Co ja zjadam? Chłodnik Boga Buraczanej Kosteczki

Są na świecie potrawy, o których nie śniło się starożytnym Koreańczykom. Jedną z nich jest klasyczny chłodnik. Podobno każda gospodyni ma własny pomysł - jedne dodają szyjki raka, inne saletrę potasową i karmel w proporcjach 1:1, a ja robię to wszystko inaczej.

Gdyby zapytać przeciętnego, zdrowego Polaka w sile wieku o to, które polskie kwiaty zajmują szczególne miejsce w jego sercu, być może odpowiedziałby, że to ziemniaki ze schabowymi. Wystarczy jednak takiego delikwenta nieco wytrącić z równowagi, by między przekleństwa wepchnął jego - pięknego, soczystego, zdrowego, czerwonego buraka. I ja mu się nie dziwię.

Wiecie co wam powiem? Tak jak Zuzanna lubi kasztany z placu Pigalle (zwłaszcza jesienią), tak ja uwielbiam młode, polskie buraki. Zwłaszcza późną wiosną. Właściwie mogłabym je jeść nieustannie - na surowo, zamarynowane w occie i posypane sezamem, albo utarte z chrzanem. Najczęściej jednak porywam się na chłodnik. Mogłabym wam ściemnić, że ta zupa robi się sama, ale byłoby to podłe kłamstwo. Żeby się obeżreć dziko chłodnikiem, najpierw trzeba się nieco napracować.

Aaaaaby chłodnik wyszedł idealnie należy najpierw skolekcjonować odpowiednie przedmioty:

- świeże, młode buraki z liśćmi (pęczek, czyli powiedzmy pięć bulw, byleby nie były za małe, bo jak są małe, to i dziesięć trzeba...);

- ogórki małosolne (co najmniej cztery);

- rzodkiewka (pęczek);

- czosnek (cztery ząbki, może być mniej, jeśli nie lubicie);

- pęczek kopru;

- pęczek szczypioru;

- 400 ml śmietany 18 %;

- 400 ml gęstego jogurtu;

- 500 ml kefiru;

- 500 ml maślanki;

- jajka.

Zaczynamy od zrobienia dużej ilości miejsca w lodówce. Mniej więcej tyle, by zmieścił się tam garnek pełen zupy. Następnie wyciągamy wielki, pusty gar z szafki, zgarniamy dechę do krojenia, nóż, myjemy buraki, delikatnie obieramy bulwy z wierzchniej warstwy (tak, by pozbyć się tej parchatej powłoki, która stykała się z gruntem). Obrane bulweńki siekamy na kosteczkę o wymiarach 5x5 mm. Nie ważcie się kroić grubiej, bo przyjdzie do was Bóg Buraczanej Kosteczki i wymierzy sprawiedliwość za pomocą linijki.

Elementy składowe. fot. Dominika WęcławekElementy składowe. fot. Dominika Węcławek

Kosteczkę wrzucacie do garnka, nastawiacie na piecu wodę do zagotowania. Powiedzmy, że 0,5 l. Teraz zabieracie się za siekanie liści buraka. Siekacie je na tyle drobno, by nie budziły odrazy podczas konsumpcji. Jeśli lubicie memłać zdechłą sałatę, zapewne zaakceptujecie też średnio siekane liście buraka. Jeśli wasze dziąsła kłuje nawet drobno zmielona pietruszka, to znaczy, że za krótko byliście w wojsku, wypieprzać, bo to jest chłodnik, a nie mamałyga dla niemowlaka.

Posiekane liście wrzucacie do gara. Całość zalewacie odrobiną wrzątku. Odrobiną, do cholery! Raczej chodzi o uzyskanie buraczanego błotka, niż buraczanego stawu. Wstawiacie to błotko na ogień. Gotujecie minutę, po czym zdejmujecie i czekacie aż wystygnie. Możecie w tak zwanym międzyczasie dodać sól. Nie pisałam o soli? Serio? To tak oczywista przyprawa, że najwyraźniej szkoda mi było na jej wymienianie wirtualnego papieru. Solicie. Ze trzy-cztery szczypty. Możecie tez dodać pieprz oraz łyżkę cukru. Tak. Cukru. Tak, tylko łyżkę. No, chyba, że zależy wam na stworzeniu przerażającego deseru, wówczas jedziecie z cukrem na szklanki.

Teraz czas na prawdziwy hardkor. Oto wasz mały Wietnam. Musicie posiekać drobno ogórki małosolne, następnie posiekać drobno rzodkiew i nie wolno wam przy tym wybierać dróg na skróty. Żadnego ucierania na tarce ani innych tricków. Siekanie. Kosteczka. I wiecie co się stanie, jak będzie grubsza niż 5x5 mm? Tak, przyjdą do was kolejno: Bóg Ogórkowej Kosteczki i Bóg Rzodkiewkowej Kosteczki i obydwaj wymierzą sprawiedliwość linijką. Co posiekane - to do gara.

posiekane. fot. Dominika Węcławekposiekane. fot. Dominika Węcławek

Dalej zabieracie się za koper i szczypior. Siekacie je drobno, ale już nie musicie odmierzać niczego w milimetrach, dość tej pornografii. Następnie wlewacie te wszystkie nabiały i wyciskacie czosnek przez praskę. Możecie też go rozjechać mielarką do czosnku na kółkach, albo zgnieść w dłoniach (ale to słaby pomysł, bo może boleć, a czosnek i tak będzie taki raczej niewyciśnięty). Mieszacie. Sprawdzacie, czy aby ma to już jakiś smak. Niezależnie od wyniku testu organoleptycznego wstawiacie chłodnik do lodówki. Niech sobie tam siedzi godzinę lub dwie, albo i trzy. Niech nabiera smaku i mocy urzędowej. Zajmijcie się jajkami. To bardzo ważne. Musicie te obłe szuje ugotować na twardo. Nie moja sprawa jaką wybierzecie technikę - czy będzie to klasyczne wodowanie, czy laser, podgrzewanie w mikrofalówce, czy może przepuszczenie przez jajko łuku elektrycznego. Mają być ugotowane.

Przepraszam, już jestem głodna.Przepraszam, już jestem głodna.

Po dwóch godzinach sprawdzacie smak chłodnika. Jeśli jest satysfakcjonujący - wpier... znaczy kroicie jajko w kosteczkę, w łódeczki, albo w fikuśne kształty przypominające składającego się do lotu żurawia, zalewacie to chłodnikiem i wpier... zjadacie. Smacznego.