"Spektrum" doktora Deana Ornisha - nowe podejście do życia, nie tylko do diety

Wychodzi nowa książka o zdrowym odżywianiu. Wielu przeczyta ją po to, żeby dowiedzieć się jak schudnąć. Jednak mam wrażenie, że nie do końca o to w tej książce chodzi.

Wreszcie ktoś napisał, że zdrowie, odchudzanie, czy radzenie sobie z chorobami, to nie tylko to, co istotne w odżywianiu. To umiejętność życia, radzenia sobie ze stresem i znalezienia odpowiednich motywacji. "Spektrum" doktora Deana Ornisha dało mi do myślenia.

Miałam napisać ten tekst inaczej. Miał dotyczyć głównie tego, co mówi doktor Ornish o jedzeniu: co jeść, a czego unikać. Chciałam zacząć go od tego, że osobistości takie jak Bill Clinton, Clint Eastwood czy Quincy Jones polecają jego metody, a być może to kolejna dieta cud, kolejny wytwór marketingu. Jednak, kiedy czytałam tę książkę, myśląc o tym, co o niej napiszę, w moim życiu wydarzyło się coś, co sprawiło, że zrozumiałam, o co chodzi doktorowi Ornishowi, kiedy mówi o stylu życia i dlaczego nazwał swoją książkę "Spektrum" .

Doktor Ornish nie skupia się tylko na jedzeniu. Owszem, pisze o nim dużo, ale nie na to kładzie nacisk. Próbuje nam przekazać, że to, co jemy, zależy od tego, jak żyjemy. To, czy chorujemy czy nie, czy tyjemy, czy nie - zależy od tego, jak dbamy o siebie, jak siebie traktujemy, jakie mamy podejście do zadań, które stawia przed nami życie i do ludzi, których napotykamy na swojej drodze. W każdym rozdziale, niezależnie czy dotyczy on odchudzania, walki z rakiem, czy obniżania poziomu cholesterolu, jest osobne miejsce na dział - radzenie sobie ze stresem. Sporo jest o medytacji, o wglądzie w siebie, o przyglądaniu się swoim motywacjom. Na początku pomyślałam - no jasne, będę od dziś medytować, dzięki za radę! Ale tego samego dnia los wylał mi na głowę kubeł zimnej wody, który bardzo szybko pokazał mi, że dobra dieta i aktywny tryb życia, to o wiele za mało, żeby rzeczywiście mieć zdrowe ciało. Wtedy pomyślałam - to nie są żarty, nie jesteśmy nieśmiertelni, może warto bardziej posłuchać tego, co mówi nam autor książki "Spektrum" i skupić się na emocjach - miłości, dbaniu o siebie i dawaniu sobie przyjemności, radości i spokoju, kiedy to tylko możliwe.

Badania dowodzą, że ludzie żyjący w długotrwałym stresie mają duże tendencje do zapadania na rozmaite choroby oraz do stanów zapalnych. Podobnie dzieje się w przypadku osób długotrwale samotnych i borykających się z depresją. Te - tak popularne w XXI wieku problemy - po prostu skracają nam życie. Czy można sobie z tym poradzić? To trudne, ale Ornish wskazuje kilka rozwiązań, które nie wymagają niebotycznego wysiłku, ani specjalnych nakładów finansowych. Sugeruje medytację i jogę (generalnie chodzi o ćwiczenia rozciągające i oddechowe), a także uczestnictwo w grupach wsparcia. Pisałam już o nich kiedyś w kontekście odchudzania. Zgadzam się, że dla wielu osób otwarcie się na uczestnictwo we wspierającej wspólnocie, może być absolutnym przełomem wżyciu. Czasem poszukanie pomocy i zrozumienia u innych ludzi jest po prostu konieczne. Nie trzeba radzić sobie samemu ze wszystkim, ciągle być silnym na zewnątrz, a problemów nie można zamiatać pod dywan. Co do medytacji - nie muszą to być mistyczne przeżycia w oparach kadzideł. Może to być po prostu chwila relaksu w ciągu dnia, ćwiczenia oddechowe, wgląd w swoje emocje i wyciszenie.

Zalewanie stresu alkoholem to najgorszy możliwy pomysł (Rys. Magda Danaj)Zalewanie stresu alkoholem to najgorszy możliwy pomysł (Rys. Magda Danaj)

Bardzo spodobał mi się fragment o używkach (które oczywiście należy wykluczyć!). Czemu ludzie uciekają w używki, takie jak alkohol, papierosy, kompulsywne jedzenie? Często dlatego, że są samotni, mają depresję, nie radzą sobie z emocjami i stresem. Jeśli - bez wejścia głębiej i bez znalezienia przyczyny - powiemy im "nie róbcie tego, przestańcie się odurzać", z czym zostaną? Z kolejnym wyrzeczeniem. Ale w imię czego? Dłuższego życia? Pokażcie mi jedną osobę rozwaloną emocjonalnie, dla której argument dłuższego życia, w zamian za odstawienie doraźnych przyjemności, będzie wystarczający.

Doktor Ornish dużo mówi o miłości, o tym, żeby poświęcać jej więcej uwagi, bardziej się w nią wczuwać, pielęgnować ją. A co z tymi, którzy nie mają miłości? - pomyślałam. Ale zaraz później uświadomiłam sobie, jakie głupie jest moje myślenie. Przecież każdy z nas ma wokół siebie ludzi, na których mu zależy, których kocha. Zresztą powinniśmy kochać siebie, jakkolwiek nie wydawało by się to frazesem wyjętym z książki Paulo Cohelo.

Jak to zrobić? Jeśli mielibyśmy postępować według zaleceń autora, należałoby skupić się głównie na jodze, medytacji i jakieś formie aktywności fizycznej. Mamy dowolność co do wyboru formy aktywności oraz rodzaju szeroko pojętej medytacji. Myślę, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia to, czy będziemy chodzić na zajęcia z jogi, czy powtarzać mantry z zamkniętymi oczami, czy po prostu usiądziemy w parku i odetniemy się na chwilę od stresujących bodźców. Ważne, żeby przez jakiś czas pobyć ze sobą, pogodzić się, uspokoić.

Kolejną rzeczą jest motywacja. Autor zwraca uwagę na ważną rzecz - motywacja strachu nie działa. Mało jest osób, które przestają coś robić, bo będą żyły krócej, albo bo być może dopadnie ich choroba. Odchudzaj się, bo zachorujesz na cukrzycę. Nie jedz słodyczy bo nabawisz się insulinooproności, która powoduje milion innych rzeczy, jak choćby problemy z zajściem w ciążę. Już widzę odpowiedzi - no jasne, to prawda, muszę coś zmienić. I na tym koniec. Bo dopóki coś się nie stanie, często myślimy, że nas to po prostu nie dotyczy. Badania i statystyki są o innych, o nas - nigdy. Zatem trzeba szukać motywacji pozytywnych. Jeśli mamy zmienić styl życia, w tym sposób odżywiania, to nie dlatego, że przed nami roztacza się wizja apokalipsy, ale dlatego, że może nam być lepiej. Jeśli się przyjrzymy sobie, zadbamy o to co jemy i jak jemy, będziemy się czuć lepiej, mieć więcej energii i sił, którymi będziemy mogli obdarować naszych bliskich.

Przechodząc do jedzenia. Doktor Ornish jest wyznawcą powiedzenia - jesteś tym, co jesz. Głównym założeniem jego diety jest ograniczenie spożycia tłuszczu, ze szczególnym naciskiem na tłuszcze nasycone i trans. Według niego w zupełności wystarczy czerpanie około siedmiu procent energii z tłuszczów, przy czym ważne, aby były to głównie tłuszcze zawierające kwasy omega-3. Zatem warto włączyć do diety olej rzepakowy, orzechowy i z siemienia lnianego, a także morskie ryby, orzechy i owoce morza. Głównym źródłem energii powinny być węglowodany złożone, czyli pełne ziarna, owoce i warzywa. Na spożycie odpowiednich węglowodanów jest położony bardzo duży nacisk, choć doktor pisze w wielu miejscach, że zjedzenie od czasu do czasu cukrów prostych w połączeniu ze złożonymi, będzie mniej szkodliwe niż zjedzenie złych tłuszczów, których negatywnego wpływu nie da się zniwelować. Istotny jest także indeks glikemiczny produktów, czyli to, jak szybko podnoszą poziom cukru we krwi. Trudno się z tym nie zgodzić. Wyrzuty cukru do krwi powodują wydzielanie znacznych ilości insuliny, której wysokie stężenie stymuluje odkładanie się tkanki tłuszczowej, szczególnie tej zlokalizowanej w okolicy brzucha. Białko powinno pochodzić głównie z produktów roślinnych i owoców morza. Jajka oraz chudy nabiał od czasu do czasu też są wskazane. Mięsa Ornish nam w ogóle nie poleca. Po pierwsze, według niego tłuszcz zwierzęcy ludziom nie służy, po drugie, jedzenie mięsa nie jest zgodne z filozofią przedstawioną w książce. Jednak w wielu miejscach podkreśla, że każdy decyduje co jest dla niego najlepsze i że można żyć w zgodzie ze Spektrum, jedząc mięso od czasu do czasu.

Podoba mi się także podejście Ornisha do kalorii. Podkreśla, że bilans musi się zgadzać - chcesz schudnąć, musisz spożywać mniej kalorii. Ale też muszą to być tak zwane dobre kalorie. Ornish podzielił produkty na pięć kategorii. Pierwsza to produkty najzdrowsze - znajduje się w niej wiele warzyw, owoce, dobre tłuszcze. Ostatnia to produkty najmniej zdrowe takie jak tłuszcze trans, nasycone, pełnotłusty nabiał i produkty z węglowodanów przetworzonych. W trzech grupach pomiędzy są produkty z puszek, sery, różne słodycze, mięsa - w zależności od zawartości tłuszczu. Autor podkreśla, że w zależności od efektu jaki chce się osiągnąć, można wybrać sobie wariant diety. Jeśli mamy bardzo dużo do zrzucenia, albo walczymy z chorobą, powinniśmy jeść tylko produkty z grupy pierwszej i drugiej. Jeśli chcemy po prostu zachować zdrowie, możemy raz na jakiś czas zjeść coś z grupy trzeciej, czwartej, a nawet piątej. Sami wiemy co dla nas dobre i po jakim jedzeniu czujemy się najlepiej.

okładka ksiązki"Spektrum"

Zwrócenie uwagi nie na to, co w lustrze, ale na to, co w środku - w emocjach, wydaje mi się największą zaletą tej książki. Mogą wam się podobać lub nie zalecenia żywieniowe tego lekarza (o których szerzej chętnie napiszę kolejny tekst, jeśli chcecie). Jednak to lekarz, który podszedł do ciała jako do całości, nie skupiał się na tkance tłuszczowej, mięśniach i wodzie. Pokazał, jak duże znaczenie ma fakt, że funkcjonujemy jako całość. Może powinniśmy zmienić powiedzenie "w zdrowym ciele zdrowy duch" na "przez zdrowie ducha do zdrowia ciała"?

Więcej o: