Weki, kanapki, a może batoniki - czym się raczyć podczas długiej podróży?

By nie zasłabnąć, nie podupaść na zdrowiu, by długa podróż nie przerodziła się w długą głodówkę i by ludziom drogi żyło się lepiej - matki, żony i inni troskliwi opiekunowie szykują wałówkę, a w niej... No właśnie, co jeść w podróży?

Smalec. Wielki słoik domowego smalcu z cebulką i skwarkami - to właśnie zabierał jako wałówkę mój ojciec, nastolatkiem będąc. Jeździł wtedy z kolegami na drugi koniec Polski, by spływać kajakiem z nurtem, lub płynąć pod prąd, sypiać w namiotach i przeżywać te wszystkie szalone przygody, z których dziś może sobie raz na rok podczas nieformalnych spotkań ze starą paczką żartować. Czasy były ciężkie, więc słoik smalcu wetknięty między wręgi kajaka Neptun był niczym skarb. Podejrzewam, że ze świeżym mazurskim chlebem i piwem chłodzonym w jeziorze smakował jak pokarm bogów. Dziś jednak nikt o zdrowych zmysłach nie będzie taszczył dwulitrowego słoika ze zwierzęcym tłuszczem. Więc, jeśli nie smalec, to co?

Klasyka gatunku - kanapki

Moja zapobiegliwa matka, jak każda kobieta z południa, nie wyobrażała sobie, by wypuścić kogokolwiek z domu na dłużej bez kanapek. Kanapki są klasykiem. W nich zaś przede wszystkim ser żółty z powodów praktycznych - wiecie, nie zaszkodzi mu nawet czterdziestostopniowy upał, kanapka z serem nadaje się do zjedzenia nawet dzień po podróży, a dwa dni później wciąż można wyczarować z niej tosta z serem. O ile sam się nie wyczaruje. Wersja luksusowa zawiera też praktyczne, niepsujące się ogórki konserwowe.

Ser, przyjaciel podróżnika, źródło Pexels.com (c.c.)Ser - przyjaciel podróżnika (CC0, Pexels.com)

Oczywiście nie zna życia, kto nie słyszał opowieści o Tatarach, którzy nim zasiedli do wieczornego posiłku głównie galopowali po stepach. Wiadomo - co innego mogą robić Tatarzy? Podczas tego galopowania zaś surowe mięso trzymali pod siodłem, by się rozklepało, skruszało i nadawało do jedzenia w każdych warunkach. Nie po to jednak wymyśliliśmy krakowską suchą, by jeść przepoconą surowiznę, dlatego też w kanapkach ser i ogórek bywał uzupełniany kiełbasą.

Jaka była niewybaczalna kanapkowa zbrodnia? Sałata i pomidor. Nic tak nie psuje nastroju jak ugryzienie tej zielonej wywłoki otulonej w rozciamrane ciasto chlebowe.

Suchy prowiant

Z nastaniem nowej ery, nadeszły nowe możliwości. Smak sucharków beskidzkich z kminkiem w czasie długiej podróży i lepki tłuszcz pozostający na palcach po konsumpcji prażynek, zastąpiły nam masowo zapełniające spożywczaki chipsy w pięciu smakach (słone, mdłe, paprykowe, słono-bekonowe i słono-kurczakowe), oraz pakowane w folię rogaliki z nadzieniem o smaku cukru i delikatnym aromacie imitującym czekoladę. Nie mogło ich zabraknąć także na wyposażeniu podróżnika. Po trzeciej godzinie nieustannej jazdy i tak człowiekowi jest wszystko jedno.

Kotlety i inne konkrety

Kotlety - najlepszy przyjaciel podróżnika. Kotlety pakowane w sreberko, jedzone na zimno. I jajka. Na twardo. Absolutny must have - przynajmniej zdaniem wielu troskliwych rodzicielek. W termosie herbata, kawa, a może nawet zupa, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie proponował nawet podróżnym z dobrego, robotniczego domu, by napełnili trzewia czymkolwiek, co sprzedawane jest w przydrożnych garkuchniach. Na nic piski, na nic płacze, nie dla psa kiełbasa, nie dla dobrze zaopiekowanych podróżnych grochówka, bigos i McDonald's. Znam nawet takich podróżników, co na drogę dostawali weki. Klopsiki w sosie i tym podobne atrakcje. Naszym prywatnym koszmarem stały się wciśnięte w ostatniej chwili dwa opakowania skrzydełek w miodzie. Miodność maksymalną osiągnęliśmy już podczas pierwszej doby podróży autokarowej, kiedy okazało się, że te cholerne kościste ulepki trwale przywiązały się do naszych dłoni, policzków i ubrań. Same.

Zdrowe, owocowe

Moda na eko sprawiła, że w świecie prowiantu szczególne miejsce zajęły woreczki wypełnione pokrojonymi w słupek marcheweczkami, ogórkami i selerem naciowym. Nie mam nic przeciwko, wręcz przeciwnie - uwielbiam. Ale wiem też, że prawdziwa wałówka nie obędzie się bez banana- najlepszego przyjaciela strudzonych podróżnych. Owoca doskonałego, który przecież wystarczy obrać i jeść. I nie uświni się człowiek tak, jak tą małą zdradliwą szują, mandarynką. Życie jednak byłoby zbyt piękne, gdyby prowiant zawierał tylko owoce przyjazne i dobrze zaprojektowane przez Matkę Naturę. Kto nie próbował się nie wyświnić brzoskwinką od babuni, albo nie odkrył, że jego jabłko jest znacznie bardziej soczyste, niż podejrzewał, wsiadając do tego autokaru, pociągu, samolotu czy innego wiertaliota, ten może mówić o prawdziwym szczęściu.

Marcheweczki w słupki, pikielki, czipsiki, trzeba się szanować w podróży, moi mili; źródło: Pexels.com (c.c.)Marcheweczki w słupki, pikielki, czipsiki, trzeba się szanować w podróży, moi mili; (CC0, Pexels.com)

I co z tego?

Nic, absolutnie nic. Mimo znacznego rozwoju podróżnej strefy gastronomicznej wiele osób wciąż woli brać jedzenie ze sobą w drogę. Czy to ze względów ekonomicznych, czy z obawy o własne zdrowie. Jadąc przez świat nigdy nie wiesz, kiedy obcy człowiek poda ci nieświeży kąsek byle jaki. A z własną wałówką człowiek sam sobie sterem, okrętem i kontenerem. Pojemniki na posiłki brane poza dom są coraz bardziej wymyślne i funkcjonalne. Teraz, panie, można ze sobą zabrać nawet wielowarstwową sałatkę, zupę i dwie roladki pod beszamelem, a jeszcze zostanie specjalne miejsce na sztućczyki podróżne. I wcale nie trzeba korzystać już z aluminiowej widelcołyżki, ani odpalać Prymusa w przejściu między przedziałami. Higienę można utrzymać za pomocą mokrych chusteczek i mydła "bez spłukiwania" w żelu. A jednak ręka człowiekowi drży i łza się w oku kręci, gdy próbuje zrobić prowiant swoim dzieciom inaczej, niż jego rodzice.