Na modelki nie patrzę! Skąd brać modowe wzorce?

Kolorowe magazyny, blogerki, reklamy - znam, czytam, czasem się czymś zachwycę, ale nie kupuję ubrań, kierując się takimi wskazówkami. Ciuchy wybieram sobie sama - podpatrując koleżanki, które mają podobną do mojej figurę.

Mąż jako znawca trendów

Uwielbiam kupować miesięczniki kobiece z tzw. wyższej półki, te "Twoje Style" i "Elle". Rzadko mam czas je czytać, głównie oglądam obrazki. Doznaję chwilowego oszołomienia i nad każdą stroną wydaję piski. Nasycam oczy. Kupuję od razu. Lecę do męża i krzyczę: "Kup mi to, i to, i to, i to! O, i to mi się podoba. A widziałeś, niezła, prawda?" Szał mija po 10 minutach. Mnie się nudzi, a magazyn, który wpada w ręce męża, wędruje z nim do łazienki. Tam ląduje na specjalnej komodzie. Magazyn ląduje, bo mąż ląduje gdzie indziej. W każdym razie jest tam, żeby płeć męska w moim domu mogła bliżej zapoznać się z wrogiem. To znaczy, mąż mówi, że po to trzymamy rzeczone magazyny na wspomnianej komodzie. Efekt jest, bo dzięki temu mąż zyskuje znacznie głębszą wiedzę o trendach niż ja. Bo ja jakoś po tym, jak magazyn trafia do łazienki, nie mam śmiałości go dogłębnie wertować.

Wiedza męża, choć zdobyta przy okazji, bywa niezwykle pomocna podczas zakupów. Mam to szczęście, że ma chłop oko i ogarnia modę znacznie lepiej niż niejedna koleżanka. Doskonale więc przekłada trendy z wybiegów na praktykę. A to oznacza umiejętność wychwycenia, w czym moja dupa wygląda jak dupa, a w czym jak szafa gdańska z XVIII wieku. Przy czym mąż ocenia proporcje całkowite, nie patrzy fragmentarycznie. W przeciwieństwie do mnie. Ja bowiem zachwycam się detalem. Np. jaką to mam szczupłą pęcinkę w spodniach o danym kroju. Pęcinka mnie tak urzeka, że wspomniana szafa mi umyka, a katastrofa wisi w powietrzu.

Mąż jest również doskonałym remedium na "dobre rady" krewnych pierwszego stopnia. Krewni ci bowiem uważają, że jestem już poważną kobietą i spódnic przed kolano absolutnie nie powinnam zakładać. Krewni nie są moimi wzorcami. W życiu!

Koleżanki jako benchmarki

Mąż to jedno, ważny głos doradczy. Ciuchy wybieram jednak sama. Postanowiłam wzorować się na tych, które mają zbliżoną figurę do mojej. Nie tylko dlatego, że moda z wybiegów oraz kolorowe magazyny giną w czeluściach mojej toalety. Przede wszystkim dlatego, że w owych magazynach prezentowane są kobiety nie w moim rozmiarze! Już wszyscy o tym pisali, że te modelki takie zabiedzone. To fakt. Weź tu się wzoruj na takiej... Jak ty spokojnie co wieczór delektujesz się czekoladą, dopychasz ciasteczkiem i zapijasz winem, względnie whisky (ja wolę z colą), a ona o liściu sałaty. Nie ma szans, by taka chudzina była moim benchmarkiem. Za to Kaśka z marketingu i Anka z księgowości jak najbardziej. Dlaczego? Bo nie ukrywają swojego pociągu do słodyczy. Nie znaczy, że źle jedzą czy sportu nie uprawiają, po prostu nie muszą żyć na liściu sałaty (jakkolwiek to brzmi). Żyją - i one i ja - na sałatce z grzankami, makaronie z pesto, kawałku tortu, kebabie, falafelu i innych smakołykach. W tym miejscu: serdeczne podziękowania dla koleżanki, która publicznie przyznała się do miłości do bagietek z masłem irlandzkim. Jesteś moim benchmarkiem, dziewczyno. Rozmiarowo tyłki nasze idę w te same numery, a bagietki nigdy bym sobie nie odmówiła. A ponieważ twój tyłek, koleżanko, znakomicie wygląda w skórzanych, bądź pseudo skórzanych legginsach, ja też sobie takie kupiłam.

Fot. Agata PołajewskaFot. Agata Połajewska

I mąż powiedział, że mogą być.

Więcej o: