8 rzeczy, na punkcie których jesteśmy przewrażliwieni

Nie trzeba mieć szczególnie cienkiej skóry, nawet najbardziej zaprawieni wojownicy życia mają w pancerzu miejsca lekko przetarte, podatne na cios. A ciosy są dwojakie: jesteśmy przewrażliwieni w kwestiach ogólnych, o których niechętnie mówimy w wymiarze społecznym, ale też każdy ma własne, drobne, różowe achillesowe piętki, w które łatwo przypadkiem ugodzić.

„Każdy się wstydzi. Każdy się wstydzi trzech rzeczy. Że nie jest ładny. Że za mało wie. I że niewystarczająco dobrze radzi sobie w życiu” - pisze Małgorzata Halber w wydanym niedawno „Najgorszym człowieku na świecie”. A za wstydem idzie często przewrażliwienie. Drobne uwagi robione przez ludzi, którzy zazwyczaj nie mają nic złego na myśli - ot, plotą co im ślina na język przyniesie - urastają do złośliwości rozpamiętywanych przed zaśnięciem. Nieznaczące zdania w rozmowie potrafią dręczyć tygodniami. Czasem to my palniemy coś bez sensu i we własnych oczach spadamy z piedestału arbitra elegancji i taktu w piwniczne czeluści, zamieszkiwane przez gburowatego gnoma, czempiona fałszywych kroków.

Między wrażliwością a przewrażliwieniem / wikicommons.orgMiędzy wrażliwością a przewrażliwieniem / wikicommons.org

Oto mapa punktów wrażliwych, których naciskanie może wywołać nieprzyjemne wrażenia na obu krańcach kanału komunikacyjnego.

1. Tytulatura

Oczywiście wszyscy pracujemy poniżej swoich możliwości i kompetencji, to wiadomo. Dlatego kiedy już doczołgamy się do tego wymarzonego awansu, doktoratu, habilitacji (czy są tacy na sali?) czy innego progu kariery, umożliwiającego dopisywanie sobie przed nazwiskiem literek - biada temu, kto o nich zapomina. „Magister-inżynier-docent-trzeci-zastępca-kierownika-działu” musi być wszędzie: na kopercie, na podaniu i na tabliczce przed drzwiami. Przydałaby się też osobista pieczątka.

Od blisko siedmiu lat pracuję w państwowej placówce naukowo-kulturalnej, jestem sekretarką i wiem, o czym mówię. Często odbieram telefony od zakłopotanych koleżanek po fachu (zdarzają się też koledzy), które proszą „Wyślijcie jeszcze raz pismo, bo nie zgadza się tytulatura”. Autorytety łatwo chwieją się, gdy brakuje podpórki z literek. Osobną kategorię stanowią ludzie domagający się dopisywania przed ich nazwiskiem „mgr”.

2. Ilość seksu

Żyjemy w czasach kiedy seks pozornie przestał być tabu (ale nadal wstydzimy się rozebrać przed partnerem w pełnym świetle, mówić otwarcie o potrzebach czy domagać się odpowiadającej naszemu poczuciu bezpieczeństwa antykoncepcji i ochrony). Dlatego dobrze w każdej chwili być przygotowanym na niezobowiązujące pytanie: „A ty? Z iloma mężczyznami/kobietami spałaś/spałeś?”. No, i tu trzeba uważać. Niedobrze powiedzieć: „Tylko z mężem i pierwszym chłopakiem, z którym byłam 10 lat”. Nie pomoże wtedy gorączkowe zapewnienie: „Ale raz całowałam się z przyjaciółką!”.

Wypada się trochę niefajnie, staroświecko, romantycznie, koleżanki i koledzy od razu widzą tę półeczkę powieści Musierowicz i ukochaną piżamkę w misie oraz jak otwierasz uda tylko w pozycji misjonarskiej. Ale niedobrze też przestrzelić i wycedzić: „Przestałam pamiętać w 2011”, albo wdać się w długie wyliczenia: „Zaraz, a ostry petting z nieznajomym liczy się już jako seks?”. Kobieta która uprawa za dużo seksu, szczególnie poza związkiem, w większości wypadków nadal zostanie zakwalifikowana jako a) puszczalska b) zagrożenie dla stałych par, bo faceci lecą na takie łatwe okazy c) głęboko zraniona dziewczyna, która seksem musi coś sobie - i innym - udowadniać. Pozytywnej narracji nie ma.

Pomijając to, jak bardzo uda się wyjść z tarczą z takiego testu w przyjacielskim gronie, i tak będziemy zastanawiać się pod wieczornym prysznicem: „Czy trzech to za mało? Czy 20 to za dużo?” Proponuję uznać, że było jak było i nie ma co się przejmować, ponieważ (zazwyczaj) zostało nam jeszcze trochę życia i zawsze można odkurzyć swoje intymne części i marzenia.

3. Zarobki

Chcesz uderzyć we wrażliwe miejsce niemalże każdego? Zapytaj otwarcie, ile zarabia. Kobra wylazła z koszyka, ogary poszły w las, tej puszki Pandory nie da się już zamknąć. Osoba zapytana w kilka sekund przeżywa wszelkie możliwe tortury: dlaczego ten temat został poruszony? Przecież o pieniądzach się nie rozmawia! A mogła zapytać, ilu miałam kochanków! Po co jej potrzebna taka wiedza? Komu o tym powie? Oczywiście niedobrze jest zarabiać za mało - to podkopuje nasz prestiż i poczucie wartości. Jakieś nędzne grosze na śmieciówce, może jeszcze chałupnicze skręcanie długopisów? W życiu tego nie powiem, wszakże zajmuję się „poszukiwaniem satysfakcjonującej ścieżki rozwoju osobistego, pieniądze są mniej ważne”. Jakieś nędzne grosze na państwowym etacie? Hm, może dodam, że praca łatwa i „trzynastka” w grudniu i ach, umowa na czas nieokreślony.

Ale zarabiać za dużo też nie wypada. Właściwie to nawet gorzej. W Polsce każde przyznanie się do tego, że owszem, można posłać dziecko do prywatnego przedszkola, pojechać na wakacje dwa razy w roku i jadać krewetki o wysokości powyżej dwóch centymetrów w kłębie, wypada podejrzanie. Przecież wszystkim powinno się wieść kiepsko i nie pchaj mi tu w oczy swoich luksusów, bo ja mam chroniczne zapalenie spojówek, a okulista z NFZ-u obejrzy je dopiero za trzy kwartały, lecz co ty możesz o tym wiedzieć, burżujska wraża siło. Należy jednak zauważyć, że w niniejszym modelu przewrażliwienia nie ma miejsca na współczucie dla tych, którym wiedzie się naprawdę źle. Jeżeli ktoś jest biedny, to najwyraźniej sam sobie na to zasłużył. Przecież mógł się uczyć, skończyć studia, zdobyć dofinansowanie z Unii i założyć własny, mały, estetyczny biznes. Proste.

(A tak serio - o pensjach warto rozmawiać, to zbliża i często dezaktywuje szkodliwe mity, na przykład o legendarnych zarobkach szeregowych pracowników agencji reklamowych).

4. Rodzina

Tutaj nie trzeba dużo pisać. Wszyscy wiemy, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu (o ile pamięta się jak trzymać głowę, żeby nie było widać podwójnego podbródka). Na matki, siostry, mężów i ojców głównie narzekamy: toksyczni, niezaradni, zawsze dzwonią w nieodpowiednim momencie i dają dzieciom zakazane słodycze do zjedzenia przed telewizorem. Ale krytyka może wydobywać się tylko z naszych, genetycznie pokrewnych, ust. Gdyby ktoś powiedział, że moja babcia ma brzydki płaszcz (a nie jest on najpiękniejszy), mama za wolno jedzie lewym pasem (a nie jest demonem prędkości), a mąż rysuje przegadane komiksy (ale kiedyś naprawdę je wszystkie przeczytam, obiecuję), to ugotowałabym jego głowę w barszczu i podała z fantazyjnie wykrawaną kalarepą.

To powszechne i nieznośne przewrażliwienie stanowi niestety pozostałość z czasów plemiennych, kiedy należało bronić swojego klanu, na każdym kroku dając drapieżne świadectwo jego prestiżowości i najlepszości, by przyciągnąć potencjalną świeżą krew. Nie wiem, ile tysięcy lat zajmie nam pozbycie się tego społecznego atawizmu.

5. Dzieci

Pochodna poprzedniego przewrażliwienia, temat-rzeka. Nie sposób nawet wyliczyć, na ile sposobów można urazić matki i ojców: myślą, słowem, uczynkiem, zaniedbaniem, spojrzeniem, zauroczeniem - a i to nie wyczerpuje głębi mętnej studni cierpienia. Każdy pamięta medialne dyskusje o wózkach, cyckach, pieluchach, cesarkach, becikowych, bezstresowych, klapsach, chustach i smarkach. Powiem tyle: rodzicielstwo to grząski grunt. Można pewnie przemierzać go z pieśnią na ustach, skacząc po kępkach sitowia, pod warunkiem, że właśnie powiło się szóste dziecko i właściwie to już wszystko jedno (mówię o czysto praktycznym doświadczeniu hodowania niemowlęcia i jego późniejszych wcieleń, finanse to inna sprawa). Ale dzieci zazwyczaj mamy mniej, więc trudno, trzeba eksperymentować na jednostkowym egzemplarzu.

Jest naprawdę wskazane, żeby wszystko udało się od razu i zaowocowało idealnym okazem: czystym, mądrym, spokojnym, ale przenikliwie inteligentnym. Dlatego wszelkie uwagi tak bolą, podkopując niepewne ufortyfikowania wiedzy i doświadczenia. Zdradzę wam, że nie ma co się przejmować, poczucie nieadekwatności płynie z waszego wnętrza, a pani, która w tramwaju narzeka na płaczące niemowlę, jest tylko jego personifikacją. Proponuję umiarkowaną agresję werbalną: „Proszę się nie wtrącać” zawsze brzmi dobrze, a wy macie poczucie, że jednak nie dajecie sobie wejść na głowę. Może nie jesteście aż tak żałosnymi okazami braku rodzicielskiego autorytetu?

6. Drobiazgi, o których nie wie nikt

„Nie mogę malować kresek na powiekach, bo to przyciąga wzrok do brodawki. Jakiej brodawki? No tej, tutaj, mam ją od lat, nie zauważyłeś? Jak to nie widać, bardzo widać, kiedyś ją usunę i będę szczęśliwa, ale póki co jestem brzydkim i pokrzywdzonym wybrykiem natury”.

„Nie lubię odzywać się publicznie, bo seplenię i to psuje przekaz. No seplenię, nie słyszysz? Kasztan, kasztel, kaszanka, Czukcze, żętyca, rzeżączka. Borzecozarzal, tak właśnie mówię. Nie, nie mam miłego głosu. Jest bardzo nosowy, lekarze podejrzewali mnie o trzeci migdał. Kompleksy? Nie, skądże (o, słyszysz, seplenię!), jestem perfekcyjnie pewna siebie i nie boję się mówić do grupy ludzi, co za pomysł! Po prostu patrzę na siebie obiektywnie”.

I tak właśnie całe życie trwamy w wielkim cieniu małych niedoskonałości, o których nikt by nie wiedział, gdybyśmy sami nie złożyli na siebie donosu. Mam tłuste plecy, nie włożę bikini. Mam brzydkie stopy, nie będę nosiła nigdy sandałów. Znacie? Znamy. Więc już naprawdę przestańcie, życie jest dość krótkie, a wasze plecy naprawdę nikogo, ale to nikogo nie obchodzą i czas się z tym pogodzić.

Że niby gdzie źle leży / wikicommons.orgŻe niby gdzie źle leży? / wikicommons.org

7. Starokawalerskie nawyki

Właściwe dla osób, które mieszkały same i nagle utraciły część oznaczonej, wychuchanej przestrzeni na rzecz partnera lub partnerki. Dobrze, powiedzmy, że nawet żywię do tego mężczyzny ciepłe uczucia, ale czy musi zamykać na noc okno, skoro mi jest wiecznie gorąco? Czy musi wciskać cytrynę do kubka z herbatą, skoro wiadomo, że smaczna jest tylko w postaci pływającego plastra? Acha, i w moim domu czuj się jak u siebie, ale tylko jeżeli pamiętasz, że ręcznik do wyschnięcia wiesza się na kuchennym kaloryferze, a nie na wannie. P.S. Jajecznicę jadamy na maśle i szczypiorze, a nie na smalcu i cebuli.

Te przewrażliwienia potrafią doprowadzić do naprawdę potężnych awantur, zasilanych strumieniem „Bo ty zawsze/Bo ty nigdy”. Linia rozumowania jest prosta i zawodna: skoro nie respektuje moich drobnych przyzwyczajeń, nie będzie respektował większych, w dodatku nie słucha, tyle razy mówiłam o cytrynie. Nie słucha, nie kocha. Aż tak proste? Nie. Tylko trudno pamiętać o tym w chwili złości, kiedy po ciężkim dniu chciałoby się wypić tę herbatę dokładnie taką, jak się lubi, podaną przez rycerza w lśniącej zbroi.

Druga dopuszczalna postać cytryny / wikicommons.orgDruga dopuszczalna postać cytryny / wikicommons.org

8. Byli partnerzy

Bardzo dobrze, jeżeli potrafimy się z nimi przyjaźnić i przy szklance lemoniady wspominać same dobre chwile. Ale osiągnięcie stanu pogody zazwyczaj trochę trwa. Na przykład pięć lat. Można też nigdy nie doczołgać się do tego punktu, kurcząc się na każde wspomnienie realnych i wyimaginowanych ran, jakie związek pozostawił na naszych wrażliwych niczym czułki ślimaka duszyczkach. Niechętnie przyjmujemy wtedy niezobowiązujące (czy aby na pewno?) okrzyki znajomych: „A, wiesz, widziałam ostatnio na ulicy twojego eks!”, wraz z kłopotliwym ciągiem dalszym. „Świetnie wyglądał!” - czyli co, rozkwitł odkąd nie jesteśmy razem? Ze mną wyglądał źle? I dlaczego od razu na ulicy, powinien w suterenie przeglądać wspólne zdjęcia i zawodzić z rozpaczy nad utraconym szczęściem, łapiąc gruźlicę. „Strasznie zaniedbany i tak brzydko chodzi, dobrze, że już nie jesteście razem”. Czyli umawiałam się z beznadziejnym pajacem i nikt nie był w stanie mi tego powiedzieć przez tyle czasu. Widocznie uważali, że na lepszego mnie nie stać.

Wskazówka: nasze wybory oczywiście świadczą o nas. Ale bez przesady, partner, były czy obecny, nie jest naszym dziełem. Ani dzieckiem. Jest oddzielną osobą z własnym katalogiem cech, które innym ludziom mogą się podobać bardziej lub mniej. Dlatego lepiej zająć się sobą i cieszyć się, że to nie rodzina (patrz punkt 4). Chyba, że macie wspólne dzieci. Wtedy sensownie jest skupić się nad szybkim przemarszem do dobrych wspomnień i lemoniady.

Wrażliwe na mroźne powiewy krytyki / wikicommons.orgWrażliwe na mroźne powiewy krytyki / wikicommons.org

Mogłabym dopisać kilkanaście kolejnych punktów - zaledwie liznęłam lodowiec kwestii związanych z wyglądem, tym właściwym (ciało) i nabytym (w co je ubieramy). Uwierać mogą też kwestie płciowe („czy właśnie zostałam potraktowana protekcjonalnie ze względu na sukienkę, czy po prostu rozmawiam z burakiem?”), często jesteśmy przewrażliwieni na punkcie popełnionych błędów, czy będzie to zabawna literówka w mailu, czy zapomniane paszporty, po które trzeba się było wracać z lotniska („A pamiętacie, jak przez tę gapę prawie nie polecieliśmy na wakacje? Ha, ha, ha”).

Pewne są dwie rzeczy. Nie warto być przewrażliwionym. Może w tym pomóc pielęgnowanie świadomości, że ludzie naprawdę przywiązują do nas umiarkowaną uwagę i mało obchodzą ich nasze błędy i niedoskonałości. A drugi pewnik jest taki, że bardzo trudno pamiętać o tym w odpowiednim momencie, a na uwagę „Czy ty nie jesteś odrobinę przewrażliwiona?” zareagować inaczej niż fontanną łez złości i rozpaczy.

Olga Wróbel, Foch.pl