O kolacji z przodkami, do której zasiadamy (prawie) wszyscy

Czy zasiadając do wigilijnego stołu zastanawiacie się nad tymi wszystkimi tradycjami, które są związane z potrawami, ale nie tylko? Ja się zastanawiam. I myślę, że warto.

Dlaczego do tak wielu potraw dodaje się suszone grzyby? Czemu tradycyjne wigilijne słodkości zawierają w sobie miód, orzechy i mak (w dowolnych konfiguracjach)? Dlaczego ten jeden raz w roku gotuje się kompot z suszu? I skąd w zasadzie wziął się obyczaj zostawiania jednego nakrycia dla "niespodziewanego gościa"?

Dawno, dawno temu, w krainie, która już dziś nie istnieje, żyła sobie pewna wdowa. Jej mąż zginął na wojnie, a ona długo nie mogła pogodzić się z jego śmiercią. Raz w roku, o zmierzchu, upewniwszy się, że właz do piwnicy jest szczelnie zamknięty i nakryty dywanem, otwierała na oścież drzwi wejsciowe i z sieni wołała: "Adamek, chodź!". Zaproszenie powtarzała kilkukrotnie, a później z całą rodziną przechodziła do jadalni, aby połamać się opłatkiem. Zapewne miała nadzieję, że nieżyjący Adam przybył i zajął swoje miejsce przy stole, aby spędzić z najbliższymi Wigilię.

Czy przy waszym stole wigilijnym zostawiacie puste miejsce? (www.wikipedia.org)Czy przy waszym stole wigilijnym zostawiacie puste miejsce? (www.wikipedia.org)

Brzmi jak bajka, prawda? Ale to nie bajka, a jedna z opowieści o wigilijnych zwyczajach mojej pochodzącej z Kresów prababki. Kiedyś zastanawiałam się, czy był to wymysł Gryzeldy, podyktowany tęsknotą za mężem i niemożnością pogodzenia się z jego przedwczesnym odejściem. Ale nie, to nie jej autorski pomysł, a pozostałości przedchrześcijańskiej obrzędowości, według której noc zimowego przesilenia była nocą ucztowania z duchami zmarłych.

Kiedy rytm życia dyktowała wysokość słońca na niebie, grudzień był czasem oczekiwania na odrodzenie się przyrody. Obserwując powolne jej zamieranie, oczekiwano dnia przesilenia zimowego, po którym grudniowy mrok ustępował wydłużającym się i jaśniejszym dniom kolejnych miesięcy. Zanim jednak słońce zaczynało ponownie jaśniej i dłużej świecić, na ziemię powracały duchy zmarłych. Niektóre wybitnie podłe i złośliwe, plątały ludzkie losy, przeszkadzały w pracach rolnych (i dlatego należało je zakończyć przed nastaniem najmroczniejszego okresu w ciągu roku) i, ogólnie rzecz ujmując, sprowadzały na ludzi rozmaite nieszczęścia. Bano się ich do tego stopnia, że nie wychodzono z domu po zapadnięciu zmroku... Przesilenie zimowe było dniem, kiedy słońce ostatecznie pokonywało ciemność, a odradzające się życie pokonywało śmierć. Było także dniem, kiedy po uroczystej kolacji wyprawionej dla duchów przebywających do tego dnia na ziemi, te powracały w zaświaty.

Scrooge, chociaż nie Słowianin, swoją Wigilię spędzał w towarzystwie duchów... (www.wikipedia.org)Scrooge, chociaż nie Słowianin, swoją Wigilię spędzał w towarzystwie duchów... (www.wikipedia.org)

O tym, że duchy przodków gościły od rana w Wigilię w domostwach może świadczyć zwyczaj chuchania na puste krzesło, zanim się na nim zasiadło, albo lepiej - przepraszania szeptem niewidzialnego, spoczywającego na meblu potencjalnego gościa. Puste nakrycie, które ustawiano na stole pierwotnie nie było przeznaczone dla "niespodziewanego wędrowca" lecz na oczekiwanego, choć nieżyjącego przodka. Dopiero w wyniku przeróżnych dziejowych perturbacji, a może nie tyle pertrbacji, co po prostu zsyłek, wywózek, aresztowań, w które obfitują losy Polski, zaczęto zostawiać to nakrycie dla tych, którzy chociaż żyli, nie mogli zasiąść z rodziną do wigilijnej wieczerzy. Zanim jednak rodzina zgromadziła się przy stole, duchy przodków zapraszano otwierając na oścież drzwi i okna domów.

Wigilijną kolację spożywano dawniej w nastroju powagi i podniosłości, a tematami rozmów prowadzonych przy stole były dzieje rodziny, oraz wspomnienia o tych, którzy odeszli ze świata żywych. Sam nastrój był więc bliższy obrzędom zaduszkowym, niż radosnemu i frywolnemu świętowaniu przy suto zastawionym stole. Z resztą odświętne menu pełne jest produktów i potraw, które symbolicznie wprowadzają żywych do świata zmarłych. Miód, mak, grzyby, suszone owoce, orzechy były i do dzisiaj są wykorzystywane w obrzędach ofiarnych. A używane do przygotowania tradycyjnych dań wigilijnych są darem dla gości zza światów (w obrządku prawosławnym w dalszym ciągu składane są jako ofiary na grobach).

Mak symbolizuje płodność - z małego ziarenka wyrasta okazały kwiat, a ten z kolei przemienia się w makówkę pełną ziaren. Ale równocześnie mak stanowi symbol snu, a nawet "łagodnego umierania". Tym samym jest on łącznikiem pomiędzy światem żywych a zmarłych, bo wierzono, że mógł przenieść człowieka w zaświaty przynosząc mu sen (swoją drogą - czy w waszych domach też babcie zabraniały wam podjadać mak do makowców przed Wigilią strasząc, że jak go zjecie to uśniecie?).

Grzyby według dawnych wierzeń i zabobonów wykrada się z przestrzeni wyjątkowo niebezpiecznej, jaką jest las. I drodzy grzybiarze, wcale nie chodzi o to, że w lesie można zabłądzić, a raczej o to, że jest terenem zamieszkiwanym przez tajemnicze, niebezpieczne, magiczne istoty, pochodzące z innego, niż ten ludzki, świata. Grzyby zebrane w takiej "nie do końca ludzkiej" przestrzeni stanowią dar ofiarny dla dusz przodków.

Suszone owoce także niezupełnie należą do świata ludzi - nie są już żywe, a jednocześnie nie umarły całkiem.

Lubię wierzyć, że przy kolacji wigilijnej towarzyszą nam ci, którzy odeszli, a których tak brakuje na co dzień.Lubię wierzyć, że przy kolacji wigilijnej towarzyszą nam ci, którzy odeszli, a których tak brakuje na co dzień.

Można wierzyć, można nie wierzyć. Myślę jednak, że warto znać źródła zwyczajów, które kultywujemy bądź kultywowaliśmy w rodzinnych domach. Nie napiszę, że te zwyczaje są piękne, bo to by niewiele znaczyło zwłaszcza w świecie, w którym ludzie są zmeczeni świętami i często reygnują z ich obchodzenia. Ale te obyczaje są stare, a nawet prastare. I dlatego warto o nich pamiętać i wspominać tak, jak pamiętamy i wspominamy dzieje naszych rodzin. A jeśli choć trochę zainteresowałam was polską obrzędowością, to polecam lekturę książki "Światy, zaświaty. O tradycji świętowań w Polsce" zmarłej w tym roku profesor Anny Zadrożyńskiej, wspaniałej badaczki i cudownej wykładowczyni.