Depilacja? Golenie? Może czas powiedzieć - NIE?

Wspaniale, to już chyba dziesiąty ciepły dzień tego lata! Wkładam sukienkę i jadę rowerem do pracy. Rzeka pachnie, wiatr rozwiewa mi włosy. Także te na nogach. Któż bowiem zmusi mnie do depilacji?

Jeżeli ktoś śledzi moją podupadłą twórczość komiksową wie zapewne, że kwestie owłosienia i jego usuwania wałkuję od lat w ścisłym splocie z zagadnieniami naturalności i sztuczności kobiecego ciała. Kilka lat temu poddałam się szaleńczemu autoeksperymentowi: przez trzy zimowe miesiące nie goliłam pach. I wiecie, co się stało? Urosły mi tam włosy. Potem przyszła wiosna i uznałam, że wystarczy. Pianka, maszynka. Koniec historii.

Zarabiacie pieniądze po to, aby je później wydać na wosk? (fot. Flickr.com) Zarabiacie pieniądze po to, aby je później wydać na wosk? (fot. Flickr.com)

W zeszłym roku przeczytałam "Mit urody" Naomi Wolf . Nie sądziłam, że po trzydziestce jakieś literki na papierze są jeszcze w stanie przemeblować mi głowę, ale tej książce się to udało, dlatego nachalnie polecam ją przy każdej okazji. Uznałam, że przez wspomniane trzy miesiące starałam się za mało. Pachy, których nikt nie widzi. Też coś.

Wątek owłosienia w literaturze

Ujmując "Mit urody" w ogromnym skrócie i karygodnym uproszczeniu: Wolf twierdzi, że kobiety po obiecującym początku rewolucji feministycznej zostały sprawnie zapędzone w nowy kozi róg: wyścig piękności i perfekcji. Czy jesteś sekretarką, polityczką, prawniczką czy sprzedawczynią w sklepie - musisz wyglądać doskonale. W pracy i w domu. Musisz na to poświęcić czas i ciężko zarobione pieniądze. Po pracy nie masz ochoty na samokształcenie, czytanie, spotkania ze znajomymi. Zamiast tego fikasz na crossficie, komponujesz dietę, ścierasz pięty, a jeżeli nie stać cię na drogie zabiegi, to przynajmniej po położeniu dzieci do łóżek i ugotowaniu obiadu - aplikujesz sobie drogeryjną maseczkę, bo wierzysz, że jesteś tego warta i dbając o ciało poczujesz się lepiej. W tym świecie inne kobiety są konkurencją, zagrożeniem lub smutnym memento - nie chcesz chyba zestarzeć się jak własna matka? Wyścig urodowych zbrojeń niszczy kobiecą solidarność i to między innymi przez niego nadal tkwimy w świecie zaprojektowanym przez mężczyzn, których większość z upiększających powinności nie dotyczy.

Tacy sami? (fot. Wikimedia) Tacy sami? (fot. Wikimedia)

(Odpowiadając z góry na przewidywane komentarze - tak, ładni zawsze mieli lepiej, dobry wygląd zawsze był pożądaną cechą, ale Wolf wykazuje jasno, że kiedyś był to bonus, a dziś wierzymy, że każdy może być piękny, jeżeli zrzuci 15 kilo i wyprostuje te paskudne zęby).

Zgodzimy się, że mężczyźni depilować się nie muszą. Mogą, owszem. Gładka klatka piersiowa, brak falującego włosia pod pachami, dlaczego nie. Natomiast nikt nie będzie oglądał się za panem, który stroni od maszynki. Niewydepilowana kobieta? Dla takiej osoby mamy z automatu wiele określeń. Zaniedbany babochłop, z pewnością feministka, niedobrze. Skąd ten rozdźwięk? Przecież na obu płciach rosną te same włosy, nie jest tak, że kobiece są obrzydliwe za sprawą hormonów, gorzej pachną czy fosforyzują o zmierzchu (chociaż to akurat byłoby fajne). Kwestia depilacji jest tylko i wyłącznie zwyczajowa, nie stoją za nią żadne praktyczne względy oprócz przekonania tak mocno wpojonego, że zakrawa na prawo natury: kobieta musi być gładka.

Mogę roboczo założyć, że depiluję się od czternastego roku życia. Daje to 19 lat (!) walki z własnymi włosami, skrobania, wyrywania, rozpuszczania. Nie należę do szczęśliwych panien, którym włosy rosną powoli. Jeżeli ogolę nogi rano, wieczorem drapią. Depilator? Boli, a potem mam podrażnioną skórę. "Można się przyzwyczaić" - mówią koleżanki. Dziękuję, nie mam ochoty przyzwyczajać się do autotortury raz w tygodniu (wbrew temu, co mówią reklamy, nie ma co marzyć o aksamitnie gładkiej skórze przez sześć tygodni). Wosk? W domu boli i jest niedokładny. U kosmetyczki kosztuje. Nie zarabiam pieniędzy po to, żeby wydawać je na wyrywanie włosów. Wolę iść na dobry obiad. Z tych samych względów odpada laser, nie mam motywacji, by zbierać na zabieg latami. To wszystko dotyczyło włosów na nogach. Pachy i tzw. bikini to podobna historia, tylko o wiele bardziej bolesna.

Wątek osobisty, bardzo ekshibicjonistyczny

W sierpniu zeszłego roku postanowiłam odstawić depilację. Zimą siedzę w domu, nie mam okazji błyskać łydkami, nie chodzę też na bale w wyciętych toaletach ukazujących pachy, ani na randki wymagające zachwycania łonem. Wprawdzie mam męża, ale jest on człowiekiem tolerancyjnym i nie rości sobie praw do kontrolowania mojego wyglądu. (Odpowiadając z góry na przewidywane komentarze - tak, z pewnością zostawi mnie kiedyś dla Miss Depilatora, krzyż na drogę). Planowałam ogolić się na wiosnę, ale czy w tym roku była wiosna? Nie pamiętam, w każdym razie po raz pierwszy wyszłam z domu bez rajstop w okolicach czerwca. Tak z raz, może dwa, bo potem znowu było zimno. Na tę okazję ogoliłam nogi, ale wcale mi się nie podobało. Włosy zostały odhodowane. Przy okazji potwierdziła się babcina mądrość: jak się goli, to rośnie więcej. Zostawione w spokoju są delikatniejsze, obecnie jaśnieją na słońcu i są mało widoczne na tle opalonej skóry. Owłosione pachy są trochę dziwniejszym doświadczeniem, ale traktuję je jako swojego rodzaju manifest, świadectwo nieszablonowego podejścia do własnego ciała.

A teraz czas na deser (fot. Pinterest) Fot. Pinterest

Myśleliście, że pominę włosy łonowe? Nie pominę. Nie rozumiem mody na ich całkowite usuwanie. Pamiętam zamierzchłe lata 80. i moją mamę pod prysznicem. Byłam zafascynowana, chciałam być już dojrzałą kobietą i mieć takie hm, loki. Oczywiście kiedy tylko dorosłam, zabrałam się za ich usuwanie. Nawet w fazie depilacyjnego buntu jestem w stanie zrozumieć, że fizjologia kobiety jest inna niż mężczyzny i w przypadku włosów łonowych usuwanie ich części ma sens higieniczny, ponieważ się brudzą. Ale cała ich reszta? Nie po to dojrzałam, żeby udawać że mam 12 lat.

Po co to piszę? Bo mam skłonności ekshibicjonistyczne. Nie, nie tylko dlatego. Adrienne Rich powiedziała, że kobieta mówiąc o swoich prawdziwych doświadczeniach, stwarza przestrzeń dla kolejnych prawdziwych opowieści. Uważam, że depilacja jest głupim mentalnym przymusem, szczególnie w kraju, gdzie przez 10 miesięcy raczej nie pokazuje się zbyt wiele skóry. Chcesz być gładka? Spoko. Ale jeżeli wstydzisz się wyjść na ulicę, bo twoje łydki nie są idealnie gładkie to chyba coś jest nie tak. Poza tym, rok bez maszynki pozwolił mi dobitnie przekonać się, że (uwaga, banał) wygląd nie jest najważniejszy (chyba że jest się modelką). "Ojej, mam owłosione nogi i pachy, co ludzie powiedzą?" to iluzoryczny problem. Nikt nie pełza przy moich łydkach, rzadko wyrzucam ramiona w górę w geście zwycięstwa. Ludzie nie mówią nic. Być może czasem ktoś coś myśli. Ale cóż to ma za znaczenie, że ten czy inny pan lub pani patrząc na moje nogi dozna wizualnego dysonansu? Zachowanie owłosionego ciała to dobre ćwiczenie z pokory. Pomaga odkryć, że ludzie nie gapią się na nas tak często, jako to sobie wyobrażamy. W gruncie rzeczy mało kto przejmuje się tym, jak wyglądamy.

Uświadomienie sobie tego może być sporą ulgą. Spróbujcie, to naprawdę nie boli. W przeciwieństwie do brazylijskiej depilacji.