A gdzie dom wypoczynkowy, kawiarnia i wypożyczalnia sprzętu? Sentymentalna podróż do wakacyjnych miejsc z dzieciństwa

Wycieczka do miejsc, z którymi łączą się nasze nostalgiczne młodzieńcze wspomnienia, to fajny pomysł na rodzinną wyprawę. Konfrontacja zapisanych w czułej pamięci obrazów z teraźniejszością może być jednak bolesna.

Będąc na Mazurach, miałem szczęście do kuchni i nieszczęsną pogodę. W deszczowy dzień czyściłem talerz z wybitnej pomidorowej, gdy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy niedaleko Szerokiego Boru, z którym wiąże się wiele ważnych dla mnie wspomnień.

fot. Archiwum prywatne fot. Archiwum prywatne

Byłem tam pierwszy raz latem '77, a ostatni raz zimą '89. To były czasy, kiedy turnus wygodnych, wojskowych wczasów na Mazurach kosztował mniej niż życie w mieście - w tym ostatnim pracodawca nie partycypował. Szeroki Bór otaczał nimb tajemniczości - przylegał do jednostki wojskowej w środku lasu, a ta była magazynem amunicji. Ze względów strategicznych nie było jej na mapie. Tak przynajmniej brzmiała podawana z ust do ust legenda. Faktycznie, gdy skręcało się w asfaltu w las, zaraz w głębi pojawiał się szlaban i wjeżdżali tam tylko uprawnieni.

Gnało mnie, by sprawdzić, jak sprawy mają się dzisiaj. Pojechaliśmy, mój syn zapalił się bowiem do pomysłu podróży sentymentalnej. Poruszaliśmy się według wskazań mapy w telefonie, ale dotarliśmy gdzie indziej. Zatrzymaliśmy się tam jednak, skuszeni malowniczą polaną nad jeziorem. Zapach. Ten sam. Mokre igliwie w bazie, woda jeziorowa w nucie serca i żywica w nucie głowy. Jesteśmy blisko. Stałem skonfundowany, a synek (ależ on rośnie!) klikał zapalczywie, aż wreszcie wskazał mi na ekranie swego telefonu, że to krztynę dalej. Jechałem już jak po sznurku, prowadzony nostalgią.

Nie było budki strażnika ani szlabanu. No, to wjechaliśmy na pewniaka, jak autokar wracający z wycieczki do Świętej Lipki. Minęliśmy majestatyczną budowlę o dumnej nazwie Klub Oficerski. To tam nas karmiono, tam było kino, w którym widziałem musical "Carmen". Tam mieściła się też kantyna, gdzie żołdacy w służbie czynnej i zimowiskowa młodzież ogrzewała się przy siermiężnym Rubinie. To na nim, pod koniec 80. zobaczyłem program "Yo Raps!" z satelity. Przez ćwierćwiecze, które minęło od tamtej pory ja urosłem, telewizory stały się płaskie, a budynek zmalał. Do tego stracił na powadze, bo kolumny inspirowane doryckimi przemalowano, zgodnie z modą, na bieliźnianą zieleń.

Zjechaliśmy na dół, tam gdzie się wczasowało. Dom wczasowy Senior zawsze wydawał mi się taki ogromny i wieczny. W latach 80., jeżdżąc stale na zimowiska, wybierałem najchętniej pokój na parterze z widokiem na jezioro. Na pierwszym piętrze były dyski i wieczorki z przedpotopowymi memami, czyli skeczami. Na drugim niezgrabnie całowałem Olę... To już? Jezioro? Wszak góra miała z kilometr i stroma była, jak ekierka! No dobra, a gdzie dwupiętrowy Wojskowy Dom Wypoczynkowy? Miotając się po zagajniku gdzie ongiś stał, odkryłem resztki betonowego chodniczka, na którym ustawiano nas w dwuszeregu przed wycieczką do Leśniczówki Pranie. Dziś wiedzie w chaszcze. Dostrzegam słup z transformatorem, który mnie ciekawił za gołowąsa. Wiem gdzie stał więc, niczym pirat na pełnym morzu, obliczam kąt. O, teraz stoję w u wylotu korytarza, tuż przy portierni, gdzie rozwijano prędkość myśliwca na wieść o telefonie od matki. Robię kilka kroków w kierunku wnętrza rzeczonego kantorka dyżurnych, ale utykam w pokrzywach. Chryste, co za ból. Do tego te pokrzywy...

Poszliśmy jeszcze na sam brzeg jeziora, bo tam zdarzyło nam się spędzać lato w rybaczówce z własnym pomostem. Mamuniu, byłem wtedy dumny jak paw, a takie życie wydawało mi się największym luksusem (mimo że nawet z tego podszytego sentymentem nagrania w głowie, odtwarzam paździerz i zmęczenie materiału). O tu, obok, stał stół do oprawiania ryb wyglądający, jak duży grill. Ryby były z patelni, nigdy nie zapomnę ich smaku i zapachu - poczułem go dwa, trzy razy w ostatnich dwóch dekadach. Zabieram wielce przejętego, głównie moją opowieścią i kwaśną miną, szczawia w kierunku wypożyczalni sprzętu wszelakiego. Rowery wodne w całości z blachy, na dwóch płozach niczym awionetka z Indiany Jonesa, kajaki, rowery marki Wigry i wszelkie "kometki". Na piętrze kawiarnia gdzie, faktycznie, czuć było kawą. Pewnie tą srebrną, Select. Moja dużo starsza siostra grała tam w 3-5-8 kilkoma taliami, kilkoma panami, godzinami. No i gdzie to jest?! Też nie ma.

fot. Archiwum prywatne fot. Archiwum prywatne

Nic tu po nas - mruknąłem i poczłapaliśmy do auta. Po drodze wśród krzewów natknęliśmy się na resztkę kamiennych schodów. Wreszcie jakiś solidny punkt odniesienia! Po tych schodach, jak jakaś Krystyna Loska na scenie w Opolu, schodziło się wyniośle z domu wczasowego na plażę jeziora Jegocinek. Te same schody stanowiły też podest do zdjęć grupowych na zimowiskach.

Czas wracać. Jeszcze tylko przystanek w sklepie. Spożywczy stoi w tym samym miejscu, ale gdzie przemysłowy w którym kupiłem za 6000 złotych drewnianą rakietę Germina (matka się później śmiała, że wysłałem kartkę pocztową z której nic nie dało się przeczytać poza prośbą o te kilka tysi - wiadomo, wybrałem krój pisma zwany drukowanym). Może tam się czegoś dowiem, zobaczę, albo moje nozdrza wciągną pradawny kurz? Obsługiwała nas jednak panna młodsza od moich wspomnień, więc wolałem nie dekonspirować się i jakby nigdy nic zamówiłem kolę. Wyszedłszy rozejrzałam się dookoła i dostrzegłem relaksujących się z piwem na murku panów w wieku post-produkcyjnym. Zagaiłem uprzejmą rozmowę, co tu było 30 lat temu, ale okazało się, że żaden z nich tam wtedy nie mieszkał! Dobrze to inaczej: gdzie jest Wu-De-Wu (ja się pytam)? Ten młodszy, rezolutny, odpowiada, że zburzyli już z dwa lata temu bo według nowych jakichś przepisów stał za blisko jednostki wojskowej...

Wsiedliśmy do auta, a mój syn (dwie lewe półkule do cyfr) próbował policzyć, ile ta Germina kosztowałaby w przeliczeniu "na nasze", ale mu nie idzie. 60 dzisiejszych groszy - mówię.

fot. Archiwum prywatne fot. Archiwum prywatne

Tydzień później wichry urlopu rzuciły mnie w okolice Unieścia. Przechadzałem się obok sporych magazynów, po których widać było historię i jej ząb. Zaczepiłem dozorcę, pytając: co tu było. Aaa panie! Wojsko. Najpierw ruskie, potem niemieckie, jeszcze później polskie! A teraz... o!

No tak, tu też ktoś trzyma wspomnienia.

Kamil Rowiński

*Kamil Rowiński - smakosz życia, wyrobów czekoladowych i spirytusowych. Przebiera się w cudze ciuchy i jest z tym pogodzony. Mówią, że nie wygląda na swój wiek.