Za co lubię zakupy w internecie

Jestem osobą skąpą i oszczędną (powiedzmy, że pierwsze to wada, drugie to zaleta, a obie cechy napędzają się wzajemnie). Jestem także leniwa. Dlatego moje ulubione zakupy to zakupy w sieci.

Oczywiście, nie każdy zakup dokonany przez internet kwalifikuje mnie do przyznania sobie złotych gwiazdek w powyższych kategoriach. Gmeranie w sieci i środki na koncie owocują czasem fatalnymi nabytkami, bo im dłużej klikam, tym bardziej budzą się demony (czy ktoś chce trzy opakowania henny typu „mehendi”? Rok temu wydawało mi się, że jestem stworzona by dorabiać malując kobietom dłonie, hennę kupiłam i nawet nie otworzyłam paczki). Po latach doświadczeń wiem, że nie powinnam kupować spodni bez przymierzania, ponieważ moja proporcja talii do bioder i do łydki jest wartością niepojętą dla producentów odzieży (i dla mnie samej). Natomiast zazwyczaj znakomicie wcisnę stopę w każdy but oznaczony „38”, a brzuch w cygańskie spódnice na gumce (które następnie świetnie wkręcą się w łańcuch roweru, ale co tam, ślady smaru czasem wyglądają jak dziwny batik).

Jest jednak kilka grup towarów, które kupuję głównie w sieci i nie bardzo umiałabym z tej techniki zrezygnować.

1. KSIĄŻKI

Książek czytam sporo (że tak to eufemistycznie ujmę), ale ostatni raz zdarzyło mi się spontanicznie nabyć jakąś w księgarni ponad rok temu (i nie byłam z niej zadowolona, co za feler!). Dlaczego? Cóż, odpowiedzi są dwie: Aros i Bonito. Dwa dyskonty, w których książki są zawsze tańsze niż na półkach, przy czym z Bonito mogę odebrać je bezpośrednio, nie płacąc za przesyłkę, a Aros dostarczy mi paczkę za niewielką opłatą do jednego z kiosków Ruchu. Brzmi to jak mało finezyjna reklama, ale nią nie jest (bo nikt mi nie zapłacił). Po prostu cenię te sieci i nie widzę powodów, żeby nie wymienić ich z nazwy. W księgarniach stacjonarnych nie lubię przypadkowości: książka może być, może jej nie być, może być w systemie (zdarzało mi się dzwonić przez przyjazdem), ale zniknąć z półki w momencie mojego przybycia, wywołując duże zafrasowanie (moje i sprzedawcy). Minusem zakupów w sieci jest natomiast chytry system sugestii: „może zainteresuje cię też...”, „osoby, które to kupiły przeglądały też...”. Stawiam dolary przeciw orzechom, że mnie zainteresuje. To, tamto i jeszcze kilka innych. Dlatego wizyty w księgarniach sieciowych wymagają żelaznej dyscypliny finansowej i nieustannego przypominania sobie, że doba to zaledwie 24 godziny, a życie to zaledwie... hm. Czwarta część mgnienia, jak twierdził Daniel Naborowski.

2. JEDZENIE

Miss Olgu pisała ostatnio, że nie potrzebuje kupować jedzenia w sieci, bo w domu jada mało. A ja owszem, a ja tak! Ja wszędzie jadam dużo, poza tym mój mąż pracuje na kwaterze (i ma apetyt), posiadamy jeszcze dziecko i psa i, uff! Potrzebujemy tego jedzenia naprawdę sporo. Do tego nie mamy samochodu i zasiedlamy poddasze (ale bez romantycznie skośnych sufitów, to raczej dobudówka na dachu) w bloku bez windy. Myśl o tym, że w lodówce jest już więcej światła niż jedzenia i że zbliża się mało wyczekiwane „Popołudnie w markecie zakończone urwanymi rękami i złamany kręgosłupem” (film tylko dla dorosłych, produkcji krajowej) potrafiła mi skutecznie i długofalowo psuć humor. Stąd zakupy online. Owszem, muszę zapłacić za dowóz. Ale takie solidne zaopatrzenie zamawiam dwa razy w miesiącu, więc kwota rzędu 10 zł nie straszy na paragonie.

A teraz niech mi to ktoś zaniesie na górę (Fot. Olga Wróbel)A teraz niech mi to ktoś zaniesie na górę (Fot. Olga Wróbel)

Zanim zaczęłam kupować w tym systemie bałam się, że dostawca będzie wykorzystywał okazję by wciskać mi produkty z serii „niezbyt” (zwiędnięty por, obite jabłko, przerośnięte pieczary). Zdarzyło się to może ze dwa razy na przestrzeni trzech lat (przy czym mogłam zajrzeć do siatki z warzywami i odmówić przyjęcia tych, które mi się nie podobają, ale szkoda mi czasu na taki zaawansowany nadzór). Nie jest to w stanie przyćmić komfortu sytuacji, w której siedzę sobie w pracy, mam luźniejszy kwadrans i robię zakupy na dwa tygodnie, korzystając w dodatku z zapisanej w systemie listy najczęściej kupowanych produktów (zawsze 10 litrów mleka, zawsze płatki, zawsze twaróg, zawsze psie jedzenie). Plus nad plusami jest taki, że kiedy nie jestem wściekła (jak zawsze po pięciu minutach w markecie) i głodna, mogę dokonać rozsądniejszych wyborów spożywczych i kupić rzeczy, które nawet składają się na kilka pożywnych obiadów zamiast łapać mrożonki i pędzić do kasy, jak do szalupy ratunkowej na Titanicu.

3. FANABERIE

Znana wszystkim chyba konieczność trzymania budżetu w ryzach oduczyła mnie wybryków typu „Och, to jubiler, zobaczę, czy podobają mi się w ogóle te kolorowe kamyki na rzemykach”. No dobra, nie całkiem. Ale udało mi się wypracować nową metodę na realizację takich zachcianek. Zanim pójdę do sklepu, przeglądam internetową ofertę producenta. Dzięki temu unikam oczopląsu na miejscu. Idę, bo chcę tę konkretną bransoletkę, wiem ile kosztuje i rozważyłam cenę w kontekście rachunku za prąd i konieczności załatania zęba oraz zaszczepienia psa przeciwko wściekliźnie. Czasami jednak dokonuję działania odwrotnego: przestudiujmy casus hulajnogi. Otóż niedawno w sklepie sportowym (oglądałam kaski dla dzieci, nie myślcie, że nagle zaczęłam ćwiczyć) zaświtała mi myśl: „Czy na hulajnodze jeździ się fajnie?”. Spróbowałam i ach! Jeździ się wspaniale. Ale cena, ale cena! Poskramiając impuls powlokłam się smętnie do domu, po drodze knując jednak chytry plan: może w internecie znajdę lepszą opcję? Znalazłam, w dużym markecie sportowym hulajnoga tańsza była o jedną trzecią (na allegro znalazłabym pewnie jeszcze tańszą, ale zależało mi na sprawdzonej marce, nie mam ochoty stracić zębów czy skalpu). Kurier dostarczył mi ją pod drzwi i już, śmigam.

Hulajnoga - towar pierwszej potrzeby (Fot. Olga Wróbel)Hulajnoga - towar pierwszej potrzeby (Fot. Olga Wróbel)

Dobrą metodą jest też „wstrzymanie”. Taka na przykład tiulowa spódnica z siedmiu warstw w kolorze morskiej zieleni. Czy coś takiego jest bardzo potrzebne sekretarce w muzeum? Dałam sobie miesiąc na przemyślenie tej decyzji. Po upływie oznaczonego czasu nadal pragnęłam spódnicy, kupiłam ją, wyglądam w niej jak zbieg z Julinka, ale jestem zadowolona. Natomiast wiele rzeczy po takiej kwarantannie wypada z listy marzeń. 700 stron dzienników Andersensa (dobra, wypadało chwilowo, jeszcze wrócę do negocjacji ze sobą). Kolczyki z kwiatami wrzosu zatopionymi w przezroczystej żywicy. Dwudziesty notes w ładnej oprawie. Wazon z lat 70., taki tani na aukcji, ale co z tego, skoro nie umiem eksponować takich bibelotów i będzie stał w szafce obok słoja z mąką.

Niczego nie żałuję (Fot. Olga Wróbel)Niczego nie żałuję (Fot. Olga Wróbel)

Pochodną nabytków z serii „Fanaberie” są zakupy zabawkowe dla dziecka. Nie będę twierdzić, że mam w domu anioła, ale w sklepach córka zachowuje się zazwyczaj dobrze - nie ma napadów pożądania, płaczu i spazmów na podłodze, chwytania zabawek i ucieczki w dal. Przy czym kluczowe jest jednak słowo „zazwyczaj”. Ostatnio w sklepie księgarsko-papierniczym nastąpił mały dramat puzzlowy, bo kucyki Pony były tylko na układankach z 260 elementów. Za dużo dla trzylatki, wbrew jej żarliwym zapewnieniom o własnych talentach. Ale oto znak czasów i obyczajów: do Grety dociera argument, że po powrocie do domu sprawdzimy „w komputerze”, czy da się znaleźć puzzle z konikami pociętymi na jedyne 50 kawałków i jeżeli da się, to zamówimy właśnie takie.

Przeglądanie z dzieckiem ofert w sieci uważam za dobry sposób na zakupy z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, kupuję mniej więcej to, co córce się podoba, gdyż uważam, że do pewnego stopnia powinnam liczyć się z jej zdaniem. Po drugie, ograniczam jej wizyty w centrach handlowych, bo to głupie miejsca. Skoro wiem, że woli kalosze w gwiazdki od tych w kwiaty, to mogę sama szybko je kupić po pracy. Po trzecie, wierzę w naukę cierpliwości i wolę powiedzieć Grecie: „Okej, wybrałaś, to właśnie dostaniesz, ale za dwa dni” niż kupować bezpośrednio, zdejmując z półki i miotając się lekko pod wpływem bodźców handlowych wszelakich. Ważne: obiecawszy, bezwarunkowo dotrzymuję słowa.

Podsumowując, drodzy czytelnicy i czytelniczki: zakupy w sieci są fajne, oszczędzają czas i czasem pieniądze. Wymagają jednak pewnej wprawy i ocenienia, co jest dla nas korzystne i niezbędne, a co narazi nas na piekło reklamacji i odsyłania towarów (uściślenie: „piekło” to pojęcie względne, ale dla mnie wiąże się ono z każdą wizytą na poczcie i koniecznością pisania nadprogramowych maili).

A teraz jeszcze raz przyjrzę się tym „Dziennikom” Andersena...

Olga Wróbel, Foch.pl

Więcej o: