Mniej samochodów, więcej miejsca dla ludzi i życia miejskiego

Gdybym kiedykolwiek kandydowała na stanowisko prezydenta, pamiętajcie, by na mnie nie głosować. Bo na początek zamknęłabym centra dużych miast dla ruchu samochodowego. Ale nie tylko ja tak mam - z Hamburga w ciągu 20 lat mają zniknąć samochody.

Wyobrażacie sobie serce swojego miasta bez aut? Bez korków, spalin, nieustannego hałasu. Bez zaparkowanych byle jak i byle gdzie pojazdów, bez panicznego przebiegania przez pasy, bo komuś za kółkiem się spieszy, bez ścisku w autobusach Ach. Armageddon!

Kiedy jadę autobusem przez szeroką jak morze Doliną Służewiecką widzę dziesiątki aut wożących litry powietrza. Myślę, że to musi być bardzo ważne i odpowiedzialne zadanie. Nie każdy może tak wozić powietrze. Rozumiem więc, dlaczego tak wielu kierowców codziennie rano poświęca swój czas i wystawia na zszarganie nerwy podczas korków i przepychanek, jadąc samotnie swoimi małymi transporterami wypełnionymi mieszaniną tlenu, azotu i kilku innych pierwiastków. Gdy natomiast nachodzi mnie zachcianka, by przeciąć spacerkiem centrum stolicy, powiedzmy na odcinku od Arsenału aż po Plac Unii Lubelskiej, już po kilku krokach dopada mnie smutne wrażenie, że moja wizja wypatroszenia tej okolicy z ruchu samochodowego, to dla wielu kierowców synonim nawet nie Małej Apokalipsy, a Totalnej Zagłady.

Fot. Pia's CollagesFot. Pia's Collages

W imię czego? Wiadomo, że nie Świętej Przepustowości. (Skoro już o niej mowa - polecam fanpage, kolega mnie tam raz zaciągnął. Od tego momentu uśmiecham się częściej, zwłaszcza, gdy przeskakuję nad maskami nachalnie wgryzających się w chodnik samochodów.) Święta Przepustowość zakłada realizację dokładnie tych samych celów, jakie stawiają sobie władze wielu polskich miast: jezdnie - poszerzać, drogi - dobudowywać, pieszych - upychać pod ziemią, albo nad ziemią. Niech będzie więcej miejsca dla samochodów, niech one wjeżdżają do centrum, niech tu krążą i zapętlają się. Niech kiełkują nam w metropoliach kilometry szerokopasmówek.

Jest tylko jeden kłopot, zapewne łatwy do zniwelowania intensywnymi protestami licznych kierowców samochodów osobowych. Otóż badania dowiodły, że im więcej dróg tym więcej samochodów. Lekarstwem na korki więc nie jest - paradoksalnie - poszerzanie, wydłużanie, dobudowywanie, a zwężanie. Przyznacie, że brzmi to jak szaleństwo! Osoba, która wypowiedziała te słowa musiała zostać opętana przez szatana, albo zwyczajnie przekupiona przez lobby nawiedzonych chodziarzy i miejskie przedsiębiorstwo transportu publicznego.

Jeśli o mnie chodzi - nikt mnie nie musiał przekupywać, ja po prostu nie lubię tych samochodów. Nie lubię jak podjeżdżają pod szkołę osiedlową, bo trzeba dziecko koniecznie autem, nie lubię jak się panoszą w centrum. Irytują mnie ci pojedynczy kierowcy w pięcioosobowych furach bezsensownie kursujący na trasach, na których z powodzeniem mogliby podróżować komunikacją miejską, pieszo, albo na rowerach.

Na rowerach? Też coś! Jak jakaś biedota, albo jacyś porąbani Skandynawowie? Właśnie tak! Pojechaliśmy raz do Kopenhagi w celu odmrożenia sobie dupy podczas wielogodzinnych zimowych spacerów po dziwnych miejscach - od grobu Sorena Kierkegaarda po nowoczesne dzielnice na obrzeżach miasta, z krótką wizytą w depresyjnej Christianii. Cóż nas tam spotkało? Nikły ruch samochodowy za to całkiem pokaźne nagromadzenie krawaciarzy i garsoniarek na rowerach. Wyobraźcie sobie - mroźno, z lekkimi opadami śniegu, a tu pani zasuwa w stroju business casual na rowerze do pracy. Słabo? Tego bym chciała dla polskich pracowników wyższego szczebla? Tak, dokładnie tego. Nie chcę tu wychodzić na jakiegoś niebywale bywałego buca, ale zaimponowała mi polityka Googla. Nie ta z banowaniem stron w chińskich wyszukiwarkach, tylko ta druga - z banowaniem samochodów. Polska siedziba Googla nie ma parkingu dla pracowników i gości, za to serdecznie wspiera korzystanie z sieci miejskich rowerów, zachęca do kupowania kart miejskich, oraz odbywania spacerów na linii przystanek komunikacji miejskiej - budynek, w którym mieści się owa siedziba. Dobrze, że nie każą omijać wind, prawda? Szóste piętro (czy tam dziewiąte, co za różnica) - to nie w kij dmuchał, tyle schodów do pokonania, że normalnie przeciętny człowiek już dawno dostałby zapaści i ataku Weltschmerzu.

Nowoczesna dzielnica Kopenhagi - jej kręgosłupem jest linia kolejki i woda (Fot. D.Węcławek) Nowoczesna dzielnica Kopenhagi - jej kręgosłupem jest linia kolejki i woda (Fot. D.Węcławek)

Wracając do Kopenhagi i rowerów, to miasto jest świętym Graalem zboczeńców takich jak ja - tych, co nie kochają ruchu samochodowego w mieście. Tam bowiem panoszy się  przedwieczny Cthulu antysamochodowy, a imię jego Jan Gehl. O tym jakie ma wywrotowe wizje można przeczytać na przykład w tym wywiadzie. Mój ulubiony kąsek to ten:

Im więcej dróg, tym więcej samochodów. A im więcej deptaków i placów bez samochodów, tym więcej ludzi i atrakcyjnego życia miejskiego. To prosta zależność, udowodniona w szczegółowych badaniach. Każda poprawa jakości przestrzeni publicznych natychmiast skutkuje wzrostem ich użytkowania.

Czyli deptaki, alejki, promenady, wąskie uliczki, jednym słowem: średniowiecze! Jeśli spojrzeć na te wszystkie piękne rankingi "7 cudownych miejsc, w których nie ma ruchu samochodowego" nie trudno zauważyć, że są to przede wszystkim

a) średniowieczne miasta (na przykład medina Fezu, gdzie zwyczajnie żadne auto by się nie wcisnęło)

b) wyspy tak małe, że przywożenie tam aut zwyczajnie mija się z celem

c) miasta uniwersyteckie, ale wiadomo, że tam zwyczajnie siedzą jacyś odklejeni od rzeczywistości hipisi i głównie ćpią, albo wypisują jakieś niezrozumiałe bzdury na tablicach.

I niby taka nadobna Warszawa, Radom, czy inna metropolia miałaby dołączyć? Skandal! Chamstwo! Zacofanie! Ale, ale, uwaga! Władze miasta Hamburga zadeklarowały jakiś czas temu, że w okresie dwóch dekad wyrugują samochody z centrum. Dołożą za to dróg rowerowych i wszyscy będą żyli długo, szczęśliwie i aktywnie.  Mam wrażenie, że my, społeczeństwo dumne i zmotoryzowane, moglibyśmy tego nie wytrzymać.

"Jak to? bez samochodu?". Kolega powiedział mi, że zwyczajnie potrzebujemy czasu powiedzmy nie dwóch, a pięciu dekad, by dojść do takiego etapu, kiedy ograniczenie ruchu samochodowego nie będzie równoznaczne z zamachem na czyjąś wolność, czy fanaberią "ekolewaków". Potrzebujemy też sporo czasu, by przekonać władze dużych miast, że to się opłaca. Opłaca się inwestować w rozwój sieci komunikacji miejskiej Z GŁOWĄ. Mnie się wcale nie podoba to, że w autobusie z Domaniewskiej do metra o godzinie 16:00 człowiek czuje się jak sardyna w puszce wrzuconej do pieca krematoryjnego, albo skazaniec we wnętrzu "Żelaznej dziewicy". Nic a nic. Podobałoby mi się, gdyby ktoś wpadł na pomysł poprowadzenia szybkiego, bezkolizyjnego połączenia TRAMWAJOWEGO. Nowego - hen z tego "Mordoru na Domaniewskiej" nie tylko do stacji metra Wierzbno (co już mamy) ale i do stacji metra Służew. Taka fanaberia. Więcej takich fanaberii można by wypisywać w komentarzach, założę się, że w wielu polskich miastach przydałoby się więcej planowanych z głową inwestycji w rozwój komunikacji publicznej, a mniej tych tamtych tras, ale zawsze mogę się mylić. Bo jestem naiwną egoistką żyjącą w czteroosobowym gospodarstwie domowym. Bez samochodu.