5 rzeczy, których nie kupuję w internecie

Uwielbiasz handryczyć się z fałszywie przymilnymi ekspedientami i godzinami obmacujesz produkty, nim je kupisz? Zapewne twoja lista rzeczy, których nie kupujesz w sieci jest długa. Ja, choć nienawidzę zgiełku i interakcji z obcymi, po wybrane przedmioty wolę jednak wyjść do niewirtualnego sklepu.

Kiedy myślę o sobie w roli klienta, widzę pyszczek zrzędliwego kota. „Wyjście na zakupy” to dla mnie synonim sytuacji, którą można by opisać tak: „marnowanie czasu w miejscu, którego nienawidzę, mając za towarzystwo istoty, których nie mam ochoty oglądać, a wszystko to wyłącznie po to, by wymienić gotówkę, której właściwie nie widzę, na produkty, które wkrótce i tak się zużyją”.

W tym samym czasie mogłabym przecież robić z dziećmi jakieś głupoty, jeździć na rowerze, czytać książkę albo pisać teksty, a może nawet piec chleb, ostrzyć noże albo biegać po poligonie, bo to miłe zajęcie. Teoretycznie więc jestem idealnym klientem wszelkiego rodzaju sklepów internetowych, a jednak jakoś mi nie wychodzi. Są takie rzeczy, których nie kupuję wirtualnie. Miłość, lody, dopalacze i nasiona konopi indyjskiej, uran, jak również podręcznik do budowy bomb domowymi metodami oraz chloran potasu, siarka, glin i pięciolitrowa butla gazowa (pusta) - wszystko to lepiej zdobywać w realu albo przez podstawionego kupca. Wiecie co powiedziałyby moje dzieci, gdyby dowiedziały się, że jadłam lody bez nich?! Oczywiście, to jest jakby nieco inny asortyment. Czego jeszcze nie kupuję w sieci, choć mogłabym?

Spodnie, tylko nie z internetów! źródło: pexels.comSpodnie, tylko nie z internetów! (źródło: pexels.com)

1. Spodnie

Ja wiem, w sklepie każdy zauważy, że te spodnie w rozmiarze zdecydowanie większym niż 36 są dla mnie (a w internecie mogłabym udawać, że to dla wstydliwej koleżanki, czy coś, bo przecież wszyscy jesteśmy piękni, młodzi, szczupli i bogaci), ale niestety, jak nie przymierzę, to nie nabędę. Wiadomo - tu za wąsko, tam za szeroko i jeszcze dziwnie się marszczy. Tak, wiem, można odesłać i tak dalej, ale po co się handryczyć. Raz na rok mogę się poświęcić, kupić sobie dwie pary i mieć spokój, nie?

2. Biustonosz

Z tych samych powodów. Tu jeszcze weselsza jazda, bo za każdym razem dostaję od mojej brafitterki wizytówkę z wymiarami biustu, a po roku przychodzę i można tę karteluszkę spokojnie puścić w niepamięć. Trzeba dopasowywać, bo tu się schudło, a tam nie, a ten model się tak układa, a tamten nie. Jak ktoś ma tyłek przez duże T i biust przez duże E, to może sobie darować zabawy w zakupy w ciemno.

Jabłka ze straganu, cytrusy z e-sklepu, tak możemy się umówić. źródło: pexels.comJabłka ze straganu, cytrusy z e-sklepu, tak możemy się umówić (źródło: pexels.com)

3. Owoce*

Jestem z klientów wymagających. Jabłka muszą być twarde, pomidory muszą dobrze wyglądać, winogrona to takie bardziej o takie, niż tamte po lewej, nie ten odcień. Arbuza to w ogóle trzeba najpierw obstukać przy uchu i sprawdzić jak brzmi. I tylko *cytryny mogę kupować w necie. No, może jeszcze banany.

Zestaw do ćwiczeń siły woli. źródło: pexels.comZestaw do ćwiczeń siły woli (źródło: pexels.com)

4. Ciasta i ciasteczka

Powód jest bardzo prozaiczny. Ćwiczę starożytną sztukę odmawiania sobie słodyczy, więc pozornie nie byłoby nic szkodliwego w kupnie jakiegoś słodkiego smakołyku w e-sklepie dla obżartuchów, a potem zeżarcie go tak, by nikt nie widział. W praktyce jednak skazuję się na wyrafinowane tortury. Idę do cukierni, oglądam wszystkie te słodkości, a jak już się naoglądam, to wychodzę bez kupowania czegokolwiek. O 23:00 żałuję swojej decyzji, o 1:00 łkam mentalnie do wszystkich brownie świata, ale generalnie ta forma udręczania wychodzi mi na zdrowie.

5. Pamięci flash

Nie mam problemu z kupowaniem elektroniki przez internet - po prostu nie potrzebuję niczego nowego. Ewentualnie w sieci sprawdzam ceny, parametry i recenzje, potem idę do sklepu, macam i oglądam, a potem i tak nie kupuję, bo mnie nie stać. Proste. Czasami jednak zdarza się tak, że jest potrzebny jakiś drobiazg, nowy pendrive albo coś w tym stylu. Zazwyczaj jest potrzebny NATYCHMIAST. Szybciej dobiegnę do najbliższego sklepu z elektroniką niż przebrnę przez morze ofert w sieci - ot, klęska urodzaju, osiołkowi w żłoby dano i tak dalej. Moje ostatnie przygody z pendrajwami tylko utwierdziły mnie w słuszności decyzji o kupowaniu w zwykłym sklepie (gdzie jeszcze sobie popatrzę, poobracam, obwącham i tak dalej). Zwyczajnie ratowałam koledze dane z pamięci flash, bo miał syndrom znikającego pliku. Przy okazji okazało się, że o ile dane wydłubałam z tych małych pypcików, to leczenie od trojanów i formatowanie nic nie dało i same pamięci nadają się aktualnie do wywalenia. Ja natomiast zabrnęłam w tę sekcję internetu, w której roi się od mrożących krew w żyłach opowieści o nieuczciwych sprzedawcach z Allegro, którzy wciskają ci pendrive, który niby ma 16 GB, a tak naprawdę ma tylko 2 GB, a reszta to sztuczka techniczka, efektem są zaś wspomniane „znikające dane”. Podłość. Oczywiście w niewirtualnym świecie takie sytuacje też się mogą zdarzyć, ale wtedy możecie przyjść osobiście, spojrzeć w oczy sprzedawcy i wygłosić jakąś miłą formułkę, na przykład z "Taksówkarza" Martina Scorsese.

Dominika Węcławek, Foch.pl

Więcej o: