Niczego sobie nie obiecuję i niczego nie odkładam - o realizacji postanowień

Schudnę 5 kg. Rzucę papieroski. Zacznę biegać. Przestanę jeść słodycze. Poszukam nowej pracy. Zacznę smarować twarz kremem, kiedy wychodzę na mróz. No i nie wiem, może spróbuję jeszcze raz pojechać nad polskie morze? Ja już sobie tego wszystkiego nie obiecuję. Dlaczego?

Już nie pamiętam, kiedy przestałam robić noworoczne postanowienia (nie pamiętam, bo sobie nie zapisałam, a ja nigdy nie pamiętam, jak sobie nie zapiszę. STAROŚĆ wieku średniego). Ale chyba pamiętam dlaczego. Po prostu nigdy ich nie dotrzymywałam. Jednych nie dotrzymywałam szybciej, innych później. I to "niedotrzymywanie” bardzo mnie frustrowało. Bo jakże to tak. Ja tu chcę coś w sobie / wokół siebie zmienić, a mi nie wychodzi.

A dlaczego mi nie wychodziło? Bo zarzucałam dotrzymywanie takiego postanowienia po pierwszej porażce. Czyli - obiecuję sobie, że nie będę jadła słodyczy. Ale nie wytrzymałam i zjadłam kostkę pysznej czekolady, bo właśnie przyszła do pracy i wszyscy się, ciamkając głośno i soczyście, zażerali. I zamiast stwierdzić "trudno, raz się złamałam, to nie koniec świata, kontynuujemy”, stwierdzałam, że to już nie ma sensu, że nie warto, jestem słaba, beznadziejna, jednego głupiego postanowienia nie jestem w stanie dotrzymać. I koniec z tym. Po tygodniu koniec. Albo po dwóch. Albo i po miesiącu. Ale koniec. Czasem jeszcze opanowywałam się po chwili i stwierdzałam, że może jednak spróbuję jeszcze raz? Może od tej niedzieli? Albo od poniedziałku? Albo od pierwszego? Albo od czerwca, bo to pół roku? Albo od równonocy? Zawsze jest przed nami jakiś TERMIN do którego warto się odwołać. I jakoś tak często wychodzi, że często ten termin magicznie się przesuwa. Bo dzisiaj jestem za smutna na to, żeby od jutra przejść na dietę. Bo mam kontuzję najmniejszego paluszka u dłoni, nie mogę więc zacząć biegać wkrótce. Bo akurat teraz nie mam siły. Bo mnie wkurwiła koleżanka / matka / dziecko. Bo jestem niewyspana, a wtedy nie będę się męczyć. Bo pada. Bo zimno i nie ma słońca.

Chyba nie jestem jedyna w tym niedotrzymywaniu. Myślę, że nawet więcej ludzi niedotrzymuje tych obietnic niż odwrotnie. A jednak niektórzy co roku, z mozołem tworzą listy noworocznych postanowień. Na papierze albo tylko w głowie. Dzielą się nimi ze światem albo i nie. W każdym razie zaklinają rzeczywistość, żeby uczynić ją milszą / znośniejszą / zgrabniejszą / fajniejszą. Zaklinają siebie, że potrafią się zmienić, potrafią być "lepszą wersją siebie”. Ja już nie.

Ale, żeby nie było, to nie znaczy, że nic nie robię. Że nie chcę swojego świata i siebie ulepszyć. Znalazłam po prostu inny sposób. Nie uwierzycie, co na mnie podziałało, bo to jest takie śmieszne, że umieram. Śmieszne, banalne i w ogóle Paulo Coelho. Trochę wstyd, ale powiem, co mi tam. Taki tekst: "Co masz zrobić jutro, zrób dziś”. Albo "Nic się samo nie zrobi”. Albo "Im bardziej mi się nie chce, tym bardziej muszę. Bo jak odpuszczę, to grób i mogiła”. Chodzi o to, że już nie odkładam. Nie czekam do pełnej godziny czy innego tygodnia, tylko staram się zaczynać realizować swoje postanowienia już. Natychmiast. Zaraz.

W ubiegłym roku zaczęłam znowu biegać. Po latach. Nie miałam butów ani specjalistycznych ubrań. Ale nie chciałam czekać na to, aż sobie je kupię, tylko wskoczyłam w stare adidasy, dres a la Rocky i pobiegłam. Nie biegam, niestety, jakoś strasznie regularnie. Na razie nie mam w planach maratonu (również dlatego, że nie wiem, czy jestem w stanie aż tyle bieganiu poświęcić). Ale biegam. Nie robię założeń, że muszę przebiec 50 km tygodniowo. Jak mi się uda - to super. Jak nie - to biegam ile mogę. To samo z każdym innym sportem. Odkryłam youtube'owe trenerki, które ratują mi tyłek, kiedy nie zdążam na wieczorne zajęcia. I jak bardzo mi się nie chce wyjść z domu. Bo jak mi się nie chce i jest, np. 23.00, to sobie mówię "tylko 10 minut ABS z Mel B”, "tylko chwilka pilatesu z Blogilates”. "Tylko malutki Gym Break”. I jakoś idzie, jakoś to pcham. Najczęściej po 10 minutach chce mi się więcej. Albo idę spać.

Dietę chyba też najlepiej zaczynać natychmiast, już, od obiadu albo kolacji. Unikniemy wtedy zgubnego "to dzisiaj jeszcze zjem pizzę, bułkę ze smalcem, trzy hot-dogi, bigosik, czekoladkę i zasmażkę, ale od jutra to już zupełnie nic”. Chcesz mniej kupować? To nie "tylko jeszcze ten jeden, czarny sweterek” tylko już. Nic. Dzisiaj. Teraz. Nie wiem co z rzeczami, które wymagają procesu, jak np. nauka języka. Codziennie pięć słówek? Codziennie odcinek serialu z napisami w języku, którego chcemy się nauczyć, żeby wilk był syty i owca cała? Chcesz napisać książkę? Siadasz dziś i męczysz. Nie masz natchnienia? Natchnieniem się nie pisze. Rękami się pisze. I głową. Jutro będziesz miała natchnienie, to jutro poprawisz. Albo jak będziesz redagować.

Odkładanie do jutra, do "za tydzień”, do nie dzieli, no nowego roku to najprostsza droga, żeby nie zrobić tego wcale.

A wy? Jak macie?

Więcej o: