Radosławie, coś Ty zrobił?

Piszę "zrobił" lecz na usta ciśnie mi się niecenzuralne słowo zaczynające się na literę "o". Wiem, że polityka to dno muliste i grząskie. I że nie należy się polityką denerwować, bo szkoda cery i żołądka, ale czasem ciśnienie się podnosi, pomimo dwóch litrów melisy.

Agnieszka Burzyńska i Michał Majewski - dziennikarze „Wprost” odkryli ciekawą historię. Otóż Radosław Sikorski jako szef MSZ zatrudnił pana Charlesa Crawforda, byłego ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, do konsultacji swoich przemówień. Tak się przy okazji złożyło że dyplomata zna się prywatnie z byłym ministrem. Nic wielkiego powiecie, ludzie dyplomacji mogą się znać. Zaiste. Przyjaźnie jak powszechnie wiadomo niosą ze sobą wiele korzyści.

Dziennikarze „Wprost” wysłali do MSZ prośbę o wyjaśnienie w czy pan Charles Crawford pisał przemówienia dla ówczesnego ministra, spytali też o liczbę tych przemówień oraz ich koszty. Odpowiedź MSZ zaskakuje i poraża jednocześnie. „Pan Charles Crawford nigdy ich nie pisał, a jedynie konsultowane były z nim wyłącznie anglojęzyczne wersje przemówień ówczesnego szefa MSZ. Zakres prac pana Charlesa Crawforda dotyczył poprawek o charakterze edytorskim jakie, jak zaznaczyliśmy powyżej, wynikały m.in. z tłumaczenia przemówień na język angielski. W latach 2010-2014 skonsultowanych zostało 14 wystąpień ministra Radosława Sikorskiego. Średni koszt konsultacji przemówienia wyniósł 19 tys. zł. Zamówienia konsultacji realizowane były zgodnie z obowiązującymi przepisami .”

Zajebiście drogie te konsultacje edytorskie. Łącznie mogły kosztować podatników nawet 266 tysięcy złotych. Dlatego zastanawia mnie bardzo mocno na jakich zasadach dokonano wyboru pana Charlesa Crawforda na wykonawcę tej ekskluzywnej usługi konsultacyjnej? Czy MSZ ogłosiło przetarg na tego typu usługi? Bo może warto przypomnieć, ale obowiązuje nas Ustawa z dnia 29 stycznia 2004 roku o Prawie Zamówień Publicznych, a konsultacje edytorskie nie są wymienione w artykule 4. jako usługi, do których ustawa nie ma zastosowania. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież jednostkowy koszt konsultacji edytorskiej wycenionej średnio na 19 tysięcy mieścił się poniżej progu 14 tysięcy euro (od kwietnia 2014 próg podniesiono do 30 tysięcy euro) i wówczas mogłoby się wydawać, że nie trzeba stosować ustawy. Ale tych konsultacji było 14, a przemówienia są stałym elementem pracy ministra, więc nie można zapominać o artykule 34 ust. 1: „podstawą ustalenia wartości zamówienia na usługi lub dostawy powtarzające się okresowo jest łączna wartość zamówień tego samego rodzaju” oraz o artykule 32 ust. 2, który mówi o tym, że: „zamawiający nie może w celu uniknięcia stosowania przepisów ustawy dzielić zamówienia na części lub zaniżać jego wartości”. Nie chcę wysuwać tu żadnych oskarżeń pod adresem MSZ, bo na pewno wszystko działo się tam zgodnie z przepisami prawa. Na pewno wszystko da się wyjaśnić. Jakoś.

Jednak ta dyplomatyczna sprawa nie daje mi wciąż spokoju, bo nie mogę pojąć jakim sposobem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie znalazła się ani jedna osoba, której poziom języka angielskiego nie pozwalał na dokonanie takich konsultacji i korekt w ramach pełnienia obowiązków służbowych. Nie daje mi to spokoju dlatego, że wymogiem zatrudnienia w tym resorcie jest bardzo dobra znajomość przynajmniej jednego języka obcego. Niekoniecznie musiała być to córka byłego ministra finansów, która została zatrudniona na stanowisku wydawałoby się idealnym do takich zadań specjalnych.

Pracuję w urzędzie i teoretycznie takie sprawy nie powinny mnie już bulwersować, bo różne dokumenty widziałam i wiele razy słowa niecenzuralne ciskałam po kątach. Ale może nie jestem jeszcze doszczętnie zepsuta i zdemoralizowana, ponieważ wciąż mnie takie wiadomości wkurwiają. Być może dla pana ministra, obecnie marszałka, 19 tysięcy to jak pierdnięcie, bo to nie są jego pieniądze, najwyraźniej, skoro wydaje na służbowy obiad 1300 zł - czyli kwotę, za którą niektórzy muszą przeżyć przez miesiąc. Dla mnie jest to po prostu niemoralne.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku