Molestowanie seksualne we wspólnocie misyjnej. ''Im bardziej ufasz obcym, w tym większym niebezpieczeństwie są twoje dzieci''

Jest energiczna, uśmiechnięta i otwarta. Patrząc na jej zachowanie i sukcesy, aż trudno uwierzyć, że w młodości Christina Krüsi padła ofiarą molestowania seksualnego. Jej książka ?Raj był moim piekłem? stała się jednak dobitnym świadectwem brutalnych zdarzeń, które miały miejsce podczas misji w Ameryce Południowej.

Napisałaś książkę, która nikogo nie pozostawi obojętnym. Opisałaś w niej rzeczy, o których wielu ludzi wolałoby nigdy nie przeczytać. Dzieciństwo spędziłaś z rodzicami, tłumaczami Biblii, we wspólnocie misyjnej w boliwijskiej dżungli. "Raj był moim piekłem" to próba rozliczenia się z przemocą seksualną, której tam doświadczyłaś ze strony pedofilskiej szajki. Czy spotkania promocyjne nie są w tej sytuacji niczym rozdrapywanie starych ran?

- To są rzeczy, do których człowiek potrafi się przyzwyczaić. Mnie pomaga jedna myśl - kiedy promuję swoją książkę, mogę dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Trzeba pamiętać, że jeśli nie dotrę do publiczności, nic się nie zmieni w społeczeństwie. Właściwie to jestem wdzięczna za te wszystkie okazje, kiedy mogę się spotkać z ludźmi i opowiadać. Niekiedy odnoszę wrażenie, że mnie znacznie łatwiej jest mówić o tym, niż dziennikarzom o to pytać.

Łamiesz tabu. U nas w kraju o takich sprawach lepiej nie rozmawiać. Mogą być kilkudniową sensacją w mediach, ale potem na wszystko spada zasłona milczenia. Jak jest w twojej rodzinnej Szwajcarii?

- Może pięć lat temu było podobnie, ale ludzie zaczęli pisać książki, rozmawiać publicznie o tym, że to nie jest dobra sytuacja, kiedy społeczeństwo nie dba o swoje dzieci, kiedy każe im w milczeniu znosić cierpienie. Dzieci to przyszłość, a jeśli takie rzeczy będą się działy, to nasza przyszłość nie będzie dobra. Staramy się też przygotowywać naszych nauczycieli. Nauczyciele są świetnie opłacani i cenieni - w naszym kraju ludzie uwierzyli wreszcie, że dobra edukacja to dobra przyszłość dla całego społeczeństwa. Im mocniej pomagamy naszym dzieciom i wspieramy je w trudnych chwilach, tym silniejsze będzie to społeczeństwo.

Christina Krüsi (fot. Nic Bruni)Christina Krüsi (fot. Nic Bruni)

Kiedy poczułaś, że twoja historia powinna zostać spisana?

- Ja nigdy nie chciałam napisać książki, właściwie to miałam poczucie, że to jest bagno, w które nikt nie będzie chciał wdepnąć, bo po co? Potem moja przyjaciółka powiedziała, że spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność, że przeszłam przez piekło, ale nie jestem upośledzona, nie jestem inwalidą żyjącym z zasiłków, nie trwam w patologii, pracuję, skończyłam studia, założyłam rodzinę, wychowałam dwóch cudownych synów. To jeden powód, drugi jest taki, że nie mogłam iść do sądu. Kiedy odważyłam się zmierzyć z własną przeszłością, było już za późno. Minęło dwadzieścia lat, po dziesięciu sprawa ulegała przedawnieniu. Początkowo zdenerwowałam się. Myślałam o tym, co mogę zrobić, by choć trochę zmienić świat. Napisałam książkę.

Czytanie "Raju... " to nie jest nawet policzek w twarz, to raczej seria solidnych dźgnięć w brzuch. Kiedy to czytam, jest mi przykro, mam mdłości i wzbiera we mnie złość. Po wszystkim zaś zastanawiam się, co było dla ciebie najtrudniejsze w pisaniu?

- Przeszłam długi proces leczenia. Nie poszłam na terapię, bo nie znalazłam żadnego terapeuty, który nie zacząłby płakać, kiedy słyszał moją historię. Musiałam sama to wszystko przepracować: malowałam, uprawiałam sport i robiłam notatki. Kiedy zaczęłam pisać, zauważyłam, że są lata, które mogę streścić bez kłopotu, po czym nadchodzą momenty, w których nie mogę powstrzymać łez. Wiedziałam, że najtrudniej będzie przekonać ludzi do historii z niemowlakiem.

Długo się zastanawiałam, czy powinnam opisywać cały rytuał czy nie. Okazało się, że nie tylko ja pamiętam to zdarzenie, gdy kapłani wywlekli nas z osady i kazali pić krew niemowlęcia. Jest nas czwórka, czwórka dorosłych ludzi, którzy jako dzieci przeżyli to piekło, nie tylko byli molestowani seksualnie, ale też uczestniczyli w dziwnym obrzędzie, którego opis brzmi nieprawdopodobnie - za to każdy z nas dokładnie pamięta jego detale. Ludzi w maskach, zabijanie dziecka, picie krwi. W dorosłym życiu spotykałam kolejne osoby, które w dzieciństwie były seksualnie wykorzystywane przez inną grupę misjonarzy, również uczestniczyły w takim rytuale. Kiedy już wszystko opisałam i ukazała się moja książka, odezwała się do mnie następna czwórka świadków. Było nas już dziesięcioro, miałam więc pewność, że to nie były wyłącznie moje rojenia. Wyobraź sobie, że nawet w Szwajcarii przychodzili do mnie kolejni dorośli ludzie i pokazywali swoje nacięcia pod kolanami - mówili, że to wszystko, o czym napisałam, działo się także w Europie.

Wiesz, co jest dla mnie najstraszniejsze w twojej historii? To, że nie byłaś wcale zaniedbanym dzieckiem. Twoi rodzice zdawali się uważać na was, pilnować, byście dobrze się uczyli, nie szwędali nigdzie po szkole, więcej czasu spędzali w domu, a jednak byłaś regularnie wykorzystywana seksualnie. To mną mocno wstrząsnęło...

- Tak to działa. Nasza historia to historia dzieci należących do grupy misyjnej, gdzie wszyscy są bliscy, wszyscy są wujkami i ciociami, wszyscy sobie ufają, jest jedność. I nagle okazuje się, że twój najlepszy przyjaciel gwałci regularnie twoją sześcioletnią córkę. To jest policzek w twarz. Teraz, jako dyrektor szkoły, wiem, że dzieje się to wszędzie. Niezależnie od tego, w jakiej grupie społecznej dzieci dorastają - pojawiają się ludzie, którzy mają poczucie totalnej bezkarności wobec dzieci. To jest ostrzeżenie, które też chciałam wysłać rodzicom - im bardziej ufasz obcym, a nie swoim dzieciom, w tym większym niebezpieczeństwie są twoje dzieci.

Ty sama jako dziecko byłaś zbyt przerażona i zastraszona, by powiedzieć całą prawdę własnej matce.

- Dlatego powtarzam wszystkim rodzicom: słuchajcie swoich dzieci i obserwujcie je! Patrzcie, jak się zmieniają. Zanim zostałam pierwszy raz wykorzystana seksualnie, mówiłam płynnie i jasno formułowałam myśli. Po pierwszym gwałcie z dnia na dzień zaczęłam się jąkać, mówić niewyraźnie, przestałam się koncentrować, zaczęłam obgryzać paznokcie, nie umiałam już składnie czytać. To są zmiany, które powinno się zauważać, nie wolno ich ignorować. Obserwuj, słuchaj, ucz dzieci, jak mówić o swoich emocjach. W swojej szkole prowadzimy program profilaktyczny, w ramach tego programu uczymy dzieci, jak mają mówić o swoich emocjach. Uczymy, że "Nie czuję się dobrze mamo" to często za mało, że trzeba umieć nazwać to, co się czuje. Warto nazywać po imieniu złość, zazdrość, strach i niechęć. Warto uczyć dzieci, by umiały mówić, że czasem się boją, że nie podoba im się towarzystwo tego czy innego dorosłego. Uczymy także tego, by dzieci umiały powiedzieć, że pewne zachowania dorosłych mogą być niewłaściwe i to także trzeba umieć nazwać. "Mamo, on podszedł do mnie za blisko, nie lubię, kiedy dotyka mnie w ten sposób".

Myślisz, że następują zmiany, że współcześni rodzice bardziej zwracają uwagę na to, co czują ich dzieci, i chętniej ich słuchają?

- Myślę, że to kwestia edukacji. Dlatego uważam, że edukacja szkolna jest taka ważna. Ludzie powoli zdają sobie sprawę z tego, jakie koszty ponosimy wszyscy, kiedy zaniedbujemy dzieci. Kosztuje rehabilitacja, opieka psychiatryczna, kosztuje opieka socjalna. Ludzie, którzy zostali skrzywdzeni w dzieciństwie, nie radzą sobie w życiu, często też całą odpowiedzialność za swoje życie przerzucają na innych, wciąż wyciągając ręce po pomoc. Lepiej jest zapobiegać, słuchać, uwrażliwiać rodziców i uczyć dzieci. Im lepiej zaopiekujemy się naszymi dziećmi, tym lepsza będzie nasza przyszłość.

Mówisz o bezradności osób wykorzystanych seksualnie w dzieciństwie, o tym, że one często chowają urazę i mają roszczenia wobec całego społeczeństwa, ale ty taka nie jesteś. Zbudowałaś siebie na nowo, jesteś chyba silną osobą?

- Raczej może chodzić o to, że jestem niesamowicie zdyscyplinowaną osobą. Trzymam się w ryzach. Miałam w swoim życiu szansę, by się zmienić. Mogłam wybrać łatwą ścieżkę, usiąść, płakać i mówić, że jestem skrzywdzona i nie mogę normalnie żyć, dajcie mi pieniądze. W Szwajcarii mamy bardzo dobry system socjalny, mogłabym z tego korzystać, miałam do tego ustawowe prawo jako ofiara gwałtów. Zdałam sobie jednak sprawę, że są trzy rzeczy, które muszę przepracować, jeśli chcę wyrwać się z układu, w którym jestem ofiarą. Po pierwsze, postanowiłam, że nie będę się nad sobą użalać, żadnego "Dlaczego ja? Och, biedna mała ja, której nikt nie chciał słuchać...". Spisałam to wszystko i powiedziałam dość! Koniec! To by było na tyle. Po drugie, nie zamierzałam nikogo winić, zwłaszcza moich rodziców, Boga i misji chrześcijańskiej. Nikogo. Wzięłam za siebie odpowiedzialność, postanowiłam pokazać wszystkim, udowodnić misjonarzom, gwałcicielom i tym, którzy mnie wtedy nie słuchali, że nie przejęli kontroli nad moim życiem, że to ja mam nad nim kontrolę i potrafię działać mimo tego, co mi robili. Po trzecie, nie tolerowałam żadnych wymówek ze swojej strony, żadnego "Nie pójdę uprawiać sportu, bo mam pod kolanami blizny zrobione przez gwałcicieli, mam traumę, boję się biegać", "Nie pójdę na studia, bo nie dam sobie rady, bo byłam molestowana i nie umiem normalnie żyć". Nie i koniec. Pójdę na studia, będę się uczyć i zostanę dobra studentką, będę uprawiać sporty i pchnę swoje życie na drogę, która odpowiada MNIE. Spisałam sobie to wszystko. Im częściej powtarzałam, że jestem kowalem swojego losu, tym mocniej wierzyłam w to, że mimo tego, co spotkało mnie w dzieciństwie, mogę mieć kontrolę nad swoją przyszłością. Wiem, że nie każdy by tak umiał.

Brzmi to jak bardzo trudne zadanie.

- I jest trudne. Przede wszystkim trzeba pewnego wysiłku intelektualnego, by się udało. Musisz być mądralą, by umieć wygrać z samym sobą, by umieć samemu sobie wytłumaczyć, co ma negatywny wpływ na twój rozwój, i znaleźć słuszne argumenty na odcięcie tego od siebie. Musisz być też osobą ciekawską, dociekliwą, kimś, kto lubi rozwiązywać zagadki - na przykład takie "Jak mogę to przekuć na własny zysk", przede wszystkim ten niedosłowny. Jak sprawić, by słynne motto "Co cię nie zabije, to cię wzmocni" faktycznie działało i napędzało do zmiany na lepsze.

Ważne jest też umieć wybrać odpowiedni cel, który będzie motywował do tej zmiany. To może być cel wewnętrzny, ale też jakieś działanie, które przysłuży się całemu społeczeństwu. Za każdym razem, kiedy upadałam, wstawałam, by przypomnieć sobie o tym, po co robię to wszystko i co chcę osiągnąć. Do dziś upadam i do dziś muszę sobie przypominać o priorytetach. Napisałam książkę także po to, by pokazać, że choć moja przeszłość była prawdziwie ekstremalna, to i tak udało mi się przetrwać i "wyjść na ludzi". Po tym, jak ukazała się moja książka, odbierałam tysiące e-maili z podziękowaniami, wśród tych tysięcy listów nie było za to ani jednego negatywnego e-maila, ani jednego nienawistnego czy obraźliwego słowa pod moim adresem, za to dużo opowieści o tym, że już sama historia mojego życia pomogła komuś.

Christina Krüsi (fot. materiały prasowe)Christina Krüsi (fot. materiały prasowe)

To wspaniałe, bo widzisz, często się powtarza scenariusz, w którym ofiara przemocy seksualnej staje się winną w oczach społeczeństwa. Osoby zgwałcone potrafią usłyszeć nie tylko na policji, ale i we własnym domu, że same sprowokowały sprawcę - ubraniem, spojrzeniem, decyzją o spacerze w takie czy inne miejsce. "To twoja wina, że masz to ubranie, to spojrzenie, ten uśmiech"...

- Warto mieć świadomość, że to nie jest tylko lokalny problem waszego kraju. W Szwajcarii toczyliśmy długi bój o to, by nie oskarżać ofiar przemocy seksualnej o prowokowanie gwałcicieli. Tym bardziej że według statystyk jest duże prawdopodobieństwo, że osoba wykorzystywana seksualnie nie tylko wpadnie w depresję, ale będzie mieć myśli samobójcze czy wręcz będzie próbowała się zabić. Miałam w szkole dziewczynkę, która zachowywała się w sposób, który wywołał moje podejrzenia, okazało się, że faktycznie, padła ofiarą gwałtu. Gwałcił ją własny dziadek, w jej domu. Przyszła do nas po pomoc, nie odrzuciliśmy jej, wysłuchaliśmy jej historii, udało się nam jej pomóc, poskładać, przepracować wszystko tak, by nie obwiniała siebie, by odnalazła siłę, by dalej potrafiła żyć mimo wszystko. Wracamy tutaj do kwestii nauki słuchania innych, nie oceniania, nie nagonki, ale słuchania i pomagania, bo to jest kluczowe. Sprawcy powinni zostać ukarani, ale za mało wysiłku wkładamy w to, by wspierać ofiary. Według badań 2 proc. społeczeństwa szwajcarskiego to ofiary przemocy seksualnej, jeśli nie będziemy robić niczego, spirala przemocy będzie się powoli nakręcać. Musimy mówić głośno i często, że wykorzystywanie seksualne to łamanie prawa, że gwałt to nie jest jakieś tam "wykorzystanie okazji", tylko że tak nie wolno. Nie i koniec. Nie wolno tego tematu tabuizować! Nie wolno takich spraw zamiatać pod dywan.

Co jeszcze przekazujesz swoim podopiecznym?

- Opowiem ci taką historię. Mieliśmy w szkole chłopca, pewnego dnia jego wychowawca zauważył, że chłopiec stoi przed szkołą i nie chce wyjść, mimo że lekcje skończyły się już dawno. Kiedy wychowawca poprosił ucznia, by wracał do domu, ten stanowczo odmówił. Wychowawca poszedł po innych nauczycieli, żadne próby namówienia dzieciaka do tego, by się ruszył spod szkoły, nie zadziałały. Na koniec nauczyciele przyszli do mnie i powiedzieli, że chłopiec stoi od godziny pod szkołą i nie ma żadnego sposobu, by go zmotywować do ruchu. Zeszłam, choć po drodze w głowie kłębił mi się milion myśli, właściwie nie wiedziałam, jak zagadać do tego nieszczęsnego dzieciaka, co zrobić, żeby mu pomóc. Koniec końców zadałam mu jedno, jak się okazało, ważne pytanie: "Czego potrzebujesz, by wrócić do domu?". Oburzył się, krzyknął, że nie potrzebuje niczego, że problem jest gdzie indziej. Powiedziałam mu, że wiem, iż nie to jest problem, ale może mi opowiedzieć o tym, dlaczego nie chce iść do domu, że mu wierzę i że wierzę w niego i w jego siłę. Spojrzał na mnie, a jego wzrok mówił jedno - nikt nigdy wcześniej nie powiedział mu, że w niego wierzy i że wierzy w jego słowa. Po tej rozmowie chłopiec wrócił do domu, a następnego dnia rano przyszedł do mojego gabinetu i opowiedział mi o swoich problemach, zorganizowaliśmy dla niego wsparcie psychiatryczne, pomogliśmy mu.

Zdałam sobie sprawę, że największym problemem większości młodych ludzi, niezależnie od tego co im się przydarzyło, czy ich problemy były małe czy duże, była bariera, która odgradzała ich od dorosłych. Młodzi nigdy nie słyszeli od rodziców, że rodzice im wierzą i ufają bezwarunkowo. Mnie powiedziała to przyjaciółka.

Myślę, że rodzicom jest bardzo trudno dać dziecku ten jasny przekaz - "Wierzę w ciebie i ufam ci" - zwłaszcza, kiedy społeczeństwo wywiera na rodziców presję, wokół pełno "życzliwych" osób, które wciąż pouczają rodziców albo krytykują ich, podkopując tym samym wiarę samych rodziców we własne działania i decyzje.

- I to chyba kluczowy problem - rodzice, którzy nie mają wiary w siebie, nie są w stanie wychować pewnych siebie dzieci. Rodzice zbyt rzadko mówią swoim dzieciom: "To twoje życie, jesteś za siebie odpowiedzialny, ty decydujesz o sobie, ale zawsze możesz liczyć na moje wsparcie". Mój syn wcale nie robił tego, co marzyliśmy sobie, by robił, niekiedy błądził, ale na koniec zaszedł zdecydowanie dalej niż ja czy jego ojciec, czemu miałabym więc osądzać czyny mojego dziecka? W Szwajcarii mówimy: "Największą mądrością jest obserwować bez osądzania".

To dopiero jest wyzwanie!

- Ale cały czas ćwiczymy, by obserwować, ale nie oceniać innych po tym, jak są ubrani, jak się zachowują, jak wyglądają. Myślę, że to jest zmiana, którą musi przejść całe społeczeństwo.

(fot. archiwum prywatne)Dokumentacja i materiały zebrane przez Christinę (fot. archiwum prywatne)

W twojej książce jest ciekawy rozdział, w którym wspominasz moment, gdy już jako dorosła kobieta opowiedziałaś wszystko swojej matce, a ona zaczęła się nad sobą użalać...

- To bardzo ludzka reakcja, to całe: "Odebrali mi moje dziecko i skrzywdzili je... biedna JA". Moja matka w tym poczuciu, że choć opiekowała się mną tak dobrze i starała się nas pilnować, komuś jednak udało się mnie skrzywdzić - i to nieraz, a ona w dodatku była głucha na moje prośby o pomoc - cóż... nie jest odosobniona. Wiele osób reaguje w podobny sposób. I to było dla mnie chyba najtrudniejsze do przepracowania. Przede wszystkim nie mogłam wtedy uwierzyć, że moi rodzice zareagowali właśnie w taki sposób, ja potrzebowałam ich wsparcia, tymczasem okazało się, że to oni potrzebują mojego wsparcia. Absurd, prawda?

To był koszt wydania książki... Straciłam rodziców.

Jak to się stało?

- To ciekawe, bo krótko po premierze wciąż jeszcze utrzymywaliśmy kontakt, rozmawialiśmy ze sobą. Rodzice przeczytali książkę przed publikacją, mieli wpływ na jej treść, wiele rzeczy zmieniłam tak, by nie urazić ich i nie opowiadać zbyt dużo o naszej rodzinie. W kilku miejscach ukryłam tożsamość mojej matki, na przykład w scenie z klasy szkolnej, gdy posikałam się ze strachu. Kilka dni po premierze rodzice się załamali. Powiedzieli: "Nie chcemy tej książki, nie podoba się nam, nie napisałaś ani słowa o tym, że uleczył cię Jezus". Dogmaty przesłoniły im wszystko inne. Choć napisałam wyraźnie, nawet na tylnej stronie okładki, że wciąż wierzę w Boga, to nie było dla nich wystarczające. Zerwali ze mną kontakt. Może któregoś dnia ich odzyskam...

Ty zbudowałaś własną rodzinę, urodzenie dzieci było dla ciebie wyzwaniem?

- Pierwszym krokiem było odzyskanie własnej seksualności. Trudno jest nie bać się zbliżenia. Jestem też rozwiedziona, rozstaliśmy się z pierwszym mężem przede wszystkim dlatego, że najpierw zostaliśmy zmuszeni do małżeństwa. To nasi rodzice zadecydowali, że musimy wziąć ślub. Mój były mąż to cudowny człowiek, wciąż jest moim przyjacielem, lubi się z moim obecnym mężem, spotykamy się na kawę albo piwo, rozmawiamy o życiu, ale niestety, nie pasowaliśmy do siebie kompletnie. Ja miałam inne priorytety, a on inne, nasze oczekiwania wobec związku dwojga ludzi były tak kompletnie różne, że nie sposób było je ze sobą pogodzić.

By pogodzić się z samą sobą, używałaś sztuki, prawda?

- Tak, malowanie obrazów było moją terapią. Kiedy czułam, że muszę coś przemyśleć, uporać się z nawracającymi duchami przeszłości, schodziłam do piwnicy, puszczałam muzykę bardzo głośno i malowałam. Co ciekawe, po jakimś czasie, kiedy zakończyłam terapię, skończyła się też moja potrzeba malowania. Dopiero później odkryłam, że moje malowanie nie musi się wiązać wyłącznie z wyrzucaniem z siebie złych emocji. Dziś maluję więc inne obrazy niż kiedyś. Ciekawe jest też to, że są na świecie galerie, które chcą to pokazywać, więc moje prace jeżdżą po świecie.

A jak jest z książką, na ile języków została przetłumaczona?

- Zdziwisz się, ale to jest tak, że moja książka ukazała się na rynku niemieckojęzycznym w ubiegłym roku, chwilę później trafiła do polskiego tłumacza, więc zadziałaliście bardzo szybko. W przyszłym roku przygotowujemy wersję angielską. Potem Norwegia i Szwecja. Powiem szczerze, że nigdy nie przypuszczałam, że ktokolwiek będzie chciał tłumaczyć moje teksty i wydawać je w innych krajach, że potem będę mogła tam jeździć i poznawać fantastycznych ludzi. Niesamowicie się cieszę, że mogłam przyjechać do Polski. Jestem tu pierwszy raz i powiem ci, że robi na mnie wrażenie ten kulturalny konglomerat, to, jak bardzo złożona i zagmatwana jest wasza historia, to, jak niesamowicie potraficie się rozwijać między młotem a kowadłem. Kiedy tu jestem, czuję się, jakbym to wszystko pochłaniała niczym gąbka. No i wasz język! Język polski jest wprost niesamowity, jak dobrze jest móc spacerować po ulicach Warszawy i słuchać ludzi mówiących po polsku! Zakochałam się w waszym kraju.

"Raj był moim piekłem" (fot. Katarzyna Konior)

 

Christina Krüsi. Pisarka, malarka, dyrektorka szkoły w Szwajcarii. Pierwsze lata dzieciństwa spędziła we wspólnocie misyjnej w boliwijskiej dżungli, gdzie jej rodzice pracowali jako tłumacze Biblii. Horror rozpoczął się, gdy w przerażającym rytuale Christina została naznaczona jako "wybrana". Wydarzenia z dzieciństwa i historię zmagania się z potwornymi wspomnieniami opisała w książce "Raj był moim piekłem".