Joanna Glogaza: Najtrudniejsze jest zrozumienie, że wcale tych wszystkich nowych rzeczy nie potrzebujesz

Autorka książki "Slow fashion. Modowa rewolucja" podpowiada, na co zwracać uwagę kupując nowe ubrania, jak zmienić swoje nastawienie do zakupów i jak kluczowe jest zrozumienie, że zazwyczaj mamy więcej, niż potrzebujemy.

Jak uciec przed modowym marketingiem i przestać kupować ciuchy?

To wcale nie takie łatwe, bo nie walczymy tylko z własną słabością - mamy przeciwko sobie całą machinę. Wiele osób myśli nad skutecznymi metodami zachęcającymi nas do zakupów. Wystarczy na przykład raz wpisać w wyszukiwarkę frazę "sukienka na wesele", by potem całymi tygodniami widzieć wszędzie zdjęcia rozmaitych sukienek. Jak temu nie ulec? Bardzo trudno.

A ciebie już nie kusi?

Nie, bo wiem, że mam już wszystko, co jest mi potrzebne. To jest najtrudniejszy etap: zrozumienie, że wcale tych wszystkich nowych rzeczy nie potrzebujesz. Nawet, jeśli wszyscy mówią ci coś wręcz przeciwnego: reklamy, koleżanki, które właśnie mają nowy ciuch, kolorowe magazyny - bo jest nowy sezon, nowy trend. Ale kiedy powiesz sobie: mam wszystko, czego potrzebuję, nie patrzę, nie szukam - to zyskujesz duży spokój i nic z tych zabiegów nie działa.

Odzieżowe zen?

Nie dopisywałabym tu takiej wielkiej filozofii, ale mechanizm jest ten sam. I tak samo procentuje.

Na mnie robi to jednak wrażenie - że odcięłaś się od marketingowych machin. Bo, o ile mogłabym spokojnie pozbyć się większości mojej garderoby, czy wskazać te ubrania, które stanowią dla mnie niezbędną bazę, to chyba nie dałabym rady całkowicie zrezygnować z zakupów...

Ten pierwszy etap ograniczenia garderoby jest z konieczności radykalny i zero-jedynkowy: trzeba wykorzenić złe nawyki, uciec od mechanizmów szybkiej mody - kupowania co sezon kompletnie niepotrzebnych rzeczy kiepskiej jakości. Ale potem, kiedy mamy już zrównoważoną garderobę i wiemy, jakich rzeczy nam trzeba, na co należy zwrócić uwagę, kupując ubrania, to możliwe jest ponowne czerpanie przyjemności z zakupów. Jeśli widzę fantastyczną jedwabną sukienkę w second-handzie i zbliża się lato, to nie analizuję długo tego zakupu, tylko po prostu kupuję. Ale nie robię tego często. Natomiast to, co chciałam dać czytelnikom mojej książki, to zestaw narzędzi, które pomagają zwalczyć te bezsensowne impulsy zakupowe. Starałam się, aby były jak najbardziej praktyczne i użyteczne, nawet jeśli wydają się trochę absurdalne.

Fot. Joanna GlogazaFot. Joanna Glogaza

Jak na przykład liczenie bluzek i tiszertów?

Tak! Ilekroć testowałam na kimś tę metodę, to przebieg ćwiczenia był za każdym razem taki sam. Osoba, którą prosiłam o oszacowanie, ile ma bluzek zawsze podawała liczbę czterokrotnie mniejszą od tej, którą miała faktycznie, co okazywało się po podliczeniu. My po prostu nie wiemy, jak dużo mamy rzeczy, zapominamy o nich.

Zapominamy, ale czasami takie zapomniane, kupione nie wiadomo po co, ciuchy mogą się przydać: mam w szafie różową tiulową spódniczkę, w której nigdy nie wyszłabym na ulicę, ale jako przebranie sprawdza się świetnie. Mam jedwabną złotą sukienkę, która przydaje się, gdy chcę być jak Cercei Lannister. Gdybym się tych rzeczy pozbyła, byłoby mi ich żal, choć noszę je rzadko, prawie wcale.

Zależy, co jest czyimś priorytetem. Ty widzisz w ubraniach możliwości, bawisz się nimi, ale wielu osobom ich przepełniona szafa po prostu przeszkadza, bo czują, że nie mogą jej opanować. Ja cenię to, że w mojej szafie jest pustawo, że wiem dokładnie, co w niej mam. A gdy potrzebuję przebrania - idę do second-handu, bo taką obrałam strategię. Pewnie też sporo zależy od tego, na jakim jest się etapie życia - ja się dość często przeprowadzam i duża garderoba byłaby balastem.

Ile ubrań potrzebujemy?

To zależy od tego, co robimy, kim jesteśmy. Jeśli ktoś - jak ja - pracuje głównie w domu, to będzie potrzebował ich mniej od osoby, która rano pracuje w kancelarii prawnej, a popołudnia spędza chodząc na spacery z dziećmi i psami - jego czy jej garderoba będzie z konieczności bardziej rozbudowana. To zresztą nie ma znaczenia - 15, 30 czy sto. Istotne jest to, by mieć te ubrania, których faktycznie potrzebujemy i używamy. Problem pojawia się, gdy stajemy przed pełną szafą z uczuciem, że nie mamy się w co ubrać.

Podoba mi się przesłanie twojej książki, by mieć mniej rzeczy, ale czytając odniosłam wrażenie, że swoje porady kierujesz raczej do młodszych kobiet. Wiele porad i sytuacji odnosi się do realiów życia osoby, która nie musi zajmować się nikim innym poza sobą.

To wynika z mojej sytuacji życiowej, a nie chciałam pisać o czymś, o czym nie mam pojęcia - jak posiadanie dzieci, czy dużej rodziny, którą musiałabym się opiekować - więc siłą rzeczy nie poruszałam takich tematów. Z wieloletniego prowadzenia bloga wyniosłam taką zasadę, że polecam tylko to, co sprawdziłam na sobie, bo tylko wtedy mogę to zrobić z czystym sumieniem. Mam jednak nadzieję, że większość porad będzie przydatna także dla kobiet na innym etapie życia. Wyobrażam sobie, że kiedy ma się dzieci i rano trzeba wykonać jeszcze kilka dodatkowych czynności, tym bardziej szkoda tracić czas przed szafą i przegrzebywać sterty ubrań.

Fot. Joanna GlogazaFot. Joanna Glogaza

Uniwersalne jest to, że wszyscy mamy za dużo ubrań. Piszesz, że moglibyśmy spokojnie przez kilka a nawet kilkanaście lat chodzić w tym, co już mamy w szafach.

Nie potrzebujemy nowych rzeczy, ale funkcjonujemy w rytmie "sezonów", kupujemy ubrania mocno osadzone w nowych trendach i one nam się bardzo szybko nudzą. Więc w kolejnym sezonie znów musimy sobie kupić sukienkę, sandałki czy kostium kąpielowy, bo tamten jest już "niemodny", czyli kojarzy się wszystkim z poprzednim sezonem. Te rzeczy są tak opatrzone, że nikt już ich nie chce. Dlatego warto zbudować sobie taką subiektywną bazę, opartą na tym, co naprawdę lubimy, w czym dobrze wyglądamy. Warto temu poświęcić trochę czasu i zrobić to rzetelnie. Kupując kompulsywnie, bierzemy to, co akurat jest, a nie to, czego chcemy.

A jak rozpoznać to, czego chcemy?

Dużo o nas mówią takie wybory, których dokonujemy, gdy nic nie musimy. Czyli na przykład spędzamy weekend z rodziną, możemy wyglądać tak, jak chcemy. I wtedy najczęściej nosimy swoje ulubione ubrania, w których dobrze się czujemy. To jest bardzo ważna wskazówka - ubrania, które naprawdę lubimy, nigdy nam się nie nudzą. I w nich wyglądamy najlepiej.

Zawsze słyszałam, że albo dobrze wyglądamy, albo dobrze się w czymś czujemy, bo moda i wygoda nie idą w parze.

Bardzo trudno jest dobrze wyglądać w ubraniu, w którym czujemy się niepewnie, jak przebrani. Bo dekolt za duży, jak na nasze upodobania, spódnica za wąska, trudno w niej usiąść. To może dobrze wyglądać na zdjęciu albo przez pierwsze pięć minut, ale jeśli nie jesteśmy gwiazdą Hollywoodu i nie musimy się "pokazywać", to ubrania powinny nam służyć. I na służbowym spotkaniu, i na wyjściu z przyjaciółmi do knajpki. Nie powinny nas sobą absorbować, powodować dyskomfortu, zajmować naszych myśli.

To mogą być te same rzeczy? Nie trzeba mieć na każdą okazję specjalnego stroju?

Fajnie mieć piękną sukienkę, którą możemy założyć na wesele, do teatru, na urodziny babci, ale nie należy robić z ubrań zakładników i trzymać ich w szafie, "bo szkoda" na co dzień. Czasem oszczędzamy na drogi płaszcz, a kiedy go kupimy, dalej chodzimy w starym, z obawy by ten nam się nie zniszczył. Trzeba się nauczyć nie traktować ubrań jak eksponatów.

Nawet jeśli kupujemy sobie coś drogiego, zamiast tych tanich, "szybkich" ciuchów z sieciówki?

Na początek warto odróżnić dwie sytuacje. Pierwszą, gdy płacimy więcej za jakość: drogie komponenty, staranne wykonanie; i drugą, gdy płacimy za logo znanej marki. Rzeczy dobrej jakości nie niszczą się łatwo i dają się naprawiać - co przedłuża ich życie o kolejne lata, czasem dekady. W odróżnianiu jednych od drugich - tych naprawdę w dobrym gatunku, od tych kiepskiej jakości, ale sygnowanych znanym znakiem towarowym - przychodzi z pomocą wiedza o ubraniach, o tym, jak są zrobione, z jakich materiałów, jak szyte. My niestety tę wiedzę zatraciliśmy. W książce dużo miejsca poświęciłam więc na bardzo praktyczne porady: na co zwrócić uwagę, gdy kupujesz sweter, a na co, gdy kurtkę.

Fot. Joanna GlogazaFot. Joanna Glogaza

Na co?

Na przykład jeśli to puchówka, to warto sprawdzić, czy w środku faktycznie jest puch, bo nie zawsze tak jest. Co świadczy o jakości puchu? Jest to wskaźnik określający jego sprężystość - im wyższy, tym lepiej (zazwyczaj są to wartości między 200 a 860). My tego zupełnie nie wiemy, większość ludzi nie zerka na metki w poszukiwaniu takich podstawowych informacji. A warto to wiedzieć, zwłaszcza jeśli chcemy wydać na ubrania więcej pieniędzy. Bardzo często, niestety, cena nie wynika z niczego, poza widzimisię marki i tego, że chce się pozycjonować jako luksusowa, więc winduje ceny.

Ja, kierując się radą daną mi przez koleżankę, zajmującą się projektowaniem ubrań, wywracam ciuch na lewą stronę, sprawdzam czy szwy są proste, czy zamek dobrze wszyty, czy nic się nie rozłazi, nie pruje. Odkąd tak robię, zauważyłam jak wiele ubrań jest fatalnie wykonanych, one dosłownie rozpadają się w rękach!

Mnie zawsze zaskakuje, że ludzie kupują ubrania, które już w sklepie wyglądają jak najgorsze szmaty, a potem się dziwią, że one nie przetrwały prania! Żyjemy w świecie szybkiej mody i zakupy wymagają od nas pewnego przyłożenia się, staranności, edukacji.

Spodobała mi się twoja konstatacja z książki, że nasze babcie prawdopodobnie nie założyłyby na siebie większości naszych ubrań, bo one jeszcze znają się na krawiectwie i w byle czym nie chodzą.

Zdecydowanie! Babcie byłyby przerażone podłą jakością ubrań z sieciówki. Poza tym one wiedzą o tym, że istnieje mnóstwo prostych, niedrogich poprawek krawieckich, które pozwalają nawet takie niedoskonałe ubrania nieco poprawić. Ja na przykład, ponieważ jestem niska, gdy kupuję sukienkę w sklepie, to ona ma talię w zupełnie innym miejscu, niż potrzebuję. A wystarczy zanieść do krawcowej, podnieść talię i sukienka wygląda o wiele lepiej.

Ten praktyczny wymiar twojej książki to jedno, ale jest też w niej inny, bardziej utopijny - buntu przeciwko obowiązującemu stylowi życia. Myślisz, że kupując mniej ubrań możemy naprawdę zmienić świat na lepsze?

Kupujemy ubrania w ogromnych ilościach. Możemy to robić dlatego, że są tanie i kiepsko wykonane. Nie da się bowiem produkować szybko, dużo i dobrze naraz. Skutki tego są takie, że my mamy przepełnione szafy, pełne niepotrzebnych szmat, a ludzie, którzy te ubrania szyją, pracują w potwornych warunkach.

A jak przestaniemy kupować to te warunki się polepszą? A nie stanie się tak, że po prostu mnóstwo ludzi straci źródła jakiegokolwiek dochodu?

Firmy odzieżowe zatrudniają niewykwalifikowanych pracowników, których mogą traktować najgorzej, bo na ich miejsce może przyjść ktokolwiek - krzywe zszycie dwóch kawałków materiału nie wymaga żadnych umiejętności. Jeśli my zaczniemy wybierać lepsze jakościowo ubrania, to w efekcie na końcu tego procesu firmy będą potrzebowały lepiej wykształconych pracowników, o których będą musiały bardziej dbać.

Czyli jak kupię sobie wreszcie ten płaszcz Max Mary, to pośrednio przyczynię się do poprawy sytuacji biednych dzieci w Bangladeszu?

To nie jest takie proste i pewnie zajmie pokolenia, ale wierzę, że edukacja i specjalizacja pracowników w przemyśle odzieżowym przyczyni się do tego, że wszystkim będzie lepiej.

Fot. Joanna GlogazaFot. Joanna Glogaza