Jak pocieszać, by naprawdę pomóc

Czasami ktoś bliski cierpi z jakiegoś powodu. Nie nam oceniać, czy błahego czy realnego. Cierpi, a my mówimy: "wszystko będzie dobrze, zobaczysz". Czy takie słowa mają moc?

Przyjaciółka (czy ktokolwiek inny) chce się wygadać, wypłakać lub wyrzucić z siebie złość czy żal. Gdy cały ten ogrom słów i emocji wyleje się z niej, należy zrobić coś ponad dotychczasowe kiwanie ze zrozumieniem głową. Tylko co?

Może być tak, że problem nas zupełnie nie obchodzi - nie rozumiemy go, nie potrafimy się wczuć. Albo - zwyczajnie - wydaje nam się, że problemu nie ma. Bywa i tak, że problem widzimy, ale przerasta nas swoim rozmiarem, czujemy, że nie mamy wystarczająco dużo życiowej mądrości, doświadczenia czy elokwencji, by sobie z tym poradzić. W obliczu naprawdę strasznych życiowych zakrętów powiedzenie "wszystko będzie dobrze" to chyba za mało, prawda?

Ale lepiej powiedzieć to, niż nie mówić nic. A często zdarza się, że unikamy problemów, które nie dotykają nas bezpośrednio. Gdy cierpi nasz partner, mamy na co dzień do czynienia z jego bólem - zbieramy się w sobie i staramy się z tym mierzyć. Choć historia zna i przypadki ucieczki w pracę czy cokolwiek innego (dzieci, naukę, opiekę nad babcią czy misję "kupno pralki"), co jest dobrym alibi w ucieczce przed trudną rozmową.

Gdy cierpi ktoś, z kim nie mieszkamy, więc - przytłoczeni własnymi sprawami - możemy jakoś uniknąć trudu pocieszania, czasem korzystamy z tego wątpliwego przywileju. Potem się wstydzimy i przepraszamy - i nawet znajdujemy zrozumienie, ale prawda jest taka, że w kluczowym momencie daliśmy ciała. Ze strachu, z braku czasu - przecież nie z obojętności. Choć dla osoby, która cierpi tak właśnie może to wyglądać. Bo gdy komuś jest źle - musi czuć, że nie jest sam. Że są ludzie, którym to cierpienie nie jest obojętne i którzy są gotowi stanąć na rzęsach i wywinąć piruety, by tylko choć trochę poprawić sytuację. Którzy po prostu dzwonią lub pukają do drzwi, tylko po to by BYĆ.

Czego na pewno nie należy robić? Nie należy umniejszać problemu. Jeśli ktoś zalewa się łzami, bo został porzucony po trzech tygodniach randek, nie mówimy "oj daj spokój, przecież to nie była miłość!". Gdy ktoś został porzucony po 30 latach małżeństwa, nie mówimy "a nie mówiłam! To był fatalny człowiek". I - co warto sobie uświadomić, nim wypowiemy takie "mądre" słowa - sami popełniamy takie same wykroczenia przeciwko rozsądkowi, jak nie na płaszczyźnie uczuciowej, to zawodowej, wychowawczo-dziecięcej czy jakiejkolwiek innej. Nie należy też mówić: "nie przesadzaj, to nie jest jakaś tragedia". Nawet jeśli obiektywnie, czytaj: w skali całego świata (głodu w Afryce, konfliktów na Bliskim Wschodzie, pożarów, gwałtów i całego okropieństwa) ten "problem", o którym jest mowa jest błahy, to dla osoby, która go przeżywa może być w tym momencie totalnie rozbijający, największy, koszmarny i (pozornie) nie od udźwignięcia. Niech więc wie, że może się wypłakać, wyżalić, wykrzyczeć czy wygadać. A naszym obowiązkiem bliskiej osoby - siostry, córki, przyjaciółki - jest wysłuchać, nie oceniać.

Dawanie złotych rad zaczynających się od "ja na twoim miejscu" niekoniecznie jest dobrą strategią. Tu oczywiście dużo zależy od osoby cierpiącej, ale zakładam, że skoro postanowiła się podzielić swoim dramatem akurat z takim, a nie innym odbiorcą - to znaczy, że obie strony się dobrze znają i sobie ufają. (Nie tyczy się to osób z zaburzeniami, które pragną opowiedzieć wam swoją historię życia w komunikacji miejskiej - tak żeby była jasność). Osoba, która się nam zwierza jest JAKAŚ, wiemy mniej więcej jaka, więc prawdopodobnie czujemy, jak należy rozmawiać. Może oczekuje dobrych rad. Jeśli nie jesteście jednak tego pewni, może warto spytać: "chcesz usłyszeć moją radę w tej sytuacji"? Prawdopodobnie powie, że tak, ale mowa ciała zdradzi, czy naprawdę tego chce. Nie warto nikogo na siłę wychowywać i klarować mu jak krowie na rowie. Prawdopodobnie chodzi o to, by się wygadać. Bądźmy więc cierpliwym i wyrozumiałym uchem.

Gdy widzisz, że ktoś cierpi - spytaj, co się stałoGdy widzisz, że ktoś cierpi - spytaj, co się stało

Co robić zdecydowanie należy? Nie odpuszczać. Komunikaty "nie chcę o tym gadać", "chcę być sama" - należy przyjąć na klatę, ale nie stosować się do nich w stu procentach. Nie znaczy to, że należy osobę pogrążoną w smutku na siłę wyciągać na światło dzienne i aplikować jej milion rozrywek na minutę. Nie oznacza to także, że trzeba zmuszać ją do niekończących się rozmów na temat będący powodem frustracji. Ale nie wolno znikać na długie tygodnie, wychodząc z założenia, że "sama się odezwie, jak będzie gotowa". Bo żeby była gotowa, musi czuć, że ma wsparcie. To może być sto wykonanych telefonów, których nie odbierze, tysiąc sms-ów, na które nie odpisze. Ale WIE, że jesteśmy gdzieś w okolicy. I doceni to, że nie odsunęliśmy się w opcję "na przeczekanie".

Wybaczcie, że nie udzieliłam odpowiedzi na postawione w tytule pytanie - a przynajmniej nie takiej odpowiedzi, która rozjaśni wszelkie mroki niewiedzy i nieumiejętności. Nie wiem, jak postąpić, gdy ktoś bliski mi cierpi. Działam intuicyjnie i staram się BYĆ. To jest (chyba?) kluczowe.