Czy widzieliście kiedyś, jak wasi rodzice się całują?

Dzieci nie biorą się z kapusty, ani nie przynosi ich bocian. Proza życia może jednak sprawić, że to założenie w małoletnich umysłach wyda się całkiem prawdopodobne.

Moja przyjaciółka zwróciła mi ostatnio uwagę na motyw w amerykańskich serialach familijnych, zarówno tych, które pamiętamy z fantastycznego dzieciństwa przełomu lat 80. i 90., kiedy takie rarytasy zaczęły docierać do Polski (typ: "Pełna chata"), jak i bardziej współczesnych. Dorośli całują się lub przytulają, a patrzące na to dzieci symulują wymioty lub w inny sposób okazują zdegustowanie. Śmiech z puszki. Dlaczego? - zaczęłyśmy się zastanawiać z Justyną. Nie dość, że przerysowana reakcja, to jeszcze sugerowanie, że jest to śmieszne lub obrzydliwe. Okazujący sobie czułość dorośli są w jakiś sposób niecodziennym widokiem, budzącym zrozumiałą i komiczną zgrozę. Świetny przekaz, nieprawdaż? Ale potem zaczęłam zastanawiać się nad życiowym aspektem takiej scenki. Ja i mój mąż - jak najczęściej widzi nas córka? O zgrozo. Analiza nie wypadła korzystnie.

Czy zaskoczy kogokolwiek truizm, który nieuchronnie spływa właśnie z moich spracowanych, powykrzywianych od stukania w klawiaturę, dłoni? Otóż w dzisiejszych zdegenerowanych czasach mamy niewiele okazji, by cieszyć się spokojem na łonie rodziny. Patrzę na nas. Rano galopujemy do żłobka - wprawdzie jest niedaleko, na tym samym podwórku, ale wiadomo, im bliżej, tym łatwiej się spóźnić. U naszego boku pies i rower, na którym śmigam do pracy. Córka dostaje całusa przy furtce, ale do męża częściej warczę wskazówki dotyczące rzeczy do zrobienia w domu (jako freelancer to właśnie on zajmuje się gospodarstwem, pod moją światłą, aczkolwiek opresyjną, kontrolą). Ponownie widzimy się o 16, kiedy jestem spocona, głodna i zła, a po obiedzie już tylko zmęczona. Córka dostała całusa na powitanie, a mąż? Hmmm, chyba próbował objąć mnie, kiedy chowałam do lodówki jaja (tak). Nienawidzę, gdy ktoś dotyka mnie, kiedy krzątam się w kuchni, grr.

Do wieczora dociągamy z ledwością, a to na placu zabaw, a to układając puzzle, a to poświęcając się innym czynnościom ekscytującym trzylatkę, a ludzi po trzydziestce jakby mniej. Trudno, rodzicielstwo jest takie piękne. Mąż kąpie córkę, ja ją usypiam, całus na dobranoc? Jest. Greta odpłynęła w objęcia Morfeusza (chociaż nie powinna nigdzie chodzić z nieznajomymi). Minął dzień i jak wypadł przegląd? Greta miała znakomitą szansę NIE ZOBACZYĆ ani jednego objawu czułości między matką i ojcem. Czy to znaczy, że ta czułość nie istnieje? Istnieje, ale objawia się głównie po 22, kiedy tempo życia wreszcie spada i nie trzeba już gonić czasu i przerzucać się instrukcjami. Wtedy zdarza nam się całować. Ale biedne dziecko już tego nie wie, bo wreszcie śpi, do diabła.

rys. Magda DanajRys. Magda Danaj

Nie chodzi tu więc o pruderię - nagość nie jest dla nas szczególnym tabu, nago śpimy i nago chodzimy po domu dopóki się nie ubierzemy, nikt nie wciąga na siebie szlafroka pod kołdrą, żeby iść do łazienki. Po prostu na czułość brakuje nam czasu. Bez wahania biorę na klatę lwią cześć winy - mąż jest całkiem przytulny, ale ja mam duży dystans osobniczy, nie przepadam za fizycznymi kontaktami, kiedy jestem zmęczona (czyli często), jest mi za gorąco, za dużo albo za mało zjadłam (czy powinnam już lec z tym problemem na kozetce?). Jednak to, co wychodziło nie najgorzej jako umowa między dwojgiem ("Będę miła w sobotę, jak się wyśpię, obiecuję!") teraz zaczyna mnie martwić. Jaki obraz związku sprzedaję naszej córce? Owszem, rodzicami jesteśmy dobrymi. Ale jak wypadamy jako para?

Moi rodzice byli pod tym względem wspaniałym wzorem (mam na myśli fizyczną bliskość, pomijam inne aspekty ich burzliwego okresami związku). Trzymali się za ręce na spacerach, całowali, siedzieli przytuleni na plaży, kiedy my z siostrą grzebałyśmy w piasku nieopodal. Pamiętam to bardzo wyraźnie, tak jak i dzień, kiedy moja kuzynka szepnęła do mnie konspiracyjnie: "Twoi rodzice całowali się w kuchni, widziałam!". Nie do końca rozumiałam wtedy, co w tym takiego dziwnego. Ale teraz jestem mądrzejsza. Mój mąż regularnie ubolewa, że nigdy nie widział swoich rodziców w żadnej sytuacji niewymuszonej czułości. Moi niedoszli teściowie zawsze siedzieli na dwóch końcach kanapy, w domu mijając się w idealnej choreografii nie-dotyku (chociaż nic innego nie mogłam zarzucić ich skądinąd udanemu pożyciu). Wspomniana koleżanka Justyna także nie pamięta szału ciał w swojej rodzinie. Im dalej szukam, tym bardziej widzę, że brak fizycznego kontaktu między rodzicami, których widzi dziecko, jest normą. Być może wyrównuje się to w jakiś sposób, kiedy dzieci śpią/spędzają dzień z dziadkami/zaczynają wreszcie wyjeżdżać na kolonie. Ale w oczach dziecka pozostają niedotykalscy, niefizyczni, bezcieleśni i taki obraz potem zabieramy na pamiątkę z rodzinnego domu. I jak po latach przyjechać do rodziców z chłopakiem lub dziewczyną, obejmować się i całować, skoro te ściany nie przywykły do takich widoków? Sytuacja się odwraca - zaczekamy, aż rodzice pójdą spać, żadnych zaślinionych całusów na wizji.

Nauczyliśmy się już (trochę), że trzeba chwalić dzieci, przytulać je, całować, okazywać im czułość bez skrępowania, bo takie wygłaskanie procentuje. Teraz czas odrobić kolejną lekcję: wygospodarować czas i chęć na wyraźny, fizyczny kontakt z partnerem. Masowanie pleców, kiedy oglądamy rodzinnie "101 dalmatyńczyków", rytualny całus na pożegnanie, trzymanie się za ręce na spacerze - wiem, że przez ostatnie lata jedna para z tych rąk nieustannie pchała wózek, ale kiedyś przecież umieliśmy, prawda? Pokażmy dzieciom, że przyjemność z głaskania, dotykania i całowania drugiego człowieka nie jest zarezerwowana dla osób poniżej metra wzrostu i świeżo zakochanych. To może być miła lekcja i istnieje szansa, że w przyszłości nie usłyszymy w tle dziecięcego "Fuuu!" kiedy zdarzy nam się zapomnieć i pocałować w świetle dziennym.

Więcej o: