Prezent od państwa: fińskie pudełko dla dzieci

Gdzie można w Finlandii znaleźć bobaska? W kapuście? Nie, ale prawie. W pudełku. Bowiem matki otrzymują od państwa zapakowaną w eleganckie pudełko wyprawkę dla niemowlęcia. Jakby to mogło wyglądać w naszym kraju?

Po raz kolejny trafiam w mediach na materiał poświęcony fantastycznej tradycji kultywowanej w Finlandii. Od lat 30. matki, najpierw te gorzej sytuowane, a obecnie wszystkie, otrzymują od państwa zapakowaną w eleganckie pudełko wyprawkę dla niemowlęcia: ubrania, kombinezon zimowy, środki do pielęgnacji, gryzak, książeczkę itd. (można też wybrać zasiłek gotówkowy, ale wartość wyposażenia pudełka go przewyższa, więc w praktyce większość rodziców decyduje się na kartonik z niespodziankami). Jedyny warunek jego otrzymania jest podobny do wymogu towarzyszącego polskiemu becikowemu - opieka lekarza lub położnej podczas ciąży. I już. A najciekawsze, że samo pudełko, wyposażone „fabrycznie” w materac, może posłużyć dziecku jako pierwsze łóżeczko. Ten pomysł na wyprawkę w praktycznym, przyznacie, opakowaniu, sprawił, że w dość biednej niegdyś Finlandii znacznie zmniejszyła się śmiertelność noworodków - badania medyczne plus odpowiednio dobrane wyposażenie pudełka, ułatwiające dbanie o potomka, plus kartonowe łóżeczko, które pozwoliło maluchom wyemancypować się ze średnio bezpiecznych, rodzinnych legowisk.

Ale nosidełka nie dali... (Fot. Wikipedia CC)Ale nosidełka nie dali... (Fot. Wikipedia CC)

Niemowlęce pudełko po ponad 75 latach ciągłego funkcjonowania jest obecnie narodową instytucją, artefaktem pomagającym kobietom przygotować się na moment przejścia w stan macierzyński. Finki mówią, że jego otrzymanie jest ważną chwilą, pokoleniowym rytuałem, czasami cała rodzina czeka z radosną ekscytacją, żeby zobaczyć jak zawartość pudełka prezentuje się obecnie - jego skład zmienia się z latami, podążając za trendami rodzicielstwa. Dawno temu kobiety otrzymywały tkaniny, ponieważ ubranka szyły własnoręcznie. W latach 60. pojawiły się jednorazowe pieluszki, potem zniknęły ze względów ekologicznych, tak samo jak smoczki i butelki - postanowiono promować karmienie piersią. Co roku zmienia się kolorystyka ubrań - ale zawsze są one estetyczne i uniwersalne (nie ma niebieskich i różowych pudełeczek, wyobraźcie sobie, że przeglądając materiał zdjęciowy nie natknęłam się też na misiaczki brodzące w tęczy). Podoba mi się wypowiedź jednej z mam, która twierdzi, że fajne jest iść ulicą i patrząc na kombinezony, myśleć: „Rocznik 2013”, „2010”, „Rówieśnik mojego syna”.

I to w „fińskim pudełku” zachwyca mnie najbardziej - nie słodkie zdjęcia bobasków śpiących w dizajnerskich kartonikach, ale jego jednocząca społeczeństwo funkcja, która w dodatku jest starannie przemyślana i koordynowana. Pudełko nie stało się symbolem przypadkowo. Od początku miało przesłanie równościowe - dajmy dzieciom dobry, jednakowy start, niezależnie od dochodów ich rodziców, niezależny od płci. Każdemu z nich należy się czyste miejsce do spania, ciepły kombinezon na zimę i edukacyjna zabawka. Każde z nich jest w oczach państwa tak samo wartościowym obywatelem lub obywatelką. Stwórzmy wokół macierzyństwa radosną, wielopokoleniową, kreującą więzi tradycję, pokażmy młodym matkom, że cieszymy się ich dziećmi i chcemy, żeby było im dobrze.

Fińskie maternity box - zawartośćFińskie maternity box - zawartość (Fot. http://www.kela.fi/)

Szkoda, że nic takiego nie dzieje się w Polsce. Kiedy urodziłam swoje pierwsze i ostatnie dziecko przez samym wypisem do sali wpadła położna i konspiracyjnie rozdała ankiety do wypełnienia, mówiąc, że dostaniemy za nie pudełko z prezentami. Nieco zmięta porodem i okolicznościami towarzyszącymi pragnęłam prezentu, a jakże, wypełniłam więc świstek, sprzedałam dane osobowe i już po chwili mogłam się cieszyć „Happy Baby Box” (czemu po angielsku? Nie wiem), w którego skład wchodziła niegazowana woda mineralna, saszetki leku na wzdęcia, maleńki jak naparstek pojemniczek z kremem przeciwko odparzeniom i tona ulotek reklamowych oraz kuriozalny poradnik dla młodych rodziców, w którym kobietę terroryzuje się laktacyjnie („Jeżeli należysz do odosobnionej grupy tzw. >super nowoczesnych kobiet< i deklarujesz się jako zdecydowana przeciwniczka karmienia naturalnego to też masz, niestety, takie prawo. Masz prawo nie zaakceptować fizjologicznego procesu tworzenia pokarmu przez Twoje gruczoły mleczne. Rozpocznie się on w okresie bezpośrednio poprzedzającym poród. Taki jest bowiem zaplanowany przez naturę porządek rzeczy. Pozbawiasz się zależnego od gry hormonalnej intensywnego przeżywania uczuć macierzyńskich i narażasz na konsekwencje zastoju nie ściągniętego pokarmu. Parafrazując można powiedzieć, że postępujesz tak, jak gdybyś chciała zapewnić swojemu dziecku drogę do wszechstronnego rozwoju wioząc je do tego celu nie mercedesem po autostradzie, ale drabiniastym, konnym wozem po wyboistej, wiejskiej drodze”), a mężczyznę przyucza do roli dobrotliwego opiekuna rozchwianej niewiasty („Zastępuj Mamę, dając jej choć raz w miesiącu >wychodne<, żeby mogła spotkać się z przyjaciółkami, pobiegać po sklepach lub spełnić inne swoje pragnienia, np. obejrzeć jakąś wystawę, czy pokaz. Nie pozwól jej zaniedbywać swojego wyglądu zewnętrznego, nie pozwól na utratę figury i tycie poprzez >podjadanie< pomiędzy posiłkami. Zachęcaj do ćwiczeń fizycznych i gimnastyki. Gdy matka Twojego dziecka będzie zadowolona również ze swojego wyglądu, pozbawiona lęków, pewna stałego oparcia w Tobie, odwzajemni się pogłębieniem uczucia do Ciebie - stanie się po prostu czuwającym nad waszym rodzinnym gniazdem Aniołem. Lepiej przecież żyć z takim Aniołem, niż ze zmęczoną, pełną niepokoju i obaw, zaniedbaną kobietą”).

Poradnik prof. dr hab. n. med. Barbary Kowalewskiej - Kanteckiej firmuje, o zgrozo, Instytut Matki i Dziecka. Dzięki za prezent, szpitalu, Instytucie i liczni reklamodawcy. Bardzo mi się przydał, nic tak nie pomaga w poporodowym dołku jak śmiech (i półlitrowa woda mineralna). Należy jednak pamiętać, że nawet to beznadziejne barachło nie jest dostępne wszystkim kobietom (biorąc pod uwagę merytoryczny poziom broszury, może to i lepiej) - trzeba wypełnić ankietę, za której przyniesienie w zębach marketingowcom położna dostaje pewnie prowizję.

A to historyczna wyprawka z Niemiec (Fot. Wikipedia CC)A to historyczna wyprawka z Niemiec (Fot. Wikipedia CC)

I kiedy tak sobie siedzę i żałuję, że w Polsce pudełka ani śladu, zaczynam się zastanawiać, jak wyglądałoby takie przedsięwzięcie „po naszemu”, w swojskim świecie, gdzie dwie osoby mają trzy zdania na jeden temat, a wygrywa opinia kuzyna szwagra (i jego firma).

Dziecko w pudełku? Jak jakiś królik? Moje nie będzie w czymś takim spało, mam tutaj dębową, rodową kołyskę z herbem i adamaszkowym prześcieradłem, w tekturze niech śpi to brzydkie niemowlę sąsiadki.

Ubranka unisex? A kto to widział? Nasza niunia musi mieć różowe, ona tak lubi różowe i jeszcze z falbanką i kokardką, poza tym dlaczego moje dziecko ma być ubrane tak samo jak wszystkie inne? Ono jest wyjątkowe!

Kosmetyki do pielęgnacji skóry? Nie, czuję, że moje niemowlę będzie atopowe-nietypowe, poza tym zamierzam kąpać je tylko w krochmalu, a to nieładnie pachnie, a to nie robi pianki, mogliby dać coś lepszego, ale pewnie najtańsze było, przeterminowane, z silikonu i parabenu, wiadomo.

Książeczka? W zeszłym roku pojawiła się Pierwsza Książka Mojego Dziecka, w zamyśle zachęcająca rodziców do wspólnej z potomkiem lektury i odkrywania uroków tejże. Jednak publikacja nie zachwyciła środowisk związanych z projektowaniem graficznym i literaturą dziecięcą, które wystosowały list otwarty do Ministerstwa Kultury, sugerując, by następnym razem zatrudnić przy takim przedsięwzięciu profesjonalistów (na stronie fundacji „Cała Polska czyta dzieciom” można pobrać plik pdf i ocenić samemu poziom kiczu). Jednak natychmiast rozległy się też głosy z mojego ulubionego chóru: to dla dzieci, jest kolorowe i wesołe czyli z automatu dobre, dzieci lubią kolorowe, dzieci lubią wręcz brzydkie, nie zabraniajmy dzieciom brzydkich książek, bo z kogo wyrosną potem obojętni na jakąkolwiek estetykę dorośli? Tak czy inaczej, o „Pierwszej Książce...” przez chwilę było głośno, a kiedy pytam znajomych, którzy w ubiegłym roku zostali rodzicami „Czy otrzymaliście takie coś?” odpowiedź brzmi: „Co? Jaką książkę? Nieee”. A miało być tak pięknie.

Poza tym pudełko dla wszystkich? Naprawdę? No, bez przesady. Niech dostaną tylko te matki, które urodziły właśnie piąte dziecko w czwartym kwartale i mają dochód poniżej 150 zł brutto na głowę na członka rodziny, i niech przyniosą na potwierdzenie trzynaście papierków, w tym lakmusowy, znaczek skarbowy i kikuty wszystkich pępowin. Inne matki niech zazdroszczą i plują jadem na forach, po co się mają kobiety solidaryzować przesadnie.

Poza tym, my w Polsce mamy na dzieci beczki.

foch