Pegan, czyli weganie jedzą mięso i chudną?

Super dieta, która pomoże tysiącom ludzi zgubić niechciane kilogramy, czy kolejny chwyt marketingowy: kup tę książkę, a twoje życie zmieni się w bajkę (o szczupłych)?

Trudno jest nadążyć z nowościami w świecie diet. I nie mówię oczywiście, o nowych badaniach, danych naukowych, które otwierają nam oczy na pewne sprawy i pozwalają żyć lepiej, zdrowiej, bardziej aktywnie. Mówię o nowych dietach, "małych rewolucjach w żywieniu". Niestety, w wielu przypadkach, mam wrażenie, że chodzi głównie o zarabianie pieniędzy - czemu się nie dziwię, wiem w jakim świecie żyjemy. Jest we mnie jednak jakiś pierwiastek idealistki, który mówi "nie!" wszystkim zabiegom marketingowym, obiecującym ludziom świetną figurę bez wysiłku, zdrowie i życie w krainie szczęśliwości.

A mam wrażenie, że tak właśnie się dzieje - pojawiają się od lat nowe nazwiska, rewolucjoniści - Atkins, Dukan, Cordain, Davis i wielu innych, którzy wydają książki, udzielają wywiadów, mają tysiące publikacji i mówią ludziom, że właśnie odkryli właściwy sposób na osiągnięcie tego, o czym tak wiele osób marzy: szczupłej figury i zdrowego ciała. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że ich badania były niepełne, że czegoś nie dopatrzyli, a także, że ich metody wprowadzone na masową skalę, bez każdorazowej konsultacji z lekarzem lub dietetykiem po prostu nie działają. Ludzie różnią się między sobą, więc trudno żeby było inaczej. Jednak wciąż powstają i będą powstawać nowe książki o dietach cud, a ich autorzy nadal będą zbijać na nich fortunę. Do tego grona dołączył jakiś czas temu doktor Mark Hayman - autor diety pegan.

Inspiracją do nazwy tej diety były dwa słowa - paleo i wegan. Bo właśnie z połączenia założeń diety wegańskiej oraz paleo powstał nowy żywieniowy trend, czyli pegan. To dość ciekawe, ponieważ te dwie diety kompletnie się wykluczają, jednak założeniem było wzięcie z jednej i z drugiej tego, co najlepsze i skomponowanie doskonałości. Zajrzałam na bloga autora tej diety, aby zrozumieć, co skłoniło go do połączenia dwóch odmiennych diet. Powołuje się on między innymi na wyniki sportowców, którzy bili rekordy w swoich dyscyplinach. Jeden nich, Lebron James, który po przejściu na dietę paleo z zawodnika przegrywającego zmienił się w wygrywającego. Drugi, Rich Roll, pięć razy ukończył zawody Iron Man będąc na diecie wegańskiej (swoją drogą - chylę czoła). Autorowi diety pegan najwyraźniej wyszło, ze połączenie dwóch diet zrobiłoby z obu zawodników supermenów. Na blogu Dr Hayman pisze także o tym, że raporty z badań są niepełne, że każde badanie dotyczące wpływu danej diety na jednostki chorobowe, wyniki krwi czy spadek wagi jest przeprowadzane w warunkach nieuwzględniających różnic między ludźmi. Z tym akurat się zgadzam, nie bardzo tylko wiem, czym jego dieta pod tym względem różni się od pozostałych.

I jak tu ż(r)yć?I jak tu ż(r)yć?

Założenia diety Pegan są następujące:

Należy zrezygnować z glutenu. Generalnie zboża najlepiej jeść rzadko i mało. Jeśli już musimy jeść ziarna to takie, które glutenu nie zawierają, a przy tym mają niski indeks glikemiczny, na przykład: czarny ryż i komosa ryżowa. Dr Hyman poleca rezygnację z ziaren osobom z cukrzycą typu drugiego celem sprawdzenia, jak to wpłynie na ich zdrowie i samopoczucie. Dawanie takiej rady bez uprzedniej indywidualnej konsultacji, wydaje mi się być dość ryzykowne. Wielu cukrzyków, których znam, którzy mają pompy insulinowe i gleukometry zawsze pod ręką, miewają stany niedocukrzenia i po prostu bardzo ciężko jest im utrzymać właściwy poziom cukru we krwi. Szczególnie jeśli pominą porcję węglowodanów. Ale wiadomo - teoria z praktyką nie zawsze idą w parze.

Owoce i warzywa jemy jak najświeższe, całe i najlepiej regionalne. To cenna uwaga - jedzenie rodzimych roślin jest z całą pewnością korzystne. Najlepiej wybierać te z niskim indeksem glikemicznym. Warto dbać, żeby rośliny które kupujemy były niepryskane, bez pestycydów i niemodyfikowane. Trudno się nie zgodzić, myślę, że wyeliminowanie chemii z jedzenia pozbawiłoby nas wielu dolegliwości i znacznie ułatwiło utrzymanie prawidłowej masy ciała.

Ryby i owoce morze także należy wybierać bardzo ostrożnie - szczególnie morskie stworzenia łatwo absorbują rtęć i inne zanieczyszczenia. Podobnie jest z mięsem, które powinno pochodzić z hodowli ekologicznych, które dadzą sto procent pewności, że zwierzę było karmione naturalnie. To wszystko prawda. Jeśli macie na to fundusze i zaufane źródło, polecam się zastosować. Tylko, jak wiadomo - z tymi funduszami różnie bywa.

Tłuszcze bogate w omega trzy powinny być na co dzień w diecie. To prawda, mamy z reguły za mało omega trzy, a za dużo omega sześć - ich odpowiedni proporcje to podstawa. Zatem olej lniany, rzepakowy i orzechy powinny być stałym punktem w menu. Cenna rada, jednak to nic odkrywczego.

Według autora zrezygnować należy z nabiału, który powoduje otyłość i wywołuje nietolerancje pokarmowe. Jeśli już koniecznie chcesz jeść nabiał, spróbuj produktów kozich - oczywiście organicznych. Najlepiej jest zrezygnować także z ziaren, a na pewno z mąki. Autor porównuje mąkę do napojów gazowanych - według niego równie szybko podnosi poziom cukru we krwi i jest tak samo niebezpieczna dla figury. Wydaje mi się to być lekkim nadużyciem, bo są przecież bardzo różne zboża, a tym samym mąki. Jest to jednak zgodne z zasadami diety paleo, czyli z jedną z podstaw diety pegan, która ziarna wyklucza - nasi przodkowie jakoś bez nich żyli.

Rośliny strączkowe także idą w odstawkę, bo mają właściwości wzdymające i utrudniają trawienie. To sprawa indywidualna, ale u wiele osób zapewne odczuwało nieprzyjemne objawy po spożyciu zbyt dużej ilości roślin strączkowych.

Wnioski?

Jestem trochę sceptycznie nastawiona do tej diety, ale nie dlatego, że nie zgadzam się z jej założeniami. Moim zdaniem wpisują się w to, co nazywamy zdrowym stylem odżywiania się - choć podkreślam - każdy ma swój, każdy czuje swoje ciało i wie najlepiej, co mu służy, a co nie. Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, chciałby coś doprecyzować, w moim odczuciu, powinien udać się na indywidualną konsultację.

Wkurza mnie natomiast to, że kolejny raz, mamy do czynienia z marketingowym przekazem, który mówi nam, że nowa metoda to jest właśnie ta właściwa, że teraz już będziemy zdrowi, piękni i szczupli. Prawda jest taka, że - jak przy każdym lansowanym stylu odżywania się - jednym to będzie pasowało bardziej, innym mniej. Jednych będzie stać na koktajl z nasion chia, owoców jagodowych i mleka migdałowego, a innych zwyczajnie nie. Jedni będą mogli sobie pozwolić na kupowanie mięsa w sklepach eko, ewentualnie od myśliwych, inni nie. Fajnie jest zalecić ludziom, żeby jedli jedynie organiczne produkty, tylko że tych, którzy będą mogli zastosować się do tej rady będzie garstka. Za to tych, którzy będą mogli kupić kolejną książkę o dietach, za trzydzieści pięć pięćdziesiąt, pewnie już nieco więcej.

I choć zgadza się, że produkty mięsne i ryby są coraz gorszej jakości i mają coraz więcej zanieczyszczeń, rozumiem też, że ogromna część ludzi na świecie nigdy nie będzie mogła pozwolić sobie na produkty, które należy jeść według zasad diety Pegan. Dlatego o wiele bardziej podobają mi się założenia doktora Ornisha, który mówi o tym, że aby żyć zdrowo i jeść zdrowo, trzeba sobie poradzić ze sobą i ze stresem, z którym codziennie się stykamy. Bo nie ma jeden recepty na zdrowe odżywanie się. Każdy z nas ma swoje upodobania, po czym innym czuje się dobrze, co innego daje mu energię albo sprawia, że czuje się ociężale. Mam wrażenie, że dieta pegan to zbiór zaleceń dla osób, które przez jakiś czas mogą sobie pozwolić na luksus poświęcenia czasu i pieniędzy głównie temu, co jedzą.