Mój pierwszy raz

Mistyczne przeżycie w płatkach róż z kimś kogo kochasz, czy stres, chwila bólu i po wszystkim? Czy "pierwszy raz" musi być magicznym doświadczeniem, czy wystarczy, że odbędzie się w atmosferze w miarę przyjaznej dla obu stron?

"To wydarzyło się, kiedy miałam 17 lat. Wyjechałyśmy z koleżankami na obóz konny na Mazury. Po jednej stronie polanki namiotowej spały dziewczyny, po drugiej chłopcy, którzy przyjechali na obóz żeglarski. Od razu po przyjeździe zauważyłam wysokiego, przystojnego chłopaka. Nazywał się Hubert, był dwa lata starszy ode mnie i wydawało mi się, że ja też wpadłam mu w oko. Podczas pierwszego ogniska postarałam się, żeby usiąść niedaleko niego, niby przypadkiem przesuwaliśmy się coraz bliżej, w końcu zetknęliśmy się kolanami... Przeszedł mnie dreszcz! Od tamtej pory byliśmy nierozłączni - wspólne dyżury w kuchni, spacery po kolacji, weekendowe wycieczki zawsze w jednej grupie. Jednak ten wakacyjny czas bardzo szybko mijał - wprawdzie wiedzieliśmy, że po powrocie do domów nadal chcemy się spotykać (150 km to w końcu nie tak dużo), ale czuliśmy, że przez wyjazdem powinno wydarzyć się między nami coś wyjątkowego. Ostatnia noc była bardzo ciepła, wszyscy bawili się przy pożegnalnym ognisku, było szanty i piwo, na którego picie opiekunowie teraz mogli już przymknąć oko. My jednak wymknęliśmy się na naszą ulubioną polankę. Pocałunki zaczęły robić się coraz bardziej gorące, Hubert zsunął mi z ramion sukienkę i zaczął całować moje piersi. Był bardzo czuły i delikatny. Oboje bardzo pragnęliśmy przeżyć ten pierwszy raz wspólnie i może właśnie dlatego nie czułam żadnego stresu, żadnego bólu - a mimo to nie mogłam przestać płakać. Ze szczęścia! Po wszystkim wróciliśmy cicho do rozbawionych przyjaciół i do samego rana siedzieliśmy przytuleni przy dogasającym powoli ognisku".

Albo:

"Miałam 17 lat, mój chłopak 18. Poznaliśmy się w szkole, byliśmy razem już trzy lata, ale do niczego większego między nami nie doszło: trzymanie się za ręce, trochę pocałunków. Wiedziałam, że chcę z nim spędzić resztę życia, ale nie byłam jeszcze gotowa, a on mnie nie namawiał. Jednak w pewnym momencie to się zmieniło - on zaczął poznać nowych znajomych, spędzał z nimi coraz więcej czasu i w naszych rozmowach zaczęło pojawiać się coraz więcej "erotycznych" aluzji. Jacek mówił, że czekamy już bardzo długo i po tylu latach znamy się wystarczająco dobrze, żeby wreszcie mieć "to" za sobą. Wreszcie zgodziłam się - w sobotę jego rodzice pojechali na działkę, mieliśmy więc mieszkanie dla siebie. Jacek starał się być delikatny, ale czułam, że jest zdenerwowany, podobnie jak ja. Bardzo mnie bolało i nie mogłam przestać płakać mimo że cały czas powtarzałam, że wszystko jest w porządku i żeby nie przestawał. Po wszystkim szybko ubrałam się i pojechałam do domu, chociaż planowaliśmy spędzić ten dzień do końca razem. Pół roku później nie byliśmy już parą".

Pamiętamy "Bravo", nieprawdaż? Takie pismo o muzyce i kulturze, które wszyscy kupowali dla dwóch stron poświęconych seksowi, z obowiązkową rubryką "Mój pierwszy raz". Nigdzie indziej w niewinnych latach 90. nie sposób było znaleźć takich pikantnych opowieści, które nieuchronnie rozwijały się według dwóch powyższych wzorców. Albo było wspaniale i pierwszy raz tworzył piękną ścieżkę, wyściełaną płatkami pąsowych róż skropionych męską rosą, prowadzącą do dalszych równie cudownych i romantycznych przeżyć z właściwymi partnerami. Albo NIESTETY, kiła i mogiła (na szczęście nie dosłownie) - "straciłam cnotę, bo co? Bo sama tego chciałam! Straciłam cnotę i co? I już nie będę miała. Straciłam cnotę, bo co? Bo on nalegał wciąż!" (śpiewałyśmy tę piosenkę sto lat temu, w innym życiu, w kolonijnym autokarze, nikt z wychowawców nie uważał tego przeboju za niestosowny - a może wręcz przeciwnie, sądzili, że dla 14-latek to dość dobre, moralizatorskie przesłanie). I wtedy zszargana błona, ego, samoocena, a niedowarzony, cyniczny samiec/samczyk i tak odchodzi (do innej, bo przecież żaden człowiek nie jest samotną wyspą). "Odszedł bez słowa kochanek podły, na nic się zdały płacze i modły" - kultura mniej i bardziej popularna pełna jest skarg porzuconych, zwiedzionych dziewcząt, które straciły przedwcześnie wianek.

Trudne słowa (Rys. Magda Danaj)Trudne słowa (Rys. Magda Danaj)

Dobrze, ale żarty na bok. Wszyscy, nawet psychologowie i mityczni amerykańscy naukowcy, jesteśmy skłonni zgodzić się, że inicjacja jest ważna, szczególnie w przypadku kobiet, których seksualność obłożona jest ogromną odpowiedzialnością (i tabu) - dziewictwo to przecież skarb, dowód czystości moralnej i fizycznej, świadectwo umiejętności panowania nad popędami (o ile kobieta sama z siebie w ogóle je ma) i cierpliwego czekania na tego jednego, jedynego, mierzącego 190 cm i pachnącego Old Spice'm (nie wiem jak wy, ale ja przez pierwsze tygodnie po upojnej nocy z pewnym panem robiłam się mokra na sam zapach tego specyfiku). Tak było w czasach naszych babek, pewnie wcześniej też, ale nie wybiegajmy za daleko. Tak jest teraz - wystarczy zajrzeć na legendarne forum wizaż.pl, na którym wątki o pierwszym razie liczą sobie setki stron, a w większości przypadków rozstań skonsumowanych par następuje drobiazgowa analiza - czy to się stało dlatego, że mu się oddałam?

I to trochę waszą wierną, zaprawioną w bojach Lindę przeraża. Przy rozpoznaniu całej wagi problemu - czy pierwszy raz nie jest nadmiernie fetyszyzowany, podobnie jak jego bardziej nośny w masowej kulturze odpowiednik - pierwszy pocałunek? Czy opisując go, zawsze musimy mieć w głowie ten wymarzony, nierealny ideał? Łąka pełna kwiatów, noc pod gwiazdami, świeżo krochmalona pościel, wanna pełna piany? Dwoje niedoświadczonych, zapatrzonych w siebie kochanków, którym wszystko jednak przychodzi naturalnie, niczym dzieciom natury z "Błękitnej laguny"? Jedna z wypowiadających się na forach internautek wspomina, jak zbulwersował ją niegdyś wywiad z Michaliną Wisłocką, która radziła, żeby kobieta traciła dziewictwo z kimś, kto ma pojęcie o seksie i jego mechanice. Mechanika, brzydkie słowo, kojarzące się ze smarowaniem i tłokami, prawda? A jednak po kilku doświadczeniach autorka postu stwierdziła, że nieco obcesowa rada Wisłockiej nie była całkowicie pozbawiona sensu.

Albo jeszcze z innej strony: czy nie możemy po prostu powiedzieć sobie, że pierwszy raz zazwyczaj jest średni, podobnie jak wiele innych rzeczy w życiu? Może pójść trochę lepiej albo trochę gorzej. Może pojawić się orgazm, ale może trzeba będzie na niego poczekać, nie ma się co spinać. Może będzie to wspaniałe wspomnienie do oprawienia w ramki i ozdabiania suszonym kwieciem, a może po prostu - będzie - i stopniowo zatrze się w naszej pamięci (tak, to też się zdarza). Może z partnerem będziemy jeszcze przez rok, a może wakacyjna fascynacja jest całkiem okej i on więcej nie zadzwoni albo wy nie odbierzecie telefonu. I to wcale nie znaczy, że coś poszło nie tak, wy byłyście tą pierwszą naiwną, a on okrutnym macho pokrytym ciemnym włosem.

Nie łudzę się, drogie czytelniczki i czytelnicy, że większość z nas ten rzekomo magiczny moment ma już za sobą, ale nadal możemy nieco odbrązowić go dla naszych synów i córek - nie namawiam oczywiście do sadzania biedaków na kanapie i odzierania ze złudzeń. Ale tu i ówdzie można przyprawić romantyczne narracje filmowo-literackie szczyptą realizmu, komentować, rozmawiać. I warto przypominać, że przy pierwszym razie jak najbardziej można zajść w ciążę - w relacjach internetowych perypetie z prezerwatywami często pojawiają się jako przykra dystrakcja. To nie jest dobry przekaz. "Pierwszy raz" ma lekko paradoksalny status - z jednej strony wstydzimy się opowiadać o swoich doświadczeniach, z drugiej - czytamy z wypiekami na twarzy (w każdym niemalże wieku) o tym, jak przeżyli go inni. A tutaj wymiana doświadczeń jest ważna - w podstawówce (ośmioklasowej) dość często zastanawiałyśmy się z przyjaciółką, jakby to było - zapytać mamę o jej pierwszy seks. Fajnie? Zbyt intymnie? Właściwie dlaczego?

A Wy? Co powiedziałybyście takiej odważnej córce? Kawa na ławę? Czy powieliłybyście stereotyp romantycznej doliny tęczy? A może rzeczywiście w niej właśnie straciłyście swój cenny kwiat? Mamy w redakcji takie marzenie: opisujecie to wiekopomne wydarzenie w dowolnej manierze - a la "Bravo", a la "Bravo Girl", a la "Życie Adeli" albo "Rzeczy, które robisz w Denver, będąc martwym". Wysyłacie na adres foch@agora.pl. A my w okolicach Dnia Kobiet robimy zgrabną kompilację ku uciesze i przestrodze małoletnich i podstarzałych dziewcząt.

Dla lepszej inspiracji - udostępniony ostatnio z okazji setnej rocznicy urodzin autora mini-przewodnik Edwarda Goreya. Przed wami - "Świeżo zdeflorowane"! Możecie trochę pochichotać, a potem do dzieła!

Więcej o: