O tym, że w dorosłym życiu zafiksowałam się na niektórych sportach, choć nie znosiłam wf-u w szkole

Lekcje WF mogą trwale zniechęcić człowieka do uprawiania sportu. Na szczęście jest wiele fantastycznych dyscyplin, które czekają na to, by je odkryć i sfiksować na ich punkcie, zapominając o nudnych ćwiczeniach na sali gimnastycznej.

Lekcje WF to koszmar wielu dzieciaków. Tak było i moim przypadku. Począwszy od nauki pływania i kompromitacji w białym kostiumie kąpielowym. Negatywną rolę odegrały też mało twarzowe białe czepki, w których dzieci przypominały ruchliwe plemniki. Basenowa trauma została mi na długo, podobnie jak szkolna legenda o strasznym instruktorze nauki pływania, który bił dzieci klapkiem po głowie, a opornych wpychał na siłę na głęboką wodę. Tak, znienawidziłam lekcje kraula. Te na basenie. Na szczęście nie zraziło mnie to kompletnie do wody.

Czy też się tak czułaś na lekcji WF? /fot. Pexels CC0Czy też się tak czułaś na lekcji WF? /fot. Pexels CC0

Inną dyscypliną szkolnego sportu, która wpędzała mnie na Himalaje załamania nerwowego był jakże lubiany przez dziewczęta rzut piłka lekarską. Zwłaszcza te dziewczęta, które odbiegały wizualnie od postury NRD-owskiej kulomiotki. Istna komedia, mówię Wam drodzy czytelnicy. Teraz jeszcze może bym tyrnęła to okrągłe bydlę. Ale w liceum ledwo podnosiłam tę ciężką masę opakowaną w skórę śmierdzącą stęchłą szatnią. A co tu dopiero mówić o jakichś rzutach. Równie niewesołym doświadczeniem z lekcji wychowania fizycznego był skok przez kozła i siatkówka. Tę ostatnią nasza wuefica uwielbiała pasjami i kazała nam ćwiczyć serwisy, zagrywki i inne tragiczne wygibasy z piłką. Swoją niechęć do piłki i odbijania jej demonstrowałam poprzez uniki. Gdy rozpędzona kula zbliżała się w moim kierunku, z gracją usuwałam się z trajektorii jej lotu. Jak można się łatwo domyślić byłam tą dziewczyną, którą wybierano jako ostatnią do drużyny.

A jednak są tacy, którzy lubią zabawy z piłką /fot. Pexels CC0A jednak są tacy, którzy lubią zabawy z piłką /fot. Pexels CC0

Przyznaję, że moje dokonania w grach zespołowych z udziałem piłki nie mogą stanowić wielkiego powodu do dumy. Nie pucuję co sobota żadnych pucharów z zawodów. Mimo to jakąś straszną sportową ciapą nie jestem. Jako typowe dziecko wychowane na osiedlu z wielkiej płyty miło wspominam wszystkie trzepakogodziny. Po szkole spędzaliśmy mnóstwo czasu na zabawach na świeżym powietrzu. I pomimo szczerej niechęci do zajęć WF oraz ich dość ograniczonego spektrum tematycznego potrafiłam wykrzesać w sobie wiele entuzjazmu dla kultury fizycznej i jej przejawów.

Pierwszym sportem, który uprawiałam regularnie i dla przyjemności było pływanie. Przełamałam swoją niechęć do basenów po niezrównoważonym instruktorze z klapkiem. Przez kilka lat w każdą sobotę o siódmej rano chodziłam na basen z bratem i dziadkiem. Może wydawać się to straszne, ale o siódmej rano w soboty basen był pusty. A nie ma nic przyjemniejszego niż pływanie w samotności. Podobny klimat jest teraz na basenie wieczorem, na godzinę przed zamknięciem, kiedy obsługa przygasza światła i można pływać w półmroku. Absolutny relaks i detoks dla mózgu. Najbardziej lubię styl klasyczny, krytą żabkę. Podobno kraul jest lepszy dla kręgosłupa, ale dla mnie jest zbyt męczący. Kiedy pływam, nie mam potrzeby bicia rekordu szybkości na torze. Największą przyjemność sprawia mi pływanie w jeziorach. W czystej wodzie bez chloru. Nie przeszkadzają mi wodorosty ani muliste dno. Pływanie daje mi poczucie wolności, spokoju i pozornej zabawy z grawitacją. Nie należę do klubu morsa (jeszcze), ale jestem w stanie wejść do naprawdę zimnej wody. Najwcześniej kąpałam się w kwietniu.

To ja sobie popływamTo ja sobie popływam /fot. Magda Acer

Jogę odkryłam na studiach. To było coś fantastycznego, ponieważ okazało się, że poznałam ćwiczenia eliminujące ból kręgosłupa. Nie taktuję jogi jako filozofii życiowej, mentalnej ścieżki prawdy etc. To są doskonałe ćwiczenie, które utrzymują moje ciało w dobrej kondycji, a gibkość przydaje się w wielu sytuacjach. Dzięki jodze potrafię się wyciszyć i pozbyć stresów po ciężkim dniu w pracy.

W góry ciągnęło mnie od zawsze. Są dla mnie jak magnes. Zapach mokrej granitowej skały zawsze będzie mi się kojarzył z czymś absolutnie pierwotnym, z początkiem czegoś dobrego. Zmęczenie i wysiłek są wynagradzane widokami, za które można dać się pokroić. I poczuciem, że można wszystko oraz przekonaniem, że problemy zostały gdzieś na dole, u podnóży Gubałówki. Najbardziej kręciła mnie Orla Perć, szlak poprowadzony po grani. Jest tam sporo łańcuchów i trzeba się troszkę powspinać. Kilka lat temu, w górach pomyślałam, że mogłabym spróbować wspinaczki skałkowej. Jak to często bywa na myśleniu się w moim przypadku skończyło, ale gdzieś z tyłu głowy ta wizja - mnie na ściance - powoli kiełkowała.

Pod koniec 2013 roku przeczytałam świetny wywiad z Marianną Syrokomską-Kantecką instruktorką wspinaczki, która razem z mężem prowadzi centrum wspinaczkowe On Sight. I znów mnie tknęło, że muszę wreszcie tego spróbować tym bardziej, że ścianę wspinaczkową miałam w zasięgu 30 minutowej przejażdżki tramwajem. 10 miesięcy później umówiłam się z czytelniczkami Focha. Okazało się, że jedna z nich się wspina (i to jak!). Dzięki Ewie i jej mężowi wmiksowałam się we wspinanie dokumentnie. To była miłość od pierwszego wejścia. Adrenalina żywo popłynęła w moich żyłach.

Kiedyś też tak będęKiedyś też tak będę /fot. Maria Ly fickr CC0

Wspinaczka daje mi ogromny zastrzyk pozytywnej energii. Kiedy zrobię trudną drogę, taką na granicy możliwości, to wiem, że mogę wszystko. Tak życiowo również. Wiadomo, czasem chce mi się płakać ze zmęczenia albo trochę ze strachu, ponieważ lęk przed upadkiem pojawia się w trudniejszych momentach, ale jestem już uzależniona, więc wiem, że nie się nie poddam. Mam 38 lat i odkryłam już swój sport.

Magda Acer, Foch.pl