Lubię seks, ale czasem po prostu nie wychodzi

Linda na ogół seksualnie rozpasana, ale i ona miewa chwile słabości. Dezorientacji. Lenistwa. Rozedrgania. I wtedy czasem trudno jej się na seksie skupić. Nie idzie i już.

Ja nie lubię seksu? Ja? Serio? Po tylu poważnych artykułach na ten temat śmiesz jeszcze coś takiego twierdzić? Otóż, mój drogi, lubię seks i to bardzo. Pisałam już dlaczego lubię i jak najbardziej lubię. I z kim. I z czym. Ale czasem, niestety, po prostu nie wychodzi. Nie wychodzi i już. Kiedy? I dlaczego?

1. Kiedy na mnie burczysz i furczysz. Cały dzień jesteś niezadowolony i ciągle coś jest nie tak. Nie taka kawa, nie takie śniadanie, nie tak zamknęłam drzwi, ty to robisz szybciej i zupełnie bezgłośnie, nie obijając przy tym drogocennej framugi kluczami. Koszuli nie wyprasowałam (serio? Tak, jakbym to kiedykolwiek robiła, ale ty twierdzisz, że żony kolegów im prasują, a ja nigdy i chciałbyś to zmienić. Och. Na szczęście się tym nie przejmuję. Prawie. Bo z seksu nici).

2. Kiedy mnie nie zauważasz, nie komplementujesz, nie mówisz, że jestem najpiękniejsza i najwspanialsza i tylko ze mną chcesz być (co mnie to obchodzi, że to nie do końca prawda? Albo nieobiektywna prawda? Albo taka sobie prawda? Kogo w ogóle obchodzi jeszcze prawda?). Kiedy nie piszesz do mnie sms-ów, żeby podgrzać atmosferę w ciągu dnia, nie zabierasz mnie na randki od czasu do czasu, żeby w jakimś przyjemnym miejscu potrzymać mnie za rękę, popatrzeć na mnie trochę dłużej, posłuchać tych wszystkich rzeczy, które mam ci do powiedzenia, a na które nigdy nie ma czasu. Boże, jakie potworne banały, zaraz się chyba porzygam, ale tak, one wszystkie dobrze działają na seks. Sad but true.

3. Kiedy w pracy dno i masakra, stres i dziwki (fiutki) u władzy. Łatwo się mówi, "zostawić pracę w biurze", kiedy ona lubi się tak do nas przykleić, obkleić, wkręcać nam się w mózg w najmniej oczekiwanych momentach, np. wtedy, kiedy ty już jedną rękę masz na moim lewym sutku, a drugą dużo, dużo niżej. A w mojej głowie chomiki zasuwają: jutro te tabelki, tamte papierki, znowu ta zołza, ten palant, co ja mu powiem, jak go spotkam na kawie? Nie zauważyłam nawet tych twoich rąk, sorry, coś tu na mnie leży i niebezpiecznie mnie gilgocze, ale co to, weź, nie cierpię łaskotek.

Nadmiar myślenia szkodzi (Rys. Magda Danaj)Nadmiar myślenia szkodzi (Rys. Magda Danaj)

4. Kiedy kładziemy się spać po 24.00, bo wcześniej i tak nasza latorośl nasuwała w piłkę czy innego mordercę, czy kierowcę rajdowego, a przecież nie będziemy TEGO robić przy nim, dziecku takiej traumy fundować, sypialni przecież już od lat nie mamy, w salonie drzwi brak, bo warto było "otworzyć przestrzeń", żeby odzyskać jakoś ze dwa metry. Nie wiem, jak w tej wspaniałej otwartej przestrzeni w bloku zdobyć się na szaleństwo i banalne postękiwania, szczególnie po 24.00, kiedy śpię zanim jeszcze zdążę się położyć, przepraszam, znowu zasnęłam w opakowaniu i z tuszem na rzęsach (bo tylko on został po całym dniu wycierania się o rzeczywistość). Wtedy możesz mnie ewentualnie "na trupka", ale i to niekoniecznie, bo mogę skopać, jeśli przyśni mi się przy tym zły sen, na przykład o Wandzie, co nie chciała Niemca.

5. Bo się za mało napiłam. Albo za dużo. Nie, nie chodzi mi o wodę. W naszym pięknym kraju alkohol bywa wspaniałym afrodyzjakiem, prozakiem, antydepresantem, wszystkim. Libido też pobudza (czasem), ale dawkowanie jest trudne. Łatwo przegapić odpowiedni moment, bo jak się jest "o jeden kieliszek za daleko", to chrap, a jak o jeden za mało, to wrzask. Tak, alkohol to dobro, ale niełatwe i nie dla mięczaków.

6. Bo czasem seriale są za dobre. I takie zupełnie bezwysiłkowe. Nie potrzeba do nich gry wstępnej, po prostu włącza człowiek guzikiem i reszta sama się dzieje. Można leżeć jak kłoda, zasnąć w trakcie i nikt nie będzie czuł się obrażony.

7. Bo czasem zapytasz znienacka "o czym myślisz" i ja, zamiast zignorować to pytanie i zająć się ćwiczeniem mięśni ust, zaczynam mówić. Mówię, mówię, mówię, aż się okazuje, że mówię do ściany, bo ty już dawno śpisz. Nie to, że przynudzałam, po prostu późno się zrobiło i apetyt zniknął.

A czasem jeszcze boli głowa. Albo życie. To drugie gorsze zresztą. I skuteczniejsze.

Więcej o: