Moje "Chamowo" - o mieszkaniu w zwykłym bloku

Obawiałam się hałasów, złych woni, niemiłych sąsiadów, tego wszystkiego, co mnie - niemieszkającej nigdy wcześniej w takim "prawdziwym" bloku - z tym blokowym życiem się kojarzyło. Jakże się myliłam!

Wszystko to wina redaktor Wróbel, która napisała o warsztatach inspirowanych "Chamowem" Mirona Białoszewskiego, jakie przygotowała dla dzieci w ramach akcji "Warszawa czyta". A potem jeszcze redaktor Konieczyńska - z drugiego bieguna mieszkaniowej rzeczywistości - o życiu na grodzonym osiedlu dla "lepszych" ludzi. Mam jedno takie osiedle koło siebie, za żadne skarby nie chciałabym tam mieszkać, bo to w sumie blokowisko, tyle że nie z wielkiej płyty, a ze szklanymi klatkami. Nigdy nie mogłam pojąć co jest miłego i fajnego w mieszkaniu w takim miejscu, ale to świadczy nie o miejscu czy jego mieszkańcach, tylko o mnie - że po prostu to nie dla mnie. Poza tym, osiedle owo nie budzi we mnie raczej żadnych emocji poza tym, że strasznie mnie denerwuje, jak muszę chodzić do parku, który jest za nim, naokoło, bo na przestrzał się nie da przez te durne ogrodzenia.

Ale ja nie o tym. Przez te dwa teksty zaczęłam rozmyślać o moim bloku. Bo to było tak: jakoś tak się złożyło, że ja - wychowana w lesie i krakowskich kamienicach, o życiu w bloku mająca zerowe pojęcie - trafiłam do wielkiego bloczydła. Trochę się go bałam. Szczerbiąca się tu i ówdzie wielka płyta, piętnaście pięter, może nie ogromny falowiec ale jednak - wspomnienie największego dewelopera w nowoczesnej historii Polski, Edwarda Gierka, jest tu wciąż żywe. Bałam się, że będzie właśnie jak w "Chamowie": "Na górze warczą krany od dwóch dni. Czasem jak samoloty". Wiecie, te szumy, odgłosy, woda spuszczana w łazience sąsiada trzy pietra wyżej, hałasujące windy, wyjące całymi dniami dzieci i szczekające psy, imprezy studenckie, palenie papierosów na klatce i tak dalej. Jakże miłe było moje zaskoczenie. U nas w bloku jest cicho. U nas w bloku sąsiedzi są uprzejmi. Imprezy częściej słyszałam w kamienicy, gdzie lokatorom wynajmowane były trzy mieszkania (tyle że tak się akurat złożyło, że wszystkie trzy ludziom związanym z pracą "w telewizorze" a to, jak wiadomo, zobowiązuje).

Nie jest może najpiękniejszy... (Fot. Natalia Sosin) Nie jest może najpiękniejszy... (Fot. Natalia Sosin)

A tu - cicho, miło, pełna kultura. Na dole jest poczta i mały spożywczak, w którym panie pamiętają, co kto lubi i co zazwyczaj kupuje, wszystko chętnie zamówią (jeżeli nie mają na stanie) i zawsze sympatycznie zagadają.

Może jestem w głębi duszy małomiasteczkowym dziewczęciem, które lubi przewidywalność, powtarzalność i lokalność. Na przykład: zawsze nazywam sobie okoliczne sklepy. W poprzednich lokalizacjach robiłam zakupy "W brzydkim", "U bab", "W dawnym Społem" i oczywiście "Na rogu". Teraz mam sklep "Na dole". Nie jest to sklep ze zwierzęciem lub owadem w nazwie, powtarzalny jak niegdysiejsza meblościanka lub jej dzisiejszy odpowiednik - meble z pewnej, skądinąd dobrej, szwedzkiej sieciówki. To taki sklep, gdzie nie muszę snuć się między półkami w poszukiwaniu, dajmy na to, odplamiacza, bo wiadomo, że półka "z chemią" jest jedna. Nie ma w nim piętnastu rodzajów mleka, za to wszystko, czego człowiek na szybko może potrzebować. No i zawsze spotykam w nim sąsiadów (głównie starszych ludzi) z którymi ucinamy sobie sympatyczne pogawędki. Uwielbiam z nimi rozmawiać, nie tylko dlatego, że pamiętają jak naprzeciwko naszego bloku, tam, gdzie teraz rozrasta się szklane nowoczesne osiedle, rosły drzewa i stały piękne wille. I nie tylko dlatego, że posługują się polszczyzną, jakiej dziś już powszechnie nie uświadczysz. Po prostu fajnie z nimi pogadać.

Nie wiem, czy w "moim" spożywczaku jest dużo drożej niż w hipermarkecie, może jest. Trudno. Poza tym - co, z siatami będę się tachać przez pół miasta? Albo stać w kolejce w centrum handlowym gdzie pół Warszawy spędza właśnie wolny czas z rodziną? Bez sensu. Może to oznaka starości, może kiedyś nie doceniłabym tej atmosfery i tych pogaduszek, uznawała, że od gadania to są knajpy, a w sklepie trzeba szybko załatwić co się ma do załatwienia i wyjść. Pewnie, że po latach dzieciństwa w biednej rzeczywistości końcówki PRL, w latach nastoletnich wolałam większy wybór i niekończące się alejki pełne kolorowych produktów. Jak Leopold Tyrmand, który, jak wspominał jego syn, jeszcze lata po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych potrafił jak urzeczony przechadzać się między regałami w sklepie i zachwycać tym, że nie dość, że może co tydzień wybrać sobie i kupić sok pomarańczowy, to za każdym razem od innego producenta. Ale człowiek na szczęście się starzeje i zaczyna doceniać takie zwykłe, miłe rzeczy jak sympatyczna pogaduszka w kolejce po bułki. Przynajmniej ja tak mam. Dlatego smutno mi zawsze, gdy widzę zamykający się zakład krawiecki czy plajtującego szewca. I zawsze sobie myślę wtedy ze smuteczkiem: co z nimi będzie? Gdzie taki pan szewc się podzieje? Czy naprawdę nikt już nie reperuje butów, tylko wyrzuca i kupuje nowe?

Mój blok ma jeszcze jedną wspaniałą rzecz - najlepszą lokalizację. Nie w centrum, w pobliżu wszystkich tych fajnych imprezowych i hipsterskich miejsc do których i tak nie chodzę, za to blisko wielkiego parku, gdzie można wyskoczyć z psem codziennie, a przy obecnej pogodzie, to nawet w piżamie i z kawą we własnym kubku, bo - jak mawiał mój profesor od logiki na studiach - któż nam zabroni?! Na takim spacerze zawsze coś się zabawnego wydarzy, wystarczy słuchać i patrzeć. Na przykład: wychodzę kilka dni temu popołudniu z psem, pan wariat (bo mamy też "własnego" wariata, który dość regularnie pojawia się w okolicy, siada na ławce i wykrzykuje różne farmazony) zwyczajowo krzyczy coś o spiskach, Bogu, kosmitach i polityce. Mijająca go staruszka mówi: - "Oszaleć można, nic tylko wrzeszczy i wrzeszczy". Wariat: - "Pani się nie złości, ja muszę tak rozładować stres bo mnie dręczą promieniami z Saturna". Staruszka: - "A to przepraszam".

... za to widok zeń - wspaniały (Fot. Natalia Sosin) ... za to widok zeń - wspaniały (Fot. Natalia Sosin)

Usłyszelibyście coś takiego na sterylnym osiedlu za bramą z ochroniarzem? No ja przepraszam, ale myślę, że wątpię!