Byłam szczęśliwą palaczką - o tęsknocie za dymkiem

Dzień dobry, nazywam się Olga Wróbel i jestem nałogową palaczką. Wprawdzie od czterech lat nie dotknęłam nawet papierosów, ale to nie ma większego znaczenia dla mojej głowy.

Czy mogę uczciwie powiedzieć, że uwolniłam się od nałogu, kiedy idąc spokojnie, po schodach, po pracy, wspinam się na swe poddasze i myślę: „Jestem zmęczona, zrobię sobie idealny wieczór, dużo gorącej herbaty, książka, słone paluszki, papieros... Oh wait!”. Albo kreślę czasem w głowie obraz idealnej siebie, włosy gładkie, nienastroszone, cera nieskazitelna, oko lśniące (i to nie od alergicznych łez, zaznaczam), w dłoni oczywiście dymiący papieros. Gdyby tego było mało, raz na jakiś czas mózg funduje mi sen o paleniu, które jest dokładnie tak wspaniałe, jak je zapamiętałam, ale zawsze, nawet w głębinach fantazji, podszyte porażającym poczuciem winy: przecież nie powinnaś, rzuciłaś, cztery lata czystości właśnie znikają w chmurze rakotwórczych, pysznych substancji! Co na to powiesz, kiedy się obudzisz?

Ach, te niegdysiejsze śniegi! Wierzę, że są ludzie z powołaniem, którym bardzo do twarzy z pewnymi akcesoriami. Mężczyźni, którzy wyglądają wspaniale w szelkach (oczywiście NIE TYLKO w szelkach, reszta ubrania też tam jest, przysięgam), kobiety, które kraciastą koszulę potrafią nosić z wdziękiem i nie przypominać zbiegłej spod Wyszkowa działkowiczki. Wiecie, o czym mówię. Uważam, że papieros był właśnie czymś takim dla mnie. Był emanacją mojej duszy! Uwielbiałam palić, chociaż zaczęłam dość późno (ha, ha), bo dopiero pod koniec drugiej klasy liceum.

Mniam! (Fot. Olga Wróbel, archiwum prywatne)Mniam! (Fot. Olga Wróbel, archiwum prywatne)

Nastolatkom mówi się często w celach wychowawczych okropną rzecz: „Palisz, ooo, chcesz wyglądać na dorosłego?” Ale nie na tym polega problem, o ile dobrze pamiętam zamierzchłe czasy szkoły średniej. Szczególnie że teraz do dorosłości nikomu szczególnie się nie spieszy, można raczej zaobserwować odwrotny trend. Dla mnie palenie było znaczącym katalizatorem kontaktów międzyludzkich, kłopotliwych dla osoby introwertycznej, którą wtedy byłam. Najfajniejsze osoby w szkole paliły. Stanie obok takiej grupki na przerwie TAK PO PROSTU byłoby dziwne. Na papierosie - zupełnie oczywiste. Wszyscy paliliśmy „na murku”, więc gdzie miałabym niby przebywać ze swoim marlboro lightem? Obok. A „obok” to już niezły pretekst, żeby czasem coś skomentować, potem powiedzieć „cześć”, skoro znamy się już z widzenia i pożyczania zapalniczki. I gotowe - starsi koledzy z mat-fizu „zapoznani”, jak to mawiała moja wychowawczyni.

Im później, tym lepiej nikotyna pomagała w testowaniu więzi międzyludzkich. Jak szybko sprawdzić, czy spojrzenia w moją stronę na imprezie są przypadkowe? Rzucić niezobowiązująco „Idę zapalić”. Wychodzi ze mną? Wspaniale! Jeżeli pójdzie dobrze, nieprędko wrócimy do reszty towarzystwa. Z sentymentem wspominam też pracę we Francji, gdzie w 2001 roku po raz pierwszy zobaczyłam tytoń w paczkach i bibułki. To było znakomite lato, pełne niewydarzonych, spotworniałych papierosów rozpadających się zanim udało się podpalić ośliniony pakiecik i uprzejmych Francuzów, gotowych zwijać tytoń za mnie, dla mnie.

Może dlatego właśnie tak brakuje mi palenia? Kiedy myślę o papierosach, zawsze widzę romantyczne lub co najmniej przyjemne momenty życia: wszelkie papierosy „po” w malowniczo wymiętej pościeli, pierwsze samodzielne mieszkanie, w którym mogłam wreszcie snuć się z fajką wszędzie, nawet jeżeli to „wszędzie” z konieczności zawierało się w 23 metrach kwadratowych (w domu rodziców nie paliłam nigdy), triumfalne papierosy poegzaminacyjne, obowiązkowy papieros na zakończenie każdego projektu komiksowego, czy to planszy, czy rozdziału. A teraz? Jak świętować? Napić się herbaty? (alkoholu od dwóch lat nie tykam). Zjeść coś dobrego? Dziękuję, moje spodnie nie pomieszczą więcej czekoladowych gratyfikacji.

Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią kontrolować swoje pasje. Mój mąż palił tyle co ja, być może nawet więcej. Oboje rzuciliśmy w dniu, kiedy na teście ciążowym ukazały się kultowe dwie kreski. Mnie niosły hormony i uziemiały mdłości, poszło łatwo. Ale Daniel także nie miał szczególnych problemów z odstawieniem nikotyny, tak samo jak dziś może bez problemu palić raz w miesiącu na koncercie, wernisażu czy innym wyjściu na miasto i nie wrócić do nałogu. Nienawidzę go za to (troszkę).

Ja jestem urodzonym nałogowcem. Jeżeli jem czekoladę, to całą, jeżeli gram w grę, to pokrywam się brudem i nie śpię w nocy, jeżeli palę, to paczkę w dwa dni, nie ma etapów pośrednich. Skąd wiem? Och, bo już kiedyś rzuciłam na cztery lata (ze strachu przed rakiem, możecie się śmiać). Męczyłam się niewiarygodnie, potem byłam dumna jak paw, że wola taka żelazna, a płuca takie czyste, a jeszcze chwilę potem rzucił mnie chłopak, polazłam wypłakiwać się dawno niewidzianemu koledze, a on, pamiętając posiedzenia na murku przed szkołą, zapytał: „Papierosa?” No, czemu nie, skoro życie nie ma sensu, to jednego chyba mogę, i tak mi już nie smakują. Tydzień później paliłam jak opętana, cztery lata poszły się je zostały bezmyślnie zmarnowane.

Ten szczęsny czas (Fot. Olga Wróbel, archiwum prywatne)Ten szczęsny czas (Fot. Olga Wróbel, archiwum prywatne)

Dlatego teraz wiem, że nie ma dla mnie opcji „tylko w weekendy” albo „tylko kiedy jestem na wakacjach”, albo... Rozmarzyłam się. Po prostu nie mogę dotykać papierosów. Koniec. Bo są niezdrowe, bo cuchną, bo są drogie - jestem wdzięczna za akcyzę, niech nam rośnie bez końca, gdyby paczka fajek nadal kosztowała tyle, co za moich licealnych czasów, nie wiem, na jak długo wystarczyłoby mi woli i rozsądku.

A teraz idę zrobić sobie tę gorącą herbatę i z wewnętrznym skowytem przejrzeć foldery ze zdjęciami w poszukiwaniu naprawdę ładnego portretu szczęśliwej palaczki, którą niegdyś byłam.

Więcej o: