy, kto chlubnie ukończył PRL-owską zerówkę od razu skojarzy pracę dyplomową Natalii Sajewicz (Pracownia Ilustracji warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych) z oryginałem, którego stanowi ona twórczą kontynuację. „Mam 6 lat”, pierwszy podręcznik, skarb z dzieciństwa zaginiony w piwnicy rodziców („zaginiony”, czytaj: gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie, podobnie jak mój radziecki rower i kolekcja ulotek reklamowych z wczesnych lat 90., która teraz budziłaby pewnie zachwyt i zgrozę. Kiedyś odkopię to wszystko w głębokich sztolniach muranowskiego bloku i zapłaczę rzewnie).

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel

Pamiętam go jak przez mgłę: jakieś obrazki ze sklepem i innymi miejscami z codziennych doświadczeń, misie, lale, szlaczki do wyrysowania, literki do obrysowania, by wyćwiczona ręka mogła podołać wyzwaniom podstawówki. Otwieram materiały do ćwiczeń dla trzydziestolatków, na pierwszej stronie bohaterowie: mała Ala z potłuczonym kolanem (czasami naprawdę cieszę się, że jestem dorosła i mam ogromne szanse nie poczuć już nigdy pieczenia startej na betonie skóry) i Arek z przysłowiowym kluczem na szyi. Ale już na następnej karcie odkrywamy, że Ala i Arek dorośli - ona lubi trawę, a on bawi się z ptaszkiem (treść rysunków pozostawiam waszej imaginacji, dacie radę).

fot. Olga Wróbel fot. Olga Wróbel

Na szczęście książka Sajewicz to o wiele więcej niż otwierający ją, dość infantylny żart. Ćwiczenia dla trzydziestolatków stanowią bardzo udaną zachętę do konfrontacji swoich niegdysiejszych marzeń i przedstawień dorosłości z momentem, w którym znajdujemy się w tej chwili w życiu - pod względem zawodowym, emocjonalnym, rodzinnym. Nie jest to prosty agregat wzruszeń - nie cierpię stron bezrefleksyjnie zbierających obrazki z lat 90., jeszcze gorzej znoszę memy typu „kaseta magnetofonowa, ołówek, podpis: jeżeli wiesz, jaki związek mają te dwa przedmioty, miałeś fantastyczne dzieciństwo”. Jestem osobą sentymentalną i uwielbiam wspominać z siostrą wszelkie dziwactwa charakteryzujące nasze dzieciństwo pod koniec lat 80. i w pełnym rozkwicie 90. - marzenia o maskotce Alf z rozchylanymi łapkami (my nazywałyśmy ją „przyczepka”, nie wiem, jaki jest oficjalny termin) i rozpacz, kiedy wyśniona zabawka zginęła w autobusie 171, pierwsze automaty, które wypluwały tanie badziewko w plastikowej kulce po wrzuceniu całkiem pokaźnego nominału monety, żelki Haribo obecne w domu jako główny przysmak świąteczny lub pewną smutną zazdrość, którą żywiłyśmy wobec znajomych sióstr, w których kuchni stał zawsze słój z Nutellą. Ale daleka jestem od rozdzierania szat i twierdzenia, że obecne dzieci znają tylko Internet, konsole, pady (mam nadzieję, że tak to się nazywa) i dopalacze oraz porno w niezabezpieczonej sieci, podczas gdy poobijane kolana i badminton u babci uczyniły z nas lepsze osoby.

Magia dzieciństwa polega na specyficznym postrzeganiu rzeczywistości, braku odpowiedzialności za swój los, braku obowiązków („Ty masz się tylko uczyć!”) i poczuciu, że w życiu może wydarzyć się jeszcze wszystko. Jakiś czas temu myślałam o wakacjach u babci - trwały zazwyczaj dwa tygodnie, a zdawało się, że to całe epoki, najeżone możliwościami (może jutro do sąsiadów przyjedzie przystojny, nastoletni kuzyn i przeżyjemy miłość jak z „Filipinki”?). Dziś dwa tygodnie są jednostką czasu, którą ledwo zauważam. Dziwnie było też przypomnieć sobie, że jako dziecko funkcjonowałam bez planów - wstawałam latem rano, świeciło słońce, więc wymyślaliśmy z kuzynami podwórkową olimpiadę. Padał deszcz - czekaliśmy aż przestanie, oglądając sezonowe powtórki „Klanu” (już wtedy ironicznie, ma się rozumieć). Dziś mam życie zaplanowane na trzy miesiące do przodu i jeżeli coś się sypnie w tym dominie, to jest bardzo, ale to bardzo niedobrze. Wspaniałość dzieciństwa brała się stąd, że czas i planowanie były domeną dorosłych, nie moją. Przewijanie taśmy ołówkiem w celu zaoszczędzenia baterii w walkmanie siostry nie miało z tym nic wspólnego.

Na tym właśnie polega siła zeszytu Sajewicz - w bardzo trafnym wyborze rozpoznawalnych dla pokolenia końca lat 80. elementów pozwala prześledzić, w co zamieniły się nasze marzenia, będące często kalkami z podbijających szturmem rynek pism i materiałów reklamowych uogólnionego „Zachodu”. Prosty przykład: rozkładówka ze starannie wyrysowanymi obrazkami z gum Turbo. Ferrari, Bugatti, Lamborghini. Ach, sentymenty, kubki smakowe już produkują ślinkę na wspomnienie brzoskwiniowej lepkości tureckiej balonówy. Ale Sajewicz podpisuje obrazki niewinnym, dziecięcym pytaniem: „Którym teraz jeździsz?”. Hm.

Odrobinę dalej siatka mieszkania i starannie wyrysowane meble. Nie wiem jak wy, ja oczywiście wykonywałam to ćwiczenie na lekcjach ZPT. „Umebluj swoje mieszkanie i oblicz jego powierzchnię” - głosi polecenie. Można roześmiać się i przerzucić stronę, ale można też przyjrzeć się temu, jakie meble proponuje autorka - pośród dziwacznej zbieraniny krzeseł, babcinych szaf i lamp z abażurami nieśmiało majaczą dwa meble, które można uznać za dizajnerskie (w rozumieniu ikeowskim). Od razu myślę o moich wynajętych mieszkaniach i mniej lub bardziej rozpaczliwych próbach zaadaptowania wyposażenia właścicieli do własnego gustu za pomocą ekonomicznie przystępnych, szwedzkich plomb. „Oblicz jego powierzchnię” - jeszcze pod koniec studiów zdarzało mi się przeliczać, na ile metrów deweloperskiego „Zielonego Zakątka” lub innej „Leśnej Przystani” starczyłyby moje oszczędności. Zazwyczaj na trzy. Dziś już nawet nie sprawdzam. Czy spodziewałam się tego, wyrysowując w podstawówce niebieskie mebelki w pokoju sypialnym na kserówkach rozdanych przez panią od techniki? Hm. Niekoniecznie.

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel

Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko, że nie skończyłam jak bohaterowie ćwiczenia „Znajdź 10 różnic między obrazkami”: Arek siedzi przy biurku w swoim pokoju. Ma sześć lat, odrabia lekcje. Arek siedzi przy biurku w swoim pokoju. Ma 30 lat i otwartego laptopa. Mama podaje sześcioletniej Ali kubeczek i bułeczki. Mama podaje trzydziestoletniej Ali kubeczek i bułeczki. Czy Ala i Arek planowali spędzić dorosłe życie przyklejeni do rodziców? Hm. W serialach z lat 90. trochę inaczej to wyglądało: szło się do koledżu, a potem miało się zabawnych, neurotycznych przyjaciół na kanapie w ulubionej kawiarni i kariery na poziomie, umiarkowanie absorbujące, ale niewątpliwie świadczące o odpowiednim statusie ekonomicznym i społecznym. A my co właściwie mamy? Może dowiemy się, układając trzy zdania z zaproponowanych przez autorkę wyrazów (w puli między innymi: katar, dziewczyna, dziecko, kot, styl, czas, dyplom).

Jeżeli popadliście w prekariacki lub frankowo-kredytowy smutek powiem na pociechę, że książka Sajewicz jest też zabawna tak po prostu. Piękny, ołówkowy portret państwa Gucwińskich, ona z pytonem, on z gawialem, a obok pytanie: „Jak umarł twój chomik?” (żaden chomik nie umarł śmiercią naturalną, to chyba jasne!). Fonetycznie zapisana „Lambada”. Dopasowanie dni tygodnia do wyświetlanych w telewizji programów popularnonaukowych. I wiele innych niespodzianek dla surferów fali nostalgii.

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel

Na koniec jeszcze jedna obserwacja: lata 90. mają niezwykły potencjał wspomnieniowy nie tylko dla osób, które przeżywały wtedy dzieciństwo i spoconą, spryszczoną młodość. Dekada, w której Polska przeszła wielką transformację (chociaż trudno powiedzieć w co), kiedy w sklepach pojawiło się mityczne „wszystko” i „wszystko” było możliwe (rzekomo). Oglądałam dziś „Mam 30 lat” z moją mamą, rocznik '62, i śmiałyśmy się z tego samego. Dlaczego? Lata 90. to chyba jedyny taki moment w doświadczeniu ostatnich kilku pokoleń, kiedy świat zmienił się dla wszystkich (w sposób generalnie przyjemny). Pomarańcze w sklepach były równie nowe dla mnie, jak dla mamy. Obie z zachwytem oglądałyśmy teledyski na MTV, dla całej naszej rodziny gry komputerowe były uzależniającą nowością (pamiętam plecy taty, grającego na Atari w „Robbo” do późnych godzin nocnych).

„Mam 30 lat” to produkt uniwersalny, a zarazem mądry (przepraszam za tę opozycję, ale to nieczęsto idzie w parze, szczególnie w kategorii publikacji „humorystycznych”). To książka, którą można przekartkować, pośmiać się, powspominać, ale też punkt wyjścia do o wiele głębszej refleksji o planach, marzeniach i tym, co mogliśmy osiągnąć. A może właśnie o tym, co osiągnęliśmy, jako jednostki i społeczeństwo.

Więcej o: