Prezenty na koniec roku dla nauczycieli, dyrekcji, kucharek, dozorcy... i kogo jeszcze? To absurd!

Kosz łakoci za to, że dozorca zamiata liście, a kucharki robią obiady? Już samo wręczanie tych upominków wychowawczyniom wydaje mi się dyskusyjne. A teraz jeszcze okazuje się, że to nie jest spontaniczny wyraz wdzięczności rodziców. To twardy obowiązek. Coś jak płacenie haraczu albo podatku dochodowego.

Redaktor Nowakowska pisała niedawno o kwestii prezentów wręczanych nauczycielom na koniec roku. Chciałabym dorzucić swoje trzy grosze. Moje dziecko kończy właśnie edukację żłobkową, od września wyrusza do przedszkola. Odbyło się zakończenie roku, dzieci śpiewały i tańczyły, rodzice płakali ze wzruszenia, panie opiekujące się grupą, dyrektorka i pielęgniarka dostały kwiaty, kosze z czekoladkami, kawą itp. Nie lubię tego zwyczaju, ale trudno, jest jak jest. I coraz bardziej zastanawiam się, czy przypadkiem jest jak być nie powinno. Oto dlaczego.

Kilka dni po zakończeniu całego balu przebierałam rano córkę w szatni w towarzystwie jeszcze jednej mamy, działającej w Komitecie Rodziców. Było już po ósmej, szatnia pusta. Z gabinetu wyszła dyrektorka i bez większych wstępów powiedziała do mamy z Komitetu:

- Panie kucharki i pan sprzątający teren nie dostali od państwa grupy prezentów. W związku z tym powstał FERMENT. Co rodzice zamierzają z tym zrobić?

Mama z Komitetu zamarła, ja zresztą też. Dlaczego nic nie powiedziałam? Nie wiem. Przebrałam dziecko i wyszłam, chwilę potem spotkałam niezbyt uszczęśliwioną winną niedoboru prezentów. Powiedziała, że jej dziecko chodzi do żłobka drugi rok, w zeszłym semestrze też było źle, bo kosze trafiły tylko do opiekunek grupy. W tym roku lista została poszerzona o dyrektorkę i pielęgniarkę. Najwyraźniej to nadal za mało.

Serio, jak daleko to może zajść? W żłobku nie pracują wolontariusze, wszyscy mają ustalone pensje, dodatki, dyrektor dysponuje też zapewne funduszem nagród, jak w większości instytucji budżetowych. Kosz łakoci za to, że dozorca zamiata liście, a kucharki robią obiady? Już samo wręczanie tych upominków wychowawczyniom wydaje mi się dyskusyjne. A teraz jeszcze okazuje się, że to nie jest spontaniczny wyraz wdzięczności rodziców. To twardy obowiązek. Coś jak płacenie haraczu albo podatku dochodowego.

Oczywiście, nikt nie powie dyrektorce w twarz „Chyba pani mocno przesadziła i z etyką też jesteśmy trochę na bakier, nieprawdaż?”. Bo miejsc w żłobkach jest mało, bo jeszcze pójdzie fama, że rodzic konfliktowy i dziecku będzie źle, a kucharka napluje mu do talerza. Przyzwyczailiśmy się traktować takie instytucje jak dobroczynne oazy, do których ostatkiem sił trzeba się dowlec, miejsca nie stracić, uszy po sobie, następne dziecko przecież też chcemy tam umieścić. Tymczasem żłobek to instytucja usługowa. Jesteśmy klientami żłobka, to my płacimy za zajmowanie się dziećmi i niejako sprawujemy kontrolę nad jakością usług (a przynajmniej powinniśmy). Dyrektorka nie jest najwyższym bóstwem, oddelegowanym do dyrygowania dwulatkami i ich rodzicami, przy okazji.

Pamiętam, jak po obronie magisterki wręczyłam mojemu promotorowi zapakowany ładnie zestaw kubek+herbata. Profesor Marek Prejs naprawdę pomógł mi w zbieraniu materiałów do bibliografii, kubek był szczerym darem serca. Profesor wzbraniał się, mówiąc, że Rada Wydziału kategorycznie zakazuje przyjmowania czegokolwiek od studentów. Lekarze także nie mogą oficjalnie zbierać swoich koniaków, czekoladek i innych fantów. Może (chociaż skala nieporównywalna) czas wprowadzić pewne standardy do szkół, przedszkoli i żłobków? Gdybym miała poczucie, że któraś z pań roztoczyła wybitnie czułą opiekę nad moim dzieckiem, pewnie chciałabym się jej zrewanżować - ale wtedy raczej napisałabym liścik i narysowała coś pod spodem razem z córką. Przymus wręczania kosza nadętej pielęgniarce i anonimowemu panu od liści naprawdę mnie mierzi. Ten zwyczaj po prostu wymknął się w niektórych miejscach spod kontroli.

P.S. Suplementem do tego tekstu powinna być rozprawka „Czy warto tresować niespełna trzylatki do tańca, śpiewu i recytowania przez 40 minut, szczególnie jeżeli na widok rodziców oglądających występ płaczą i wolałyby iść z nimi do domu?”. Ale już nie mogę, ręce mi opadają.

Więcej o: