O brzydocie - czy mogę czuć się piękna, mimo wszystko?

Żyję w świecie, w którym zewsząd atakuje mnie afirmacyjny bełkot, który każe mi "pokochać siebie" i "czuć się piękną we własnej skórze". Dzięki za troskę - staram się, ale świat już dawno wypowiedział się na temat mojej urody. Z ręką na sercu, nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem piękna.

Zaczęło się od tego, że P. nazwał modelkę na zdjęciu w Wysokich Obcasach brzydką. Podniósł wzrok znad Dialogu, zawiesił go na pół sekundy na niewielkim zdjęciu w WO, bezrefleksyjnie i bez zawahania oznajmił, że brzydka i wrócił do własnej lektury. Wtedy się rozpłakałam. Wbrew temu, że było piękne przedwiośnie, wbrew temu, że żarłam chrupiącego croissanta, wbrew temu, że nie lubię mazgaić się w miejscach publicznych, a najmniej w mojej osiedlowej kawiarni. Łzy napłynęły mi do oczu tak gwałtownie, że nie zdążyłam nawet nazwać tego uczucia, a co dopiero je opanować. P. ostrożnie zapytał co się stało.

- Tak łatwo zeszło ci to z języka - wybeczałam. - Człowiek się składa z tysiąca zawiłości, a ty masz jedno słowo: brzydka.

Wydawało by się, że słowo-opinia nie może jednocześnie być wyrokiem - a jednak.

P. nie kupił mojej histerii, ale jest mądry, więc zamiast pukać się w czoło, cierpliwie wyjaśnił. Że kobiety też często nie przebierają w słowach, komentując wygląd mężczyzn. Że przecież nikomu nie sprawił przykrości, bo ta kobieta jest zdjęciem. I że w zasadzie sama się wystawia do oceny, bo wstąpiła w świat mody i sprzedaje swój wygląd. No i wreszcie, że to przecież subiektywna opinia, i chociaż jemu się nie podoba, to wielu z pewnością ma ją za skończoną piękność. To wszystko prawda, ale i tak chciało mi się wyć, bo przypomniałam sobie każdy jeden raz, kiedy ktoś we mnie rzucił taką subiektywną opinią i nie było na świecie rzeczy, którą mogłabym powiedzieć na swoją obronę i brzmieć poważnie.

Nikt mi nie wmówi, że nazwać mężczyznę brzydkim i kobietę brzydką, to ten sam kaliber obelgi. Nazwij mężczyznę brzydkim, a wciąż może być Stevem Buscemi, Jayem Z, Donaldem Trumpem. Może też być ciekawie brzydki jak Javier Bardem albo Benedict Cumberbatch. Czy ktoś kiedyś słyszał o ciekawie pięknych kobietach? Kobieta albo jest piękna, albo „stary, za cztery browary przestaniesz zwracać uwagę”.

Kiedy już zostaje ustalone, że kobieta jest brzydka, to całe jej życie i tożsamość zmieniają się w okoliczności łagodzące. Wszystkie jej zalety zajmują miejsce po przecinku: „brzydka, ale (na szczęście) zdolna”, „brzydka, ale mądra”. Przesadzam i przejaskrawiam, ale założę się, że „brzydka, gruba baba” sprawuje niepodzielne rządy na liście najbardziej utartych obelg skrojonych na kobiecą miarę. Kobiety po czterdziestce dostają jeszcze „stara” w charakterze bonusu.

Całą nastoletniość przeżyłam w strachu przed złymi przymiotnikami. Przez prawie dekadę wmawiałam sobie i światu, że tak, wygodnie mi w grubych, czarnych legginsach w czterdziestostopniowym upale i nie, naprawdę nie mam ochoty na kąpiel w morzu. Chodziłam w obłych szmatach, ale z ciastem na twarzy, żeby się nie wydało. Albo na odwrót - mówiłam to, co wydawało mi się, że wszyscy myślą zaraz po „cześć, jestem Ola” (żeby było z głowy i żeby nikt nie zrobił tego za mnie), a potem bez kompleksów paradowałam w dekoltach do pasa i miniówach.

Teraz żyję w świecie, w którym zewsząd atakuje mnie afirmacyjny bełkot, który każe mi „pokochać siebie” i „czuć się piękną we własnej skórze”. Dzięki za troskę - staram się, ale świat już dawno wypowiedział się na temat mojej urody. Z ręką na sercu, nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem piękna. Nikt, oprócz mojej mamy i mojego byłego chłopaka, który był wtedy jakieś trzy otwarcia ust od potężnego rzyga (więc zakładam, że to się nie liczy). Takie dziewczyny jak ja dostają najwyżej „ładnie wyglądasz” i taką właśnie prawdę na swój temat sobie zinternalizowałam. Nigdy nie będę piękna, ale mogę ładnie wyglądać. Jak pokryję twarz cielistym ciastem. Jak założę coś, co podkreśli wcięcie w talii. Jak wciągnę brzuch i wyprostuję plecy. Jak się uśmiechnę. Jest pięćset rzeczy, które muszę zrobić, żeby ładnie wyglądać. Za to brzydotę mam bez kiwnięcia palcem. Od zawsze.

Odkąd wkroczyłam w wiek, w którym wygląd zaczyna być wartością, wiedziałam gdzie jest moje miejsce - na trzeciej od końca pozycji na liście najładniejszych dziewczyn w klasie. Pamiętam, że byłam wtedy amebą bez charakteru, więc zamiast pokazać środkowy palec autorom tej listy, dziękowałam losowi, że dwie koleżanki okazały się szpetniejsze. Byliśmy już w dwudziestym pierwszym wieku, który ponad wszystko kojarzy się z równouprawnieniem, a tu nagle w mikroświecie prześmierdłej potem sali lekcyjnej dowiedziałam się, że decyzję o tym, czy jestem piękna czy brzydka podejmuje banda rozchichotanych czternastolatków z ropnymi kraterami na twarzy i łojem we włosach.

Nigdy nie upominałam się o zdanie innych na temat mojej urody. Nigdy nikogo nie zapytałam, czy ładnie wyglądam, nawet przed wielkim wyjściem. Ale świat sam się zgłosił do odpowiedzi. Słowo na „b” padało dość często, choć głównie z ust żuli z Żubrem w garści. Byli też pijani kolesie na imprezach. Student, który ogłosił wszem i wobec, że jestem najbrzydszą dziewczyną w tym budynku. 40-letni Anglik z brzuszkiem, który wyszeptał 20-letniej mnie, że „zupełnie niespodziewanie okazałam się dość atrakcyjna” (w jakim świecie coś takiego w ogóle jest na miejscu?) Facet, który ni stąd ni zowąd zapytał mnie „jak to możliwe, że ja mu się podobam” (nie mam pojęcia, idź z tym na terapię). Od czasu, kiedy mój pierwszy „chłopak” wspaniałomyślnie ogłosił, że wygląd zewnętrzny nie ma dla niego znaczenia, było już tylko gorzej. Nawet mój najdłuższy związek opierał się na cholernie dojrzałym założeniu, że nie ma co sobie kłamliwie słodzić, bo „kocham cię i pożądam” to jedno, a „jesteś piękna” to drugie.

Już jako nastolatka zorientowałam się, że moje podstawowe przymiotniki („gruba” i „brzydka”) to przy okazji obelgi. Nie spodobało mi się to. Innym kobietom też się to nie podoba, dlatego przez całe życie wychodzą z siebie, żeby zasłużyć na „szczupła” i „piękna”. Ja chciałam to rozwiązać na poziomie języka. Nie chciałam sobie wmawiać, że jestem inna, niż jestem, bo w życiu przede wszystkim interesuje mnie prawda. Powiedziałam sobie, że „jestem brzydka” tysiąc razy z nadzieją, że to słowo nasiąknie neutralnością i stanie się zwyczajnym przymiotnikiem. Kiedy w końcu ujarzmiłam to słowo, zaczęłam wplatać je w rozmowy. I co? I klęska. Po każdym „jestem brzydka” wypowiedzianym w towarzystwie, zapadała ciężka cisza, robiło się aż gęsto od konsternacji, a oczy wszystkich zwracały się ku podłodze. Zupełnie jakbym właśnie wyświergotała, że nienawidzę każdego centymetra siebie i chcę rzucić się w brudy Wisły z Poniatowskiego.

Najgorsze były kobiety. Na ich twarzach malował się wyraz szczerego zatroskania. Chciałam im w mig wyjaśnić, że to nie werbalne samookaleczanie, tylko oswajanie tematu. Nic z tego. Nie spotkałam jeszcze takiej, która gorączkowo nie zaczęłaby mnie przekonywać, że nie mogę tak o sobie mówić. Wszystkie robiły to w ten sam sposób - ten repertuar zapewnień jest wąziutki. Są reakcje z serii „tylko”, czyli „jesteś śliczna - tylko parę kilo mniej i cały świat u twoich stóp”, takie z serii „ale” - „ale przecież buzię masz ładną!” i te zaczynające się od „chciałabym mieć twoje” po których następuje jakiś marny 1% mojego wyglądu, zazwyczaj brwi lub zęby.

Nigdy nie wątpię w ich dobre intencje, ale i tak się oburzam. Najpierw na siebie, że nie potrafię uciąć dyskusji. Potem na to, co mówią. A może to, czego nie mówią? To pewnie projekcja i naprawdę nie upieram się, że cały świat chce mi dosrać, ale jaki to właściwie komunikat, kiedy ktoś mówi „no akurat buzię masz ładną”? Czy to znaczy, że reszta mojego ciała nie zdaje egzaminu?

Mam już dość. Nie mam najmniejszego zamiaru nienawidzić swojego ciała. Nikt się nie rodzi z nienawiścią do siebie, bo to nienaturalne. Frustracje związane z wyglądem mają tyle samo sensu co, na przykład, te związane z pochodzeniem. Mogłabym wstawać codziennie i wyć z rozpaczy, że urodziłam się w Warszawie, a nie w Nowym Jorku albo na Karaibach, ale po co mi to? Ciała też nie zmienię - mogę schudnąć, zagęścić włosy i biegać na mikrodermabrazję, ale na pewne rzeczy i tak nie mam wpływu. Poza tym wcale nie pasuje mi stała pogoń za najlepszą wersją siebie. Chcę być dla siebie dobra zawsze, a nie tylko jak opakuję się w zgniatającą wnętrzności lycrę, zrobię hennę brwi i pedicure. Zresztą po co mi taki syzyfowy zapieprz, kiedy pierwsze prawo mojego życia mówi, że jak ogolę nogi, zrobię peeling całego ciała i pójdę do fryzjera, to na środku czoła rozpanoszy się krosta nad krostami.

Nie umiem rozgraniczyć między autodosrywaniem sobie i sytuacją, w której rzeczywiście dosrywa mi świat. Być może nie potrafię jasno powiedzieć, gdzie kończą się fakty, a gdzie zaczyna projekcja, ale widzę to tak, że żyję w świecie, w którym regularnie przypomina mi się, że odbiegam od normy (nie mówiąc już o ideale), a potem gani za to, że nie jestem dość silna, żeby "szukać piękna w sobie”. Osiem miliardów ludzi ma święte prawo powiedzieć mi, że jestem obleśna (opinia! wolność słowa!), a ja mam taki, kurwa, przywilej, że mogę sama sobie powiedzieć, że to nieprawda i czuć się piękna, mimo wszystko. Życzę sobie powodzenia.

fot. Olaszkafot. Olaszka

Olaszka

*Olaszka - tłumaczy, pisze, pracuje w telewizji. Ma magistra z literatury, ale nie używa. Od dekady żyje rozerwana pomiędzy Polską, a Anglią i już dawno by stąd uciekła, ale szaleńczo kocha się w Warszawie. Nie umie siedzieć w domu, więc siedzi w kawiarniach, teatrach, muzeach i na placu Defilad. Lubi dobrą kawę, sztukę mimetyczną, używane książki, neony i palmy. Tekst pochodzi z jej bloga.

Więcej o: