Paryżanki w Warszawie: kobiety niszczą się same od środka

Dominika Węcławek
Modelka Caroline de Maigret oraz producentka filmowa Sophie Mas, współautorki przewrotnego poradnika ?Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś?, postanowiły rozwiać kilka mitów dotyczących mieszkanek stolicy Francji, inne zaś podtrzymały.

Trudno jest zaskoczyć paryżanki. Próbowałam się spóźnić na wywiad z wami...

Caroline de Maigret: - Ale nam udało się przyjechać później!

Sophie Mas: - To moja wina! Caroline jest zawsze bardzo punktualna. Ja się staram, ale po prostu mi nie wychodzi.

Caroline: - Masz szczęście, że nie ma z nami dwóch pozostałych dziewczyn, z którymi pisałyśmy książkę. One są jak esencja paryskiego spóźnienia - czekałybyśmy na nie do wieczora!

Pomówmy zatem o tej esencji. Który z mitów o paryżankach najtrudniej jest podtrzymywać?

Caroline: - Nie ma problemu z żadnym. Wszystkie są szczere i prawdziwe. (śmiech)

Sophie: - Nie zgodzę się. Najtrudniej jest być tą doskonałą paryską kobietą. Ona nie istnieje.

Caroline: - Tak, wszystkie jesteśmy cholernie niedoskonałe. Znacznie łatwiej jest nam mówić o najważniejszych mitach, które chciałyśmy obalić. Kto się pojawia w twojej wyobraźni, kiedy mówisz "paryżanka"?

Caroline w kampanii dla Chanel (fot. mat. prasowe)Caroline w kampanii dla Chanel (fot. mat. prasowe)

Kobieta nieporządna: włos rozczochrany, koszula zapięta niechlujnie, spojrzenie zagubionej sarenki...

Caroline: - To nie mit, to prawda.

Niemal całkowity brak makijażu...

Sophie: - To też prawda. (śmiech)

Wszystkie paryżanki czują się lepsze niż reszta dziewczyn na świecie i patrzą na nas z góry...

Caroline: - Hm... I tu mam wątpliwości. Raczej czujemy się dobrze w swojej skórze, ale ja myślę, że ty też się czujesz dobrze w swojej, czuć od ciebie dobrą energię, więc nie jest to jakaś szczególnie paryska cecha.

Sophie: - Myślę, że Paryż jest współczesną dżunglą, na wszystkich tych pięknych ulicach masz też całe mnóstwo pięknych kobiet.

Caroline: - I to jest straaaasznie nudne.

Sophie: - Czasem widać wyraźnie, kto jest królem tej dżungli, a kto tylko przyjechał udawać. Gdy wracam z innych miast, widzę to nawet wyraźniej - paryżanie wiedzą, jak się chodzi po mieście "od niechcenia", jak się nosi sweter "od niechcenia". Czasem mam wrażenie, że wszyscy wokół to potrafią, tylko ja się spinam.

Caroline: - Coś w tym jest! Wiesz, że my naprawdę boimy się, że zrobimy coś w bardzo niewłaściwy sposób? Tak bardzo boimy się błędów w dziedzinie mody i tego, że zawiedziemy oczekiwania innych, że ubieramy się całe na czarno i to jest właśnie nudne. W Polsce ludzie są kolorowi.

Caroline i Sophie (fot. Dominika Węcławek)Caroline i Sophie (fot. Dominika Węcławek)

Jak to jest z tym Paryżem - dobrze się tam mieszka, czy lepiej jest uciekać i wracać co jakiś czas, by się nim zachwycać na nowo?

Caroline: - To jest wyjątkowa relacja, mam poczucie, że nie mogę żyć bez Paryża. Najeździłam się po świecie, pracowałam w różnych krajach, ale z dala od mojego miasta czułam się tak, jakby ktoś wykroił kawałek mnie.

Trudno jest się przyjaźnić z innymi paryżankami?

Sophie: - Tak, zwłaszcza jeśli przeprowadzasz się tu z innego miasta albo z innego kraju. Wejście w głębszą relację może zająć bardzo dużo czasu. Mam jednak wrażenie i nadzieję, że to nie dlatego, że jesteśmy niemiłe, zamknięte w sobie. Dorosłe paryżanki mają po prostu strasznie dużo spraw na głowie - praca, mąż, dzieci, trudno jest zbudować jakąkolwiek więź towarzyską z kimś, kto nie zna cię co najmniej od czasów studenckich.

Caroline: - To zupełnie inaczej niż w USA, gdzie naprawdę łatwo jest się z kimś zakumplować i iść razem wieczorem na imprezę albo w dzień na kawę.

Wy cztery - autorki książki - znacie się od dzieciństwa?

Caroline: - Ja znałam się dobrze z chłopakiem Sophie - tak się poznałyśmy już ponad dwadzieścia lat temu. Sophie jest za to przyjaciółką Anny z czasów szkolnych. Anna z kolei od lat przyjaźni się z Audrey.

Książka jest pierwszą rzeczą, jaką napisałyście wspólnie?

Sophie: - Tak, po raz pierwszy nasza paczka napisała coś razem!

Caroline: - Ja pisałam wspólnie z Audrey serię artykułów opowiadających o naszej codzienności, szło nam całkiem nieźle.

Autorki książki w komplecie (fot. mat. prasowe)Autorki książki w komplecie (fot. mat. prasowe)

Artykuły to jedno, ale pewnie spisanie poradnika było wyzwaniem?

Caroline: - Wbrew pozorom nie było to takie trudne. Może dlatego, że doskonale się rozumiemy, a może wszystko poszło tak łatwo dzięki temu, że znalazłyśmy dobry sposób na współpracę. Postanowiłyśmy, że będziemy się spotykać raz w tygodniu i wymieniać pomysłami, omawiać tematy i obśmiewać różne sytuacje. Na przykład któraś mówiła "będę pisała o chodzeniu na fitness", druga od razu przyklaskiwała, a trzecia mówiła "świetnie, bo ja wcale nie chodzę na fitness".

Sophie: - Tak, ja na przykład nie ćwiczyłam, zapisałam się raz na siłownię, bo bardzo mi się podobał prowadzący...

Caroline: - Więc spisywałyśmy to wszystko, a potem się kłóciłyśmy co jest prawdą, a co gówno prawdą. (śmiech) Udowadniałyśmy swoje racje i broniłyśmy pomysłów.

Sophie: - To działało bardzo dobrze, bo pracując razem, mogłyśmy wydobyć znacznie więcej anegdot. Człowiek ma dość krótką, a co gorsza - wybiórczą pamięć, dobrze mieć więc obok osoby, które przypominają ci o pewnych rzeczach. A wiesz co jest zabawne? Czytając książkę masz wrażenie, że mówimy jednym głosem.

Czy któraś z anegdot opisanych w tej książce była dla was szczególnie wstydliwa?

Caroline: - Wstydliwa? Nie, o takich nie mówiłyśmy. (śmiech)

Sophie: - Właściwie to nawet wstydliwe zdarzenia z przeszłości są dziś dla nas źródłem radości. Wiesz dlaczego? Bo uczyniły z nas te kobiety, którymi jesteśmy teraz. Przypominają nam też, skąd przychodzimy i dlaczego nie chcemy tam wrócić.

Caroline: - Chcemy mówić kobietom, że w życiu właśnie o to chodzi, by umieć odnajdywać się w różnych sytuacjach, również tych stresujących, krępujących czy żenująco słabych, ale wyjść z tego z twarzą. By przekraczać siebie. By umieć odpowiedzieć jakiemuś nadętemu palantowi, żeby dał ci spokój, zamiast spuszczać uszy po sobie i dawać sobą pomiatać.

Sophie: - Pamiętam inną sytuację. Poznałam faceta, czułam, że to jest to, choć byliśmy ze sobą dopiero trzy tygodnie. Tak się złożyło, że miałam lecieć na drugi koniec świata w sprawach zawodowych. Nie byłam pewna, czy mam kupować bilet. Zadzwoniłam do Caroline i zapytałam, co robić. Ona kazała mi natychmiast olać chłopaka i lecieć, wykorzystać szansę zawodową. Kupiłam bilet i nie poleciałam.

Caroline: - Nie przyznałaś mi się!

Sophie: - No. Tak wyszło. A z tym facetem jesteśmy teraz razem już kolejny rok. Czasem życie polega na tym, by podejmować ryzyko, a czasem na tym, by ponosić porażki. Ważne, by mieć z tego choć odrobinę dobrej zabawy.

Paryskie paradoksy (fot. mat. prasowe)Paryskie paradoksy (fot. mat. prasowe)

Zaczęłyście mówić o mitach, które chciałyście obalić w swojej książce o paryżankach...

Sophie: - Tak jak choćby mit dotyczący perfekcji.

Caroline: - Mit o tym, że paryżanka je tylko wino. Ewentualnie dokłada do tego kawałeczek sera Jemy. Żyjemy, nie jesteśmy idealne! Niektóre rzeczy osiągamy niekoniecznie tak, jak wszyscy sobie to wyobrażają.

Sophie: - Właściwie te wszystkie mity narosły dlatego, że paryżanki lubią okrywać tajemnicą wiele rzeczy, które robią. Kobiety z Paryża wierzą, że nikt nie musi wiedzieć, że biegasz, że zjadłaś dziś naleśniki, że poszłaś na fitness, albo że miałaś operację plastyczną. To, czym wolimy się dzielić z innymi, to raczej rozmówki o tym, jaki film ostatnio widziałyśmy, gdzie jest fajna wystawa, albo gdzie dają dobrą kawę.

Podobno dziewczynom w dzisiejszych czasach łatwiej przychodzi mówienie o operacjach plastycznych i fitnessie niż o książkach i filmach!

Sophie: - Serio? Może w Paryżu po prostu jest inaczej. Gadamy o miłości, spotkaniach. A wszystko to, co dotyczy naszego samopoczucia, to, co sprawia, że czujemy się dobrze ze sobą, to nasz prywatny ogródek, do którego nie wpuszczamy nikogo.

Łatwo jest być paryżanką poza Paryżem?

Caroline: - Och, to w sumie proste...

I nie być sukowatą?

Sophie: - (śmiech) Ale my jesteśmy sukowate przede wszystkim w Paryżu!

Caroline: - Ja staram się być sobą niezależnie od tego, gdzie jestem. Noszę takie same ubrania w Paryżu i w Warszawie, maluję się w podobny sposób.

Złote myśli paryżanek (fot. mat. prasowe)Złote myśli paryżanek (fot. mat. prasowe)

Trudno być paryżanką w Warszawie.

Sophie: - Tak myślisz?

Myślę, że gdybyś zaczepiła dowolną osobę, zaczęłaby narzekać na pogodę, architekturę, ludzi...

Sophie: - A my spotkałyśmy w Warszawie samych miłych ludzi! Nawet taksówkarz był przemiły. W Paryżu taksówkami kierują skończone dupki!

A jak jest z tym francuskim żarciem? Spisałyście kilka przepisów, nie uwierzę, że same gotujecie, nie wyobrażam was sobie w kuchni!

Caroline: - Pewnie, że gotujemy, ale nie robimy tego codziennie. Największy problem polega na tym, że na przykład amerykańskie kobiety myślą, że faktycznie stoimy nad patelnią z naleśnikami każdego dnia. (śmiech) Jest taka presja z zewnątrz, że jesteśmy idealnymi kochankami każdej nocy i idealnymi matkami każdego dnia. Nie!

Caroline, mówisz, że starasz się być sobą niezależnie od sytuacji, ale podejrzewam, że częste wyjazdy służbowe i praca modelki nie pomagają?

Caroline: - Najtrudniej było na samym początku. Kiedy wchodzisz w dorosłość i właściwie szukasz odpowiedzi na to, kim jesteś.

Sophie: - Tak, to jest taki moment, kiedy szukasz równowagi między tym, jak sama się czujesz i jak chcesz, by inni cię postrzegali.

Tymczasem wiele osób wciąż postrzega modelki jako tępe wieszaki na ubrania. Caroline, ty skończyłaś studia, masz stopień naukowy, chyba nie było ci łatwo dojść do tej równowagi, o której wspomina Sophie?

Caroline: - To było cholernie frustrujące. Bycie modelką oznaczało dla mnie jedno - usamodzielnienie się. Mogłam być niezależna finansowo, mogłam wyprowadzić się od rodziców, na czym mi bardzo zależało. Przeprowadziłam się do Nowego Jorku, gdzie dostałam angaż. Frustrowało mnie właściwie każde stereotypowe stwierdzenie dotyczące pracy modelki. Chciałam wszystkim udowodnić, że jestem kimś więcej niż wieszakiem, że mam rozum i uczucia. Często wolałam się nie przyznawać w towarzystwie, że jestem modelką. Mówiłam, że pracuję w reklamie, czy coś w tym stylu.

Sceny z paryskiego życia (fot. mat. prasowe)Sceny z paryskiego życia (fot. mat. prasowe)

Co robiłaś, żeby udowodnić samej sobie, że nie stałaś się takim wieszakiem?

Caroline: - Nie "robiłam", ja wciąż to robię. Staram się być ciekawa świata. Czytam, jeżdżę na niesamowite wystawy. Z drugiej strony wiedziałam od samego początku, że chcę być modelką przez resztę życia. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogę to robić, że podjęłam decyzję i miałam wpływ na swoje życie.

Otworzyłaś też swoje wydawnictwo płytowe. Jak do tego doszło?

Caroline: - Kiedy byłam nastolatką, muzyka była moim ocaleniem. Słuchałam punka, wymykałam się nocą z domu, by chodzić na koncerty. To była moja szklana bańka, w której zawsze mogłam się schronić przed problemami, które mnie przerastały. Kiedy trafiłam do Nowego Jorku, naturalne było to, że jako modelka z miejsca trafiłam do środowiska artystycznego - tylko artyści potrafili zrozumieć to, co my czułyśmy, wiedli podobny tryb życia, tę sinusoidę wykreślaną między działaniem, pracą, zarabianiem pieniędzy a pasywnym czekaniem na telefon z ofertą. Wielu ludzi w naszej paczce było muzykami, naturalnie więc wsiąkłam w nowojorskie podziemie muzyczne, zawiązałam przyjaźnie. Bycie modelką powodowało jeszcze jedną rzecz. To po prostu przedziwne uczucie, kiedy zarabiasz przyzwoite pieniądze za bycie dość bierną osobą, a otacza cię mnóstwo ludzi, którzy pracują ciężko, ale nie są w stanie przeżyć.

Postanowiłaś więc być dobrą wróżką?

Caroline: - Tak. Zaczęłam wykorzystywać swoje zarobki, by wspierać muzyków. Raz dorzuciłam się do sprzętu, innym razem kupiłam busa, którym mogli ruszyć w trasę. Było mnóstwo zabawy. I pojawiła się myśl, że czas zacząć wydawać płyty, urzeczywistnić tę muzykę. Przeniosłam się do Paryża i tutaj otworzyłam swoje małe, niezależne wydawnictwo płytowe. Coś mi podpowiadało, że Paryż potrzebuje mnie bardziej niż USA. Wtedy poznałam mojego chłopaka, który jest muzykiem, okazał się mieć niemal w stu procentach zbieżny gust z moim, postanowiliśmy połączyć siły.

Sophie, ty pracujesz w Hollywood, jesteś producentką filmową. Krążą pogłoski, że to środowisko jest zdominowane przez facetów. To prawda?

Sophie: - Cóż, paradoks polega na tym, że najbardziej wpływowymi postaciami w tym przemyśle są jednak kobiety. Szefową Universalu jest kobieta, studia prowadzą kobiety, ale wszystkie są ze stali, twarde, zimne, męskie. Cały ten biznes jest pełen mizoginów, większość wysoko postawionych osób uważa, że kobiety powinny przede wszystkim ładnie wyglądać, być aktorkami, najlepiej potulnymi, ewentualnie wcielać się grzecznie w role niepokornych złośnic, co pomaga w promowaniu filmów, w których grają. Kobiety na wysokich stanowiskach muszą więc być dla odmiany jak najmniej kobiece. W naszej książce chciałam pokazać, że można być kobietą, feministką i pozostać kobiecą. Zabawne jest to, że sporo dziewczyn w Hollywood, jeśli nie zostaje aktorkami i nie jest wystarczająco męskich, by rządzić, zostaje asystentkami. Bardzo długo więc uczyłam się, jak nie wyglądać na asystentkę. (śmiech)

Czy myślicie, że to kobiety są największymi wrogami dla innych kobiet?

Sophie: - Myślę, że najgorszymi wrogami dla nas jesteśmy my same. Kobiety niszczą się same od środka.

Caroline: - Z facetami wcale nie jest łatwiej. Wielu z nich próbuje ci udowodnić, że jesteś słabsza, albo kiedy spędzacie razem czas, nieustannie opowiadają niewybredne, pełne seksualnych aluzji żarty.

Caroline w kampanii dla Lancome (fot. Felix Valiente Casas)Caroline w kampanii dla Lancome (fot. Felix Valiente Casas)

Myślicie, że sytuacja kobiet w ogóle zmieniła się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat?

Caroline: - Świat mody się bardzo zmienił, jest inaczej niż dwie dekady temu, jest bardziej profesjonalnie, więcej jest też nastawienia na robienie kasy. Większość marek należy obecnie do raptem kilku ludzi.

Sophie: - Świat filmu otwiera się coraz bardziej na kobiety. Kilka lat temu na festiwalu w Cannes rozgorzała dyskusja, co się dzieje z kobietami, była tylko jedna kobieta reżyserka, która wygrała w konkursie. Nie jestem absolutnie za parytetami, niech decyduje jakość, ale prawdą jest, że trzeba ośmielić dziewczyny, bo brakuje nam kobiecej perspektywy.

"Jak być paryżanką" stworzyło wam pewnie okazje do spojrzenia na to, kim właściwie wy jesteście?

Sophie: - Totalnie tak! Mogłyśmy też zadać pytania o nasze społeczeństwo, o rolę kobiety. Pytamy o to, co to znaczy mieć przyjaciół, będąc dorosłą osobą. Czasem nasza praca przypominała psychoanalizę, mogłyśmy spojrzeć na siebie przez pryzmat pozostałych autorek. Pracować we czwórkę oznaczało też nauczyć się przyjmować krytykę.

Kiedy zaczęłyście pracę nad książką, myślałyście, że zmienicie spojrzenie na dziewczyny z Paryża?

Caroline: - Jasne, to dość intrygujące, jak ta książka jest odbierana w różnych miejscach na świecie. Musimy też zaufać tłumaczowi, mamy nadzieję, że oddaje nasze poczucie humoru.

Myślę, że nie ma z tym problemu w polskim przekładzie. A jak książka jest odbierana we Francji?

Caroline: - Nijak. Nie została wydana na naszym rynku.

Jak to?!

Sophie: - Nie trzeba nas uczyć, jak być nami.

''Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś''''Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś''

Gdzie w takim razie została wydana?

Sophie: - W Japonii, na Litwie, w Australii, Brazylii, Chinach, Wielkiej Brytanii, Wietnamie, w Rosji...

Dostajecie pewnie jakieś listy od czytelników?

Caroline: - Tak, zazwyczaj to bardzo spontaniczne i pozytywne reakcje. To całkiem ciekawe z socjologicznego punktu widzenia, na jakie detale z tej książki zwracają uwagę kobiety z różnych kręgów kulturowych. Na przykład azjatyckie kobiety mają zupełnie inną pozycję społeczną niż my. Zyskały wolność działania i wolność wyboru dosyć późno - przynajmniej w porównaniu z nami. Są więc najbardziej zainteresowane tym, jak być skutecznymi bizneswoman. W Europie - niezależnie już czy wschodniej, czy zachodniej - kobiety częściej zwracają uwagę na detale dotyczące rodziny i tego, jak pogodzić posiadanie dzieci z posiadaniem czasu dla siebie. W Skandynawii za to kobiety są tak zaangażowane w promowanie feminizmu, że zapominają już, jak to jest czuć się kobieco. Pytają, jak mieć tyle wolności, co my, a jednocześnie zostawić jakąś przestrzeń dla mężczyzn, by byli po prostu mężczyznami. Mam wrażenie, że mogłybyśmy napisać drugą książkę tylko na podstawie pytań od czytelniczek i naszych odpowiedzi.

Caroline de Maigret. Modelka, promotorka kultury, publicystka, jedna z ulubienic Karla Lagerfelda, pracę na wybiegu rozpoczęła w 1994 roku i pozostaje aktywna do dziś.

Sophie Mas. Publicystka i producentka filmowa, współpracowała przy takich filmach jak "Zidane: portret XXI wieku" czy "Reprise: od początku, raz jeszcze".

Więcej o: