Jesteś ciągle na diecie? Gdzie popełniasz błąd?

Nie każdy musi być super szczupły, nie każdy musi mieścić się w S/M, nie każdy musi i chce się odchudzać. Jeśli dieta staje się treścią życia, to prawdopodobnie coś jest nie tak.

Mnóstwo kobiet (a i mężczyzn także przybywa) chce schudnąć. Walczą, z lepszym lub gorszym, ale zawsze tymczasowym skutkiem, z kilogramami czy centymetrami. Początek roku, miesiąca czy nawet poniedziałek kojarzy im się z nowym postanowieniem. Tym razem już się uda, wytrwają i osiągną swój cel. Gubią zbędne kilogramy, a potem... znowu coś idzie nie po ich myśli. I tak w kółko. Brzmi znajomo?

Jestem przekonana, że wiele/u z was zna to z autopsji lub ma wśród znajomych kogoś, kto cały czas jest na diecie, nieustannie się odchudzając. Ja znam takich osób bardzo dużo. Widzę, że są one niczym dietetyczna encyklopedia. Wiedzą doskonale, co ma ile kilokalorii, gdzie są węglowodany złożone, tłuszcze nienasycone, która witamina na co wpływa, jak dieta jest najlepsza przy treningu i tak dalej. Mimo swojej wiedzy (często naprawdę głębokiej i merytorycznej) z niesłabnącym entuzjazmem przechodzą na coraz to nowe diety cud. Raz to dieta owocowa, raz warzywa, później Dukan (o zgrozo!), innym razem dieta niełączenia, ośmiu godzin czy jeszcze inny wynalazek. Czy to nie trochę dziwne?

Z racjonalnego punktu widzenia, ludzie znający tematykę żywienia, niekoniecznie powinni wierzyć, że w ciągu miesiąca pozbędą się dziesięciu (albo i więcej) kilogramów i zamiast przechodzić na kolejną cud-metodę, powinni się raczej skupić na zmianie nawyków na stałe. Przecież na nadwagę pracuje się przez lata, a pozbyć się jej chciałoby się w góra miesiąc. A jednak wiele osób ciągle próbuje nowych diet, cudownych rozwiązań. Nie widzą, że popełniają cały czas ten sam błąd, wykorzystując jedynie troszkę inne narzędzia.

Moim zdaniem to jeden z podstawowych powodów, czemu ludziom nie udaje się schudnąć na dobre. Oczekują szybkiego i trwałego efektu teraz, natychmiast, JUŻ. Najlepiej przy minimum wysiłku i bezbolesnym powrocie do starych zwyczajów. Dietę traktują jako coś od - do. Najczęściej od jednej daty do drugiej. A później - hulaj dusza piekła nie ma - ale ty, drogie ciało się nie zmieniaj! Ani się waż.

Dieta to nie jest coś na chwilę, to sposób odżywiania ciała. Dbając o to, co jemy troszczymy się też o ducha, o dobre samopoczucie, sprawności umysłu. Katowanie się bez przerwy „cudownymi” dietami, a dłuższą metę, może jedynie zaszkodzić. Na wadze może na chwilę liczba będzie mniejsza, ale to nie tłuszcz zniknie, ale woda i trochę mięśni. A im mniej mięśni, tym mniejsze potrzeby energetyczne, a stąd już tylko mały kroczek do spotęgowania efektu jojo. Bez sensu - lepiej popracować nad nawykami.

Konsekwencja to podstawa!Konsekwencja to podstawa!

Problemem bywa też brak silnej woli do tego, żeby wytrwać w postanowieniu zmiany sposobu jedzenia na tyle długo, żeby ten nowy zdążył wejść z krew. Czym tak naprawdę jest brak silnej woli? Moim zdaniem w dużym stopniu brakiem odpowiedniej motywacji. Są ludzie, którzy mają na tyle silną motywację wewnętrzną, że dają sobie radę z trwaniem przy wyznaczonych sobie celach (różnej natury). Z drugiej strony jest także duża grupa, która potrzebuje źródła motywacji z zewnątrz. Może to być wsparcie najbliższych, w postaci chociażby niesmażenia frytek, albo nie zajadaniu się czekoladą przy wspólnym oglądaniu filmu. Mogą to też być wspólne treningi, bieganie, spacery, wypady na zmubę lub relaksującą jogę, zamiast na latte zagryzioną ciastkiem. Ważne żeby zachęcać bliską osobę do dalszej pracy, być nie tyle przykładem, co swego rodzaju motorem do działania. Jeśli pokazujemy naszym bliskim, że też chcemy zdrowo żyć, jeść, ćwiczyć, że to dla nas ważne - być może będzie im łatwiej. To zupełnie inny komunikat niż wspomniane bycie przykładem - zobacz ja mogę, to ty też. O ile ktoś się nie będzie identyfikował z osobą dającą przykład, nie będzie widział wspólnego mianownika problemów (np. nadwaga), efekt może być wręcz odwrotny. Dlatego właśnie czasami wsparcie bliskich może okazać się niewystarczające. Czasem potrzebne jest także zrozumienie przez kogoś, kto w danym momencie także przebija się przez skorupę swoich złych nawyków żywieniowych. Kto robi i czuje to samo, ma podobne problemy, pokusy i dylematy. Jeśli nie we własnym gronie to w sieci lub w grupach wsparcia.

Bywa, że silna wolna jest rzeczywiście silna, ale bardzo zerojedynkowa i tylko do czasu pierwszego, nawet najdrobniejszego potknięcia. Z dniem rozpoczęcia nowego żywieniowego etapu podejmowany jest szereg postanowień. Narzucany zostaje kierat tego, co wolno, a czego kategorycznie nie wolno, najlepiej już nigdy, a na pewno do zakończenia diety (w złym tego słowa znaczeniu)! Pierwsze dni: z zapałem, nową energią, nieskończoną wiarą idziemy jak burza. Aż do momentu pierwszego najmniejszego choćby grzeszku. Przykładowa kostka czekolady oznacza już całą tabliczkę, a bywa, że ta z kolei walkower - powrót do starych, złych nawyków. Przecież kolejny raz fiasko. Błąd w założeniu się powtarza - dieta nie jest tymczasowa i nie jest za karę. Jest odżywaniem ciała, energią do życia i czerpaniem przyjemności z jedzenia. Żeby to sobie uświadomić trzeba zmienić myślenie, a to bywa bardzo trudne.

Być może dla części z was to są błahostki. Ale dla wielu osób to są bardzo poważne problemy, niemalże spędzające sen z powiek. Jedzenia nie da się wykluczyć z życia, trzeba nauczyć sobie z nim radzić, oswoić je. A w tym nie pomoże podręcznik do dietetyki, ani magazyn z kolejną dietą cud. Jeśli nie umiecie, z jakiekolwiek powodu, dać rady sami to może warto skorzystać z pomocy? Coraz więcej jest osób zajmujących się psychodietetyką, powstają grupy coachingowe, są organizowane warsztaty. Ja wiem, że nie od razu Rzym zbudowano i to też nie rozwiązuje problemu od razu. Może jednak rzuci na niego nieco inne światło? Może pozwoli zobaczyć gdzie leży błąd? Czy problem jest w zbyt dużych oczekiwaniach, czy w nieuświadomionym do końca podjadaniu (na przykład dojadaniu po dzieciach), zbyt słabej motywacji, a może w buforowaniu jedzeniem emocji.

Niezależnie od tego, co stanowi kłopot, często zlokalizowany jest on w głowie. Podobnie jak nasze dobre lub złe samopoczucie i akceptacja siebie. Są przecież osoby, które zawsze, niezależnie od tego jak wyglądają, chciałby by być szczuplejsze i dbają o to wręcz obsesyjnie. Stąd już krótka droga do zaburzeń odżywania. Jeśli jedzenie staje się treścią życia, a nie paliwem do robienia różnych rzeczy to znak, że warto się przyjrzeć sprawie i popracować nad nią. Z kimś czy samemu, to już indywidualny wybór.