Ratujmy drzewa!

Dane o usuwanych drzewach są przerażające: 13 tys. w zeszłym roku w Krakowie, średnio 25 tys. co roku w Warszawie. Jednocześnie Polska ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w Unii Europejskiej i co roku z tego powodu umiera 45 tys. ludzi! Gdzie tu logika?

W Krakowie doliczono się, że w zeszłym roku zniknęło ponad 13 tys. drzew. Szokujące dane! Interweniował prezydent miasta, wprowadził moratorium na wycinki. Kiedy się wydawało, że gorzej być już nie może, stowarzyszenie Baobab policzyło, że w ciągu ostatnich sześciu lat, w Warszawie, wycięto 150 tys. drzew. To tyle co 16 Parków Łazienkowskich. Dwa i pół parku rocznie w plecy.

Bardzo lubię Park Łazienkowski, wychowałam się koło niego. Ciężko mi się pogodzić z tym, jak teraz wygląda - ogołocony ze starych drzew i krzewów w imię rewitalizacji i przywracania historycznego charakteru. Nie ma krzaków, w których chowałam się w dzieciństwie, bzów przy których z dziadkiem karmiliśmy sikorki. Nie mieszkam już przy Łazienkach ale chodziłam tam do niedawna z dziećmi obserwować sowę. Siedziała w swojej dziupli. Był to puszczyk, jak ujęło to starsze dziecko: „prawdziwe dzikie zwierzę”. Dziś już nie ma drzewa i nie ma puszczyka. Ale teraz jest ponoć lepiej - historycznie, estetycznie. To, że masa drzew zniknęła, nie ma znaczenia.

Jeśli drzewo nie może być bezpieczne w parku, to co dopiero gdzie indziej. Każdy powód jest dobry, żeby je wyciąć: bo brzydkie, stare, zacienia, „koliduje z inwestycją”, psuje oś widokową, „nie rokuje”, jest samosiejką i mimo iż ma kilkadziesiąt lat nadal nie wybaczono mu tego. W papierach i tak najczęściej będzie wpisane, że takie niewygodne drzewo zagrażało. Ile z nich faktycznie stanowiło zagrożenie dla ludzi, nikt nie wie. Nawet pomniki przyrody nie mają gwarancji na przeżycie, ostatnio wiele z nich w Warszawie zniknęło w niejasnych okolicznościach. Drzewa, owszem, produkują tlen, pochłaniają CO2, wyłapują zanieczyszczenia powietrza ale w znaczących ilościach robią to tylko duże okazy o rozłożystych koronach. Jak takie drzewo się wytnie, posadzona w jego miejsce mała sadzonka będzie przynosiła podobny efekt dopiero za kilkadziesiąt lat, jeśli przeżyje. Młode drzewka w miastach często się nie przyjmują. Grunt jest zbity, w zimie osiada na nich sól wzbijana w powietrze przez przejeżdżające samochody. Marne statystyki nowych nasadzeń nie pokazują ile nowych drzew faktycznie w mieście rośnie. Tym bardziej, że czasem wlicza się do nich maleńkie drzewka sadzone w lasach na przedmieściach. Jest też taki problem, że drzew w mieście ponoć nie ma gdzie sadzić. W centrum nie pozwalają na to instalacje idące pod ziemią, w nowych dzielnicach planowane inwestycje. Generalnie "nie-da-się", a drzew ubywa.

Trudno patrzeć na to wszystko z założonymi rękoma. Mieszkam na warszawskiej Ochocie. W moim lokalnym parku dzielnicowy wydział zajmujący się zielenią, wytypował 23 drzewa do wycinki. Zareagowaliśmy z sąsiadami nerwowo i przez dwa lata staraliśmy się o zachowanie tych drzew. Tłumaczyliśmy, że w zanieczyszczonym centrum miasta drzewa są na wagę złota i trzeba je zbadać, zanim się podejmie decyzję o wycince. Nie było wtedy jeszcze raportu NIK mówiącego o tym, że Polska ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w Unii Europejskiej i co roku z tego powodu umiera 45 tys. ludzi. Wiedzieliśmy, że jest źle ale nie że jest aż tak tragicznie. Tłumaczyliśmy, że parkowe drzewa są ważne dla naszego zdrowia, tłumią hałas, dają cień, że chcemy mieć kontakt z przyrodą, lubimy ptaki, wolimy patrzeć na zieleń niż na przejeżdżające samochody.

Nic z tego. Z przeznaczonych do wycięcia 23 drzew do dziś przetrwały dwa. Wszystkie wycięto niby dla naszego dobra, bo zagrażały. Na życie ludzkie dybała między innymi półtorametrowa jarzębinka, mizerne głogi i trzmieliny. Wycięto też wielkie i piękne kasztanowce, klony, jesiony. Dopatrzono się na nich owocników grzybów pasożytniczych (fuj!) oraz „ubytków dziuplastych”. Dziuplę miał w sobie na przykład ogromny stuletni jesion. Była tam od zawsze, pamiętali to ludzie całe życie mieszkający w okolicy. Być może to drzewo mogło żyć jeszcze wiele dekad. Nie dowiemy się tego, analiza dendrologiczna nie mogła stanąć na drodze walki z ubytkiem dziuplastym. W miejsce wyciętych drzew posadzono parę nowych, część się nie przyjęła, musiały być wymienione. Na wiosnę się okaże czy te nowe wypuszczą liście. Oby. Może już ok. 2050 r. osiągną spore rozmiary.

Przykłady wycinek można by mnożyć, każdy je zna ze swojego otoczenia. Suma wszystkich beztrosko podejmowanych decyzji o usunięciu drzew daje przerażające dane: 13 tys. w zeszłym roku w Krakowie, średnio 25 tys. co roku w Warszawie. Jak to możliwe, że dopuszcza się do takiej dewastacji miejskich drzewostanów, uszczuplania kapitału przyrodniczego miast, pogarszania warunków naszego życia, jakości powietrza którym oddychamy? Mam wrażenie, że stoi za tym retro przeświadczenie, że tak na serio w mieście nie ma miejsca na przyrodę. Miasto to ma być beton, dymiące kominy, sznury samochodów, wielkie inwestycje, infrastruktura. Musi być szare i spaliną oddychać. Jak komuś się nie podoba, to niech się wyniesie na wieś.

Tymczasem w znanych europejskich metropoliach powietrze jest całkiem czyste. W wielu miastach na świecie dosadza się ogromne ilości drzew, m.in. w ramach programów Million Trees. W Nowym Jorku na przykład, w ciągu ostatnich 8 lat posadzono ponad 940 tys. drzew. Miasto zdecydowało, że nie poprzestanie na milionie. Mieszkańcy mogą brać udział akcji nasadzeń, fundować drzewa, sadzić je i pielęgnować. Zupełnie jak w Warszawie po wojnie, kiedy mieszkańcy masowo sadzili drzewa, żeby przywrócić normalność w mieście, by wróciło do niego życie. Miasta mogą być pełne życia, tonące w zieleni, projektowane w ten sposób by ludzie mogli w nich mieć jak największy kontakt z przyrodą. W końcu jesteśmy częścią natury i całkowicie od niej zależymy. Jej obecność w naszym otoczeniu jest niezbędna dla naszego zdrowia i dobrego samopoczucia. Nowoczesne miasta zdają sobie z tego sprawę, dążą do harmonii z naturą: sadzą drzewa, tworzą nowe tereny zieleni, promują zielone dachy, wspierają miejskie uprawy warzyw i owoców.

A więc nie odpuszczajmy w sprawie drzew! W końcu te wszystkie protesty przyniosą skutek, będzie się chronić duże miejskie drzewa i sadzić dużo nowych. Nie mogę się doczekać aż będzie można legalnie sadzić drzewa w mieście. Myślę, że będzie dużo chętnych, żeby się przyłączyć do takiej akcji. Sadzenie drzew to super przyjemność, leczy traumy po wszystkich wycinkach, daje satysfakcję. Dzieciaki to lubią. Jak się pospieszymy i teraz posadzimy dużo drzew, to może jeszcze za naszego życia zdążą się w nich zrobić ubytki dziuplaste i kiedyś w jednym z nich zobaczymy puszczyka?

*Joanna Sanecka - Matka, socjolożka w sercu (UW), dziennikarka, pisze m.in. o miejskiej przyrodzie, stara się o to, żeby w Warszawie rosło dużo drzew.

Więcej o: