"Ofiara 44?, czyli jak popsuć dobrą książkę

Przekombinowane zakończenie potrafi skutecznie zatrzeć pozytywną opinię o książce lub filmie. Takie właśnie przemyślenia mam po przeczytaniu "Ofiara 44" autorstwa Toma Roba Smitha.

O książce dowiedziałam się mimochodem - czytając informację o powstającej ekranizacji, gdzie w rolach głównych zobaczymy Toma Hardy'ego, Gary'ego Oldmana i Vincenta Cassela. Jako Hardymaniaczka podskoczyłam do góry i w myślach zrobiłam salto. Ekstra smaczku dodał fakt, że Putin wpisał "System" (polski tytuł filmu) na listę filmów zakazanych. Cóż, od historii nie da się uciec. Ja wpisałam ten film na listę obowiązkowych i na wszelki wypadek postanowiłam przeczytać też książkę. Bo, kto wie, może jest jeszcze lepsza?

screen www.publio.plscreen www.publio.pl

Historia opisana w książce "Ofiara 44" zaczyna się od ukazania czasów Wielkiego Głodu na Ukrainie - śmierci milionów ludzi, potwornego bestialstwa, kanibalizmu. Muszę przyznać, że autor od pierwszej strony wciągnął mnie w mroczny świat rządów Stalina.

Na początku poznajemy braci, którzy polują na jedynego żywego kota, jaki uchował się we wsi. Dzieci są bardzo zdeterminowane, od wielu dni nie jadły. Podczas polowania starszy z chłopców zostaje schwytany i ogłuszony przez nieznanego mężczyznę, następnie wrzucony do worka i porwany. Młodszy z braci ucieka do domu i informuje o zdarzeniu matkę, która domyśla się, że jej dziecko zostało porwane w celu konsumpcji. Kobieta odchodzi od zmysłów i za wszystko obwinia młodsze dziecko.

Następnie autor przenosi nas do Moskwy dwadzieścia lat później. Tu poznajemy Lwa Stiepanowicza Demidowa. Funkcjonariusza Ministerstwa Bezpieczeństwa, który tropi wrogów państwa, agitatorów i wywrotowców. Lew tropi wszystkich tych, którzy rzeczywiście chcieli obalić rządy reżimu, ale i tych, którzy po prostu krzywo spojrzeli na sąsiada, a ten postanowił na nich donieść. Nie ma znaczenia, czy powód donosu był prawdziwy. Każdy ma coś na sumieniu, trzeba tylko wyciągnąć przyznanie się do winy. Pracownicy bezpieki mieli swoje sposoby. Ból i upokorzenie ma swoje granice, granice za którymi powiesz cokolwiek, byleby już się skończyło. Nie chcę się tu rozpisywać, bo opisy wyciągania zeznań są drastyczne, ale jest to moim zdaniem najlepszy fragment książki. Smith doskonale ukazał mechanizmy systemu totalitarnej władzy i rozumiem, że Putinowi może się to nie podobać.

Nasz bohater dostaje zadanie uspokojenia kolegi z biura, który chodzi i opowiada, że jego synek został zamordowany, a on przecież wpadł pod pociąg. Za czasów Stalina do morderstw "nie dochodziło". Idealne państwo potrafiło wyplenić w ludziach chęć mordu. Kto uważał inaczej, był wrogiem ludu i należało go wysłać do łagru na 25 lat, żeby zrozumiał swój błąd.

Lew w dosadny sposób przekonuje przyjaciela do zmiany poglądów. Albo przestanie mówić o morderstwie, albo on, jego żona i matka zostaną zesłani. Podczas kolejnego zadania dochodzi do konfliktu między Lwem, a jego pracownikiem, który postanawia się zemścić. Spreparowanie oskarżeń w tamtym czasie było proste jak podanie ręki, więc Lew wraz z żoną zostają aresztowani i mają być wywiezieni do łagru. W tym czasie umiera Stalin i zmienia się sytuacja polityczna. Dzięki temu Lew zostaje tylko zdegradowany do roli milicjanta i wysłany daleko od Moskwy.

W miasteczku, w którym teraz żyje, dochodzi do okrutnej zbrodni na dziecku. I znowu widzimy ten sam schemat. Morderstwo nie istnieje, morderstwa popełniane są tylko na zgniłym zachodzie. System się nie myli. Tym razem jednak Lew nie odpuszcza i postanawia wraz z żoną znaleźć prawdziwego mordercę.

I to jest moment, w którym całkiem dobra książka zmienia się w coś niestrawnego. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego autor tak zbłądził. Rozczarowało mnie budowanie napięcia rodem z amerykańskich filmów. Jeszcze jedna pułapka i też ją pokonamy. Jeszcze jedna przeciwność losu - hej! co to dla nas. A zakończenie jest tak wydumane i szmirowate, że twórcy polskich komedii romantycznych mogą śmiało złapać Smitha za rękę i udać się razem z nim w stronę tęczy. Serio, wkurzyłam się i jestem już prawie pewna, że film sobie odpuszczę. Mimo Toma Hardy'ego, trudno.

Więcej o: